Zbrodnie okupantów
Od samego początku okupacja ziem polskich – zarówno w zonie sowieckiej, jak i niemieckiej – zaznaczyła się metodycznymi zbrodniami, które nosiły wszelkie znamiona świadomej eksterminacji Narodu Polskiego.
Już w pierwszych dniach września 1939 r. świat poznał różnicę między wojną „konwencjonalną” a niemiecką wojną totalną. Drastyczny przykład takiej wojny podał w swej głośnej książce „Bez ostatniego rozkazu” gen. Władysław Anders: „Widzę, jak niemiecki lotnik kołuje nad gromadką liczącą koło setki małych dzieci. Zniża się, zrzuca bomby i strzela z karabinu maszynowego. Dzieci rozpryskują się, ale kilka barwnych plam pozostaje na polu”… Nie był to przypadek odosobniony. Niemcy z upodobaniem atakowali bezlitośnie z powietrza wycofującą się ludność cywilną. Luftwaffe już w pierwszych dniach wojny zasłużyła na miano formacji przestępczej, a niemieccy lotnicy na miano zbrodniarzy wojennych.
„Samoobrona”
Złowrogim symbolem zbrodni niemieckich na jesieni 1939 r. stała się bandycka, paramilitarna organizacja Selbstschutz, czyli „Samoobrona” (!), złożona z nielojalnych obywateli RP pochodzenia niemieckiego, którzy teraz, po wybuchu wojny, tworzyli V kolumnę, strzelającą zza węgła do polskich żołnierzy. Po wkroczeniu wojsk niemieckich „Samoobrona” dopuściła się, pod osłoną gestapo i SS, okrutnych zbrodni na ludności cywilnej, często na swoich polskich sąsiadach sprzed wojny. Te okrucieństwa były tak drastyczne, że wywołały nawet protesty niektórych wysokich oficerów Wehrmachtu. Selbstschutz sprowadził też tragedię na Bydgoszcz. Rozzuchwaleni szybkim marszem wojsk niemieckich bandyci zaczęli strzelać w mieście w plecy polskim żołnierzom. Działo się to 3 września. Zostali poskromieni. Tydzień później Niemcy zamordowali w odwecie około 1500 Polaków. To była bydgoska „krwawa niedziela”.
„Oczyszczanie gruntu”
Śmierć tysięcy Polaków na terenach wcielonych w październiku 1939 r. do Rzeszy, zwłaszcza na Pomorzu, nie wynikała tylko z natury wojny, która zawsze przynosi śmierć i nieszczęścia. Była efektem świadomej, zaplanowanej akcji zabijania wybranych przedstawicieli społeczeństwa polskiego, których nazwiska jeszcze przed wojną zapisano w „Księdze poszukiwanych Polaków”. Zbiorowych mordów dokonywano zwłaszcza na przedstawicielach inteligencji polskiej – nauczycielach, lekarzach, działaczach społecznych, księżach. Niemcy zamordowali połowę księży z diecezji chełmińskiej i ponad połowę (!) z diecezji włocławskiej, nazywanej dziś słusznie „diecezją męczenników”. Zbrodnicza furia dotknęła zwłaszcza tych kapłanów, którzy w jakikolwiek sposób dali się poznać przed wojną jako polscy patrioci. Ksiądz kanonik Bernard Łosiński z Sierakowic, senator RP, był już w chwili wybuchu wojny starym człowiekiem. Został wywieziony do KL Sachsenhausen i tam zamordowany ze szczególnym okrucieństwem. Wlewano mu do gardła wodę z gumowego węża i deptano jego ciało tak długo, aż wydał ostatnie tchnienie. Nie był to przypadek wyjątkowy. Skąd się brało to okrucieństwo „kulturalnego” narodu, który dziś skarży się przed całym światem, że go skrzywdzono, „wypędzono” i że uczynili to… Polacy?
Obezhołowienie
Podobnie jak Niemcy postępowali Sowieci. Tylko metody były różne. Wspólny był jednak cel. Jednym i drugim chodziło o zamordowanie elity Narodu Polskiego, ludzi wykształconych i świadomych swej polskości, by potem łatwiej było zniewolić cały Naród. Niemcy nazywali to „oczyszczaniem gruntu”, „nadzwyczajną akcją pacyfikacyjną” lub „akcją inteligencką”. Sowieci nazywali to „prostodusznie” obezhołowieniem, czyli pozbawieniem głowy. Nie używali gumowych węży, działali bardziej racjonalnie. Ludzi skazanych na niewolnictwo w tajgach Sybiru eksploatowali do końca. Przedtem im mówili wprost: „Was tu zdzieś priwiezli, sztob wy podochli”… („Przywieziono was tutaj, żebyście zdechli”). Liczbę wywiezionych obywateli RP szacuje się na ponad 2 mln ludzi – mężczyzn, kobiet i dzieci. Na bramach sowieckich obozów koncentracyjnych widniał napis dobrze nam znany z KL Auschwitz: „Czierez trud k oswobożdieniju” („Przez pracę do wolności”). Droga do wolności z sowieckiego łagru wiodła przez śmierć – tak jak w obozach niemieckich, gdzie „praca czyniła wolnym” („Arbeit macht frei”).
Zanim rozpoczęli deportacje w głąb Związku Sowieckiego (zwyczajowo mówimy „na Sybir”, choć nie zawsze był to Sybir), wymordowali nam ponad 20 tys. bezbronnych oficerów wojska polskiego, w większej części rezerwistów, często wybitnych przedstawicieli polskiej inteligencji – lekarzy, nauczycieli, artystów. Tak samo jak Niemcy „czyścili grunt” i „pozbawiali głowy”. Zemścili się też za swą haniebną klęskę w roku 1920. Zemsta godna pospolitych bandytów i rzezimieszków. W państwie realnego bolszewizmu nie było jednak ani prawa, ani zasad moralnych. Dziś bezzębni kombatanci Armii Czerwonej po wypiciu szklanki wódki z okazji dnia zwycięstwa wygrażają Polakom, że nie okazują im wdzięczności za wyzwolenie. Ależ tak, jesteśmy wam wdzięczni! Dziękujemy słowami wiersza młodego powstańca warszawskiego, harcerza i poety Józefa „Ziutka” Szczepańskiego: „Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci”… Tak samo byliśmy wdzięczni czarnej zarazie, która ruszyła na was w czerwcu 1941 roku. Ona też wybawiła tysiące Polaków dogorywających na terenie Sowietów od czerwonej zarazy. Uwolniła ich z więzień i łagrów, umożliwiła niektórym dotarcie do armii polskiej, a później ewakuację do normalnego świata – bez czerwonej zarazy i bez czarnej śmierci…
Divide et impera
Sowieci próbowali, poza zbrodniami, jeszcze innego sposobu zniewolenia Polaków. Sposobu, który ich zawiódł w roku 1920, ale do którego wrócili z większym powodzeniem, zwłaszcza po zakończeniu wojny. Chcesz rządzić niepokornym narodem? Najpierw go podziel, skłóć. Wmów mu, że przynosisz mu wolność, „demokrację ludową”, „wyzwolenie społeczne”. Już we wrześniu 1939 r. dowódcy sowieckich frontów, zajmujących wschodnie tereny Rzeczypospolitej, kazali rozdawać podpisane przez siebie plugawe ulotki, napisane niechlujną polszczyzną, pełną błędów. Dowódca frontu ukraińskiego Timoszenko wzywał „lud”, by przy pomocy siekier rozprawił się z oficerami, którzy pędzą ich na śmierć, gdy Armia Czerwona niesie im wolność i braterstwo. Dowódca frontu białoruskiego Kowalow pisał: „Rzołnierze Armii Polskiej! Pańsko-burżuazyjny Rząd Polski, wciągnąwszy was w awanturniczą wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu. Ministrzy i gienerałowie, schwycili nagrabione imi złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiają armię i cały lud Polski na wolę losu. Armia Polska pocierpieła surową porażkę, od którego ona nie oprawić wstanie się. Wam, waszym żonom, dzieciam, braciam i siostram ugraża głodna śmierć i zniszczenie.
W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Wasze przeciewenie bez kożyści i przerzeczono na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po kłasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów. Wielka i niezwolczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach procującym, braterstwo i szczęśliwe życie. Rzołnierze Armii Polskiej! Nie proliwacie doremnie krwi za cudze Wam interesy obszarników i kapitalistów. Was przymuszają uciskać białorusinów, ukraińców. Rządzące kołe Polskie sieją narodową rużność między polakami, białorusinami i ukraińcami. Pamiętajcie! Nie może być swobodny naród, uciskające drugie narody. Pracujące białorusini i ukraińcy – Wasi procujące, a nie wrogi. Razem z nami budujcie szczęśliwe dorobkowe życie. Naczelny Dowódca Białoruskiego frontu – Komandarm Drugiej Rangi Michał Kowalow”.
Na zagarniętych Kresach nie brakowało sowieckich jaczejek, zdrajców i kolaborantów, którzy razem z Sowietami budowali swoje „dorobkowe życie” kosztem cierpienia rodaków. Potem, pod koniec wojny, przyjadą do okrojonej Polski w taborach sowieckich, by budować „demokrację ludową”. Dziś, w roku 2007, mimo naszych doświadczeń z komunizmem, państwo polskie pozwala na niczym nieskrępowaną propagandę komunistyczną, wbrew artykułowi 13 Konstytucji; pozwala na bezkarne kłamstwa historyczne w różnych „Trybunach”, „Nie” i im podobnych szmatławcach. Nie szanujemy historii, nauczycielki życia. W rocznicę wrześniowej wojny obronnej, która zapoczątkowała tyle nieszczęść i śmierć milionów obywateli Rzeczypospolitej, warto i o tym pomyśleć.
Piotr Szubarczyk
IPN, Oddział Gdańsk
