Zakusy Komitetu Bioetyki na embrion i klauzulę sumienia
Stanowisko Komitetu Bioetyki przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk z dnia 15
marca 2012 r. w sprawie "etycznych problemów medycyny reprodukcyjnej i genetyki
klinicznej oraz konieczności ich regulacji prawnej", choć temu deklaratywnie
zaprzecza – uderza w klauzulę sumienia chroniącą personel medyczny odmawiający
udziału w procedurach moralnie złych, związanych ze sztucznym wspomaganiem
rozrodu. Otwiera również furtkę do usprawiedliwiania technik zapłodnienia
pozaustrojowego wraz z praktykami eugeniki prenatalnej, praktycznie bez
ograniczeń, postulując ich finansowanie z pieniędzy podatników. Bezpardonowa
próba ingerencji w zasady etyki i deontologii lekarskiej w celu sprowadzenia
medycyny do poziomu biologii rozrodu, pomijającej wszelkie moralne i społeczne
aspekty prokreacji, nieprzypadkowo zbiega się w czasie z inicjatywami sejmowymi
w sprawie legalizacji zapłodnienia pozaustrojowego.
Gdzie roi się od lobbystów
Komitet Bioetyki przy Prezydium PAN powołany został 21 czerwca 2011 r., a
jego jedynym zajętym do tej pory stanowiskiem opublikowanym na stronie
internetowej jest właśnie to z 15 marca br. Linię ideologiczną określa m.in.
przewodniczący prof. Zbigniew Szawarski – współautor SLD-owskiego projektu
ustawy legalizującej in vitro, przygotowanego w Sejmie poprzedniej kadencji pod
patronatem aborcyjnej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny oraz
Stowarzyszenia "Nasz Bocian" wraz… z innymi członkami Komitetu Bioetyki, prof.
Eleonorą Zielińską z UW, prof. Leszkiem Kubickim i prof. Jackiem Zarembą,
członkiem-korespondentem PAN. Stanowisko odzwierciedla interesy "klinik" in
vitro, które dążą do ugrania jak najmniejszych restrykcji prawnych wokół
procederu dotychczas odbywającego się poza prawem, przy jednoczesnym postulacie
jego dofinansowywania z kieszeni podatników. Stanowisko zatwierdzone zostało
stosunkiem głosów 14:3 przy jednym wstrzymującym się, podczas gdy wszystkich
członków jest 32. Według Komitetu, ustawa "powinna gwarantować każdemu
obywatelowi możliwość korzystania z aktualnych osiągnięć współczesnej medycyny
reprodukcyjnej i zapewniać wysoki poziom medyczny, bezpieczeństwo zdrowotne oraz
efektywność stosowanych zabiegów medycznie wspomaganej prokreacji". Jakie są
szczegółowe postulaty Komitetu Bioetycznego?
Pod dyktando Palikota
Stanowisko, jakby pisane z myślą o wsparciu obecnego projektu Palikota,
precyzuje, że "przyjęta regulacja prawna powinna dopuszczać niepartnerskie
dawstwo gamet i zarodków, kriokonserwację gamet i zarodków oraz możliwość
stosowania genetycznej diagnostyki preimplantacyjnej w celu określenia stanu
zdrowia embrionów in vitro". Komitet Bioetyki postuluje odarcie prokreacji z
norm etycznych, oderwanie jej od kontekstu małżeństwa, mrożenie i niszczenie
zbędnych zarodków oraz procedurę eugenicznej selekcji, jaką stanowi diagnostyka
preimplantacyjna. Jednym z członków Komitetu przy Prezydium PAN jest również
prof. Marian Szamatowicz, inicjator stosowania technik wspomaganego rozrodu w
Polsce, związany z biznesem in vitro w Białymstoku. Imienne dane odnośnie do
głosowania w sprawie stanowiska nie są dostępne, znany jest jednak stosunek
Szamatowicza do moralności katolickiej, w tym do Kościoła katolickiego, wyrażony
w tekście zamieszczonym w "Gazecie Lekarskiej", w komentarzu dotyczącym Nagrody
Nobla za in vitro (nr 11/2010, por. www.stronaoinvitro.pl). Inny z członków
Komitetu, dr hab. Paweł Łuków, indoktrynujący lekarzy na kursach filozofii
"etyką" nierespektującą prawa naturalnego, czego sam mogłem kilkakrotnie
doświadczyć, jest nie tylko zwolennikiem procederu in vitro, ale również
pozyskiwania komórek macierzystych z zarodków ludzkich (por. wystąpienie dr.
hab. Pawła Łukowa w przeddzień konferencji Medycyny Praktycznej INTERNA 2010 na
temat "Czy lekarz może tworzyć i niszczyć ludzkie embriony?", temat wystąpienia:
"Zapłodnienie in vitro i pozyskiwanie komórek macierzystych z ludzkich embrionów
w świetle etyczno-filozoficznym – głos za").
"Bioetycznie" wyciągnąć pieniądze z kieszeni podatnika
Kuriozalny zapis w pkt 2, według którego "wszelkie uznane za legalne
procedury zapłodnienia pozaustrojowego i diagnostyki preimplantacyjnej powinny
być refundowane ze środków publicznych w zakresie przewidzianym przez ustawę",
stanowi w istocie aprobatę dla wyłudzania dofinansowania dla klinik in vitro z
pieniędzy publicznych. Tym żaden Komitet Bioetyczny nie powinien się zajmować,
bo to go przecież dyskwalifikuje. Faktu tego nie zmienia podane uzasadnienie, że
"zdaniem Komitetu jest bowiem sytuacją niesprawiedliwą, gdy znaczna grupa
pacjentów, którzy solidarnie uczestniczą w ponoszeniu kosztów funkcjonowania
powszechnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych, jest pozbawiona dostępu do
nowoczesnych świadczeń zdrowotnych". Niektóre środowiska podobnymi sloganami
postulują dostępność i dofinansowanie innych niemoralnych działań
paramedycznych, jak np. aborcji i antykoncepcji, w ramach "zdrowia
reprodukcyjnego". Środki socjotechniki w przypadku in vitro i aborcji pozostają
ze sobą zbieżne. Szkoda, że Komitet Bioetyki nie wpadł na to (a raczej nie
chciał wpaść), że problem niepłodności należałoby zacząć rozwiązywać od
przeciwdziałania promowanej przez biznes farmaceutyczny i organizacje
feministyczne polityce antynatalistycznej opartej na środkach
przeciwpoczęciowych i wczesnoporonnych. Zamiast tego proponuje się finansowanie
innych niemoralnych procedur o przeciwnym celu, których skuteczność, rozpatrując
problem czysto od strony technicznej, wraz z wiekiem drastycznie spada. W
istocie jedną z sześciu kobiet w Komitecie Bioetyki jest prof. Alicja
Przyłuska-Fiszer, która wraz z innym jego członkiem, tj. prof. Januszem Limonem
z Uniwersytetu Medycznego w Gdańsku, widnieje wśród sygnatariuszy listu do
premiera Tuska w 2008 r. opublikowanego w "Gazecie Wyborczej" pt. "Stwórzmy
nowoczesne państwo reprodukcyjne" (brzmi zupełnie orwellowsko!), w którym
podpisała się, używając nazwy swojej instytucji, tj. warszawskiej Akademii
Wychowania Fizycznego. Dla przypomnienia hipokryzji niektórych mediów, mniej
więcej w tym samym czasie prof. Janusz Gadzinowski z UM w Poznaniu, przeciwnik
manipulacji in vitro, spotykał się z medialnymi szykanami za podobne podpisanie
się afiliacją swojego miejsca pracy. (por. M. Magierowski, "Rzeczpospolita" z
1.11.2010, "Debata nad in vitro: bądź za, bo jak nie…").
Ma być unijnie
Przy postawionych tezach Komitetu Bioetyki trudno dziwić się postulatowi
dostosowania polskiego prawa do postanowień dyrektyw Parlamentu Europejskiego "w
sprawie ustalenia norm jakości i bezpiecznego oddawania, pobierania, testowania,
przetwarzania, konserwowania, przechowywania i dystrybucji tkanek i komórek
ludzkich" (2004/23/WE) oraz dwóch dyrektyw wykonawczych w kwestiach dotyczących
ludzkich gamet i zarodków. Niestety, zarodek ludzki, a więc człowiek w
początkowym stadium rozwoju, mający swoją godność i osobowość prawną, zostaje
zdegradowany do roli przedmiotu na równi z innymi komórkami, tkankami, a także
organami jak nerka lub wątroba. Warto zwrócić uwagę, że zygota, tj. człowiek w
najwcześniejszej fazie swojego rozwoju, w dyrektywie 2006/17/WE określony jest
błędnie "komórką rozrodczą" (!) "dającą początek embrionowi". Każdy uczeń wie,
że zygota posiada już pełną, diploidalną (w podwójnych kopiach) liczbę
chromosomów, w połowie pochodzących od ojca i w połowie od matki, określającą
cechy człowieka na całe życie! Komórki rozrodcze mają natomiast haploidalną
(zredukowaną o połowę, w jednej kopii) liczbę chromosomów, o czym powinien
wiedzieć również każdy uczeń szkoły podstawowej. Dyrektywa wykonawcza 2006/86/WE
tragikomicznie zrównuje "komórki macierzyste, gamety i embriony ludzkie" w
kontekście wymogu "oznakowania pojemnika transportowego" napisem "nie
napromieniowywać"…
"Troska" o genom ludzki – beztroska względem zabijanych zarodków
Stanowisko Komitetu może rodzić refleksję, czy "naukowcy" niemieckiej III Rzeszy
eugeniczne eksperymenty na ludziach też podpierali orzeczeniami ówczesnych
"komisji bioetycznych"? Z jakiej antropologii wywodzi się ogłoszone stanowisko
Komitetu w kwestii sztucznej prokreacji oraz genetyki klinicznej – w kontekście
zapłodnienia in vitro wykorzystywanej stricte w celach eugenicznych? Jakich norm
etycznych broni ów Komitet "Bioetyki", jeśli w ogóle broni, skoro nie chroni ani
życia zarodków ludzkich, ani godności małżeństwa, prokreację umieszczając poza
wszelkimi normami moralnymi i społecznymi, jak w stadzie lub hodowli zwierząt
doświadczalnych?
Wyrazem troski Komitetu jest m.in. "podjęcie działań legislacyjnych, które
doprowadzą do szczegółowego określenia statusu i zasad ochrony genomu
ludzkiego". Deklaracja bez pokrycia zdradza nowomowę politycznej poprawności,
modę na górnolotne, ogólnikowe zapewnienia, bardziej niż faktyczną wolę
zabezpieczenia genomu ludzkiego. Trudno sądzić, aby przynajmniej część członków
Komitetu związana z naukami podstawowymi i medycznymi nie słyszała o negatywnych
konsekwencjach procedury in vitro na poziomie zaburzeń modyfikacji
epigenetycznych i zwiększenia częstości wad wrodzonych w przebiegu zaburzenia
piętnowania gametycznego. Przenoszenie i kumulacja wielu defektów genetycznych
na tle różnych mechanizmów nie są dokładnie poznane w perspektywie kolejnych
pokoleń. Wyrażona troska o status genomu ludzkiego jest w związku z tym czystą
fikcją wobec dopuszczanych technik niosących tak poważne zagrożenia.
Autorzy stanowiska w pkt 5 kierują wezwanie do władz polskich, aby szybko
ratyfikowały "Konwencję o ochronie praw człowieka i godności istoty ludzkiej
wobec zastosowań biologii i medycyny" uchwaloną w Oviedo w 1997 roku. Dla
ścisłości, konwencja odwołująca się do "prymatu jednostki" wobec społeczeństwa,
nauki i techniki oraz "nadrzędności godności wobec wolności" nie chroni
embrionów, zwłaszcza tych chorych. Postuluje jedynie zakaz tworzenia embrionów
dla celów eksperymentalnych (por. T. Biesaga, Europejska Konwencja Bioetyczna,
"Medycyna Praktyczna", 2006/11).
Prawo do eugeniki jako "prawa człowieka"?
Przedmiotem "bioetycznej" troski Komitetu jest "szczegółowe określenie praw
pacjenta korzystającego ze świadczeń z zakresu diagnostyki i poradnictwa
genetycznego oraz zasad ich ochrony, standardów udzielania świadczeń z zakresu
diagnostyki i poradnictwa genetycznego, w tym genetycznych badań prenatalnych i
preimplantacyjnych, testów prognostycznych, badań przesiewowych oraz zasad
określających warunki oraz granice dopuszczalności komercyjnych testów i badań
genetycznych". Jak jasno wynika z kontekstu dokumentu, pacjent ma mieć po prostu
prawo do diagnostycznych "zdobyczy" eugeniki.
Ani razu stanowisko nie odnosi się natomiast do praw embrionu (zarodka). To
zagadnienie dla Komitetu Bioetyki nie istnieje. Przedmiotem troski jest
"obywatel" (por. pkt 2, mimowolnie nasuwa mi się skojarzenie z Komitetem
Rewolucyjnym), który ma "prawo do reprodukcji", co brzmi jawnie weterynaryjnie.
Określenie "zarodek" pada tylko w złym moralnie kontekście, tj. "niepartnerskiego
dawstwa zarodków", "kriokonserwacji" (po prostu zamrażania) lub diagnostyki
preimplantacyjnej (przed wszczepieniem do endometrium) wiążącej się dla
"gorszego" embrionu ze skazaniem na śmierć. Czyżby przeważająca część jego
członków tkwiła mentalnie jeszcze w PRL-owskim przekonaniu, dalekim od
możliwości obecnej diagnostyki, sądząc, że "zarodek to tylko zlepek komórek"?
Nie dziwi więc nawet brak zapewnienia zakazu selekcji zarodków pod kątem płci.
Komórki rozrodcze ze zwłok?
Budzące grozę makabryczne zainteresowanie Komitetu obejmuje również określenie
zasad pozyskiwania (…) "ludzkich gamet (…) pochodzących ze zwłok dla celów
badań naukowych". Czemu te badania mają służyć? Oczekujemy raczej wprowadzenia
kategorycznego zakazu pobierania komórek rozrodczych ze zwłok, aby zapobiec
kolejnym zwyrodnieniom i wynaturzeniom widocznym na polu "medycyny rozrodu".
Czyżby członkowie Komitetu chcieli zabezpieczyć "prawo" do in vitro z udziałem
komórek rozrodczych zmarłych dawców? Horror. Stanowisko niestety nie odnosi się
do problemów socjologicznych, psychologicznych i tożsamościowych, które rodzi
ten proceder wobec dzieci poczętych na drodze sztucznego rozrodu.
Jak administracyjnie ograniczyć klauzulę sumienia?
Najbardziej skandaliczna jest jednak treść pkt 4 stanowiska, w którym Komitet
zamierza przypieczętować wcześniejsze postulaty i wprowadzić je w praktykę
rękoma lekarzy. Czytamy, że "Komitet Bioetyki wyraża głęboki niepokój związany
ze sposobem korzystania przez niektórych polskich lekarzy z tzw. klauzuli
sumienia, zwłaszcza w odniesieniu do świadczeń z zakresu medycyny reprodukcyjnej
i diagnostyki prenatalnej. Obowiązujące w Polsce unormowania etyczne i prawne
dotyczące zawodów lekarza i lekarza dentysty przyznają lekarzowi prawo do odmowy
wykonania świadczenia zdrowotnego, które jest sprzeczne z jego przekonaniami
moralnymi, jednocześnie określając warunki wykonania tego prawa. Komitet nie
kwestionuje zasadności i potrzeby istnienia takiej regulacji. Stanowczo
sprzeciwia się jednak przypadkom nadużywania lub korzystania z klauzuli sumienia
wbrew przepisom ustawy, z pogwałceniem fundamentalnych praw reprodukcyjnych
polskich pacjentek i pacjentów". Czy głęboki niepokój Komitetu wobec
"nadużywania" klauzuli sumienia dotyczy może odmowy udziału w procedurach
nagannych moralnie jak in vitro czy w poradnictwie ukierunkowanym na eugenikę?
Jeśli główny pomysłodawca stanowiska Komitetu sądzi, że "przepisy ustawy" mają
moc nadrzędną wobec prawa Bożego i prawa naturalnego, to wyprowadzę go z błędu –
"Bardziej należy słuchać Boga niż ludzi" (por. Dz 5, 27-33). Tym zaleceniem
kierują się ludzie sumienia. Retoryka pogwałcenia fundamentalnych praw
reprodukcyjnych ma wydźwięk różnych feministycznych rezolucji dotyczących "praw
reprodukcyjnych" – w istocie "prawa" do zabicia dziecka oraz działań wymierzonym
właśnie w płodność. Na te groźby i nagany lekarze nie mogą się zgodzić. Nie
można milczeć, gdy ktoś próbuje ingerować w Kodeks Etyki Lekarskiej. Szczególnie
bolesny jest fakt, że w skład Komitetu, który wydał takie stanowisko, wchodzi
czternastu przedstawicieli służby zdrowia. Jak głosowali?
"Komitet widzi konieczność zainicjowania publicznej debaty na temat granic
autonomii moralnej lekarza oraz zasad korzystania przez przedstawicieli różnych
zawodów medycznych z klauzuli sumienia". Bardzo istotnym elementem inicjującym
debatę, o którą dopomina się Komitet, są aktualne pikiety Fundacji PRO – Prawo
do Życia i Stopaborcji.pl pod szpitalami, w których zabija się upośledzone
dzieci w łonie matki. Ich organizatorom można gratulować, bo do coraz szerszej
świadomości społecznej przebija się prawda, że "wyjątek kompromisowej ustawy"
dopuszczający mordowanie dzieci pokrzywdzonych przez chorobę jest aktem
barbarzyństwa i jakimś kompletnym absurdem. Nikt z personelu medycznego w takim
akcie nie może uczestniczyć i przed tym chroni go właśnie klauzula sumienia.
Dobrze by było, aby ta świadomość przełożyła się również na wcześniejsze
działania eugeniczne, stosowane np. w poradniach genetycznych (to często tutaj
zapadają pierwsze decyzje eugeniczne) oraz w związku z technikami wspomaganego
rozrodu.
Zacząć trzeba od prawdziwych definicji i prostowania znaczenia pojęć
W mentalności relatywistycznej brak obiektywnych kryteriów, które powinni
spełniać członkowie podobnych komisji i komitetów "bioetycznych", w skład
których wchodzą ludzie, choć niewątpliwie specjaliści w swoich dziedzinach, to
reprezentujący nurty ideologicznie niebezpieczne w skutkach dla samego
człowieka, negujące prawo do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Według
Cycerona, "wszelkie badanie podejmowane przez umysł ludzki w jakiejś dziedzinie
winno za punkt wyjścia mieć definicję, aby było wiadomo, czym jest to, co ma
stanowić przedmiot dociekań". Zgodnie z jedną z definicji "bioetyka stanowi
dział filozoficznej etyki szczegółowej, która ma ustalić oceny i normy (reguły)
moralne ważne w dziedzinie działań (aktów) ludzkich polegających na ingerencji w
granicznych sytuacjach związanych z zapoczątkowaniem życia, jego trwaniem i
śmiercią" (za: T. Ślipko, Bioetyka, Petrus 2009). Może warto, aby osoby wydające
oświadczenia z normami moralnymi niemające nic wspólnego, wprowadzające w
dziedziny biomedyczne nieludzkie "prawa silniejszego" (pod pretekstem "praw
człowieka") jako przedłużenie darwinowskiej koncepcji ewolucjonizmu, sięgnęły do
podstaw. A ci, którzy mają wiedzę, ale brakuje im odwagi, odważyli się otwarcie
iść pod prąd panującemu moralnemu nihilizmowi, także poprzez organizowanie
równoległych ciał opiniodawczych. Ku pokrzepieniu serc przytoczę jednak fragment
wypowiedzi jednego z członków tego Komitetu, pozostającego w "niegroźnej"
mniejszości: "Okazuje się więc, że zmiana definicji wpływa na ocenę moralną
czynu. Tak wyrasta niekiedy problem: jak zdefiniować pojęcia, ażeby pod pozorem
zachowania zasad moralnych móc zrealizować własną hipotezę badawczą, sprostać
własnym potrzebom, ambicjom, interesom tak, by nie uzyskały one miana
niemoralnych. Istnieją dwie możliwości: albo zmienić postępowanie, albo
definicję. Dużo łatwiej jest zmienić definicję, uzbrajając ją w racjonalne
pozory. Zasad moralnych, tak jak i praw matematyki, relatywizować jednak nie
można pomimo opinii, że "Nie ma nic bezwzględnie dobrego lub złego, lecz
myślenie czyni je takimi" (Hamlet). Zasad moralnych nie można uzależniać od
utylitarnej potrzeby. Co to by było, gdybyśmy prawa matematyki dopasowywali do
własnych życzeń?" (prof. Tadeusz Tołłoczko, Warszawski Uniwersytet Medyczny, za:
Serwis Biotechnologiczny, 25 lipca 2005).
Dr hab. Andrzej Lewandowicz
Autor jest lekarzem specjalizującym się w chorobach wewnętrznych, a także
doktorem habilitowanym nauk chemicznych.
