Zabraknie ciągłości w IPN

Z prof. Mieczysławem Rybą (KUL), byłym członkiem Kolegium Instytutu
Pamięci Narodowej, rozmawia Zenon Baranowski

Wyłonienie dzisiaj przez Radę IPN kandydata na prezesa Instytutu i jego
rychły spodziewany wybór przez Sejm oznacza koniec okresu przejściowego w tej
instytucji…

– Trudno jest przypuszczać, że ten okres przejściowy, ta nowela i nowela do
noweli, i wszystko, co się wokół tego działo, jest przypadkowe. Pamiętajmy, że
nowy prezes, który byłby wybrany tuż po śmierci prof. Janusza Kurtyki,
automatycznie wpisywałby się w pewien kontekst działań, w jakąś tradycję…

Utrzymywałby pewną ciągłość.
– Tak, naturalną ciągłość. Kolegium IPN z moim udziałem ogłosiło wówczas taki
konkurs, ale była nagonka, żeby nie doszedł on do skutku. Natomiast ponadroczna
przerwa powoduje, że w Instytucie mamy inne warunki, jeśli chodzi o aktywność
IPN, kierunki jego działań w sferze wydawniczej, sferze śledczej i sferze
edukacyjnej. To wszystko powoduje, że dzisiaj mało kto interesuje się tym, co
się w IPN dzieje, a nowy prezes po tak długiej przerwie będzie porównywany nie
tyle z prezesem Kurtyką, ile z tym właśnie stanem przejściowym. W moim
przekonaniu, mamy do czynienia z pewnym celowym działaniem nakierowanym na
deregulację działalności Instytutu.

W tym okresie mieliśmy do czynienia ze szczególnie silnym kwestionowaniem
sensu prowadzenia niektórych śledztw, akcentowaniem ich wysokich kosztów.
Pojawiły się też problemy z kolportażem wydawnictw Instytutu.

– Doszło nawet do tego, że i z wydawaniem był kłopot – praktycznie w IPN jest
uwiąd wydawniczy i kompletny zanik kolportażu. Mamy też do czynienia z
bezwzględnym atakiem na pion śledczy ze zwróceniem uwagi na to, czego robić nie
wolno. Nie sądzę, że chodziło tylko o śledztwo w sprawie śmierci gen. Władysława
Sikorskiego. Są przecież inne śledztwa typu Stefan Michnik. W związku z tym
została w IPN tylko działalność archiwalna, bo trudno też dostrzec poważną
aktywność medialną. Nie ma reakcji IPN chociażby na to, co się dzieje w Rosji w
związku z tymi rzekomymi obozami zagłady w Polsce. Ten stan tymczasowości
powoduje bezwład. I nowy prezes – pamiętajmy, wybrany zwykłą większością i
zwykłą większością w każdej chwili odwoływalny – ma od razu na starcie potężną
trudność, zastając Instytut w takim stanie, a nie w takim, jak go zostawił prof.
Kurtyka. Poza tym musi mieć świadomość, że wisi nad nim miecz Damoklesa w
postaci partyjniactwa. Właśnie w imię partyjniactwa zrobiono te zmiany w ustawie
o IPN, ponieważ uznano, że naruszane są tam interesy pewnych grup czy też
pewnych osób. Przecież większość partyjna w Sejmie, czyli koalicja rządowa,
wybiera prezesa. To jest cel ostateczny – podporządkować IPN i go spacyfikować.

Większość kandydatów na prezesa Instytutu jest lub była z nim związana,
zasiadając na stanowiskach kierowniczych, co należy uznać za plus. Jak Pan
ogólnie ocenia kandydatów?

– Są to w większości osoby, które od strony ideowej są niekontrowersyjne dla
układu rządzącego. I rzeczywiście, przynajmniej niektóre z nich znają się na
strukturze IPN. Jednak w przyszłości taki prezes musi liczyć się z opinią
partyjną co do bieżącej działalności i tu rzeczywiście jego sytuacja będzie
bardzo trudna. Chodzi o możliwości realnego działania i przede wszystkim wolnego
działania. Bo bez tego ostatniego Instytut staje się tylko narzędziem w
rozgrywkach. A ta wolność jest zredukowana.

Największe szanse daje się dr. Markowi Lasocie z Krakowa, który już w 2009 r.
był niejako "namaszczany" przez polityków Platformy Obywatelskiej na następcę
Janusza Kurtyki…

– Marek Lasota był bliskim znajomym Kurtyki, natomiast nie jest powiedziane, że
kandydatura, którą się widzi politycznie, automatycznie będzie zwycięska. Po
pierwsze, kandydata wyłania Rada, i tutaj mogą zaistnieć różne "układanki".
Problem jest też taki, czy nowy prezes w nowych warunkach organizacyjnych
Instytutu, a zarazem wybierany jako niekontrowersyjny w całym tym klimacie,
który jest, będzie mógł wyprowadzić Instytut na prostą. Pamiętajmy, że te
ostatnie ataki do tego stopnia sparaliżowały IPN, że przy końcowym rocznym
sprawozdaniu będzie problem nowego budżetu. Jestem przekonany, iż pojawią się
głosy, że przecież nie ma np. działalności wydawniczej, w związku z czym
zredukujmy budżet, bo po co przyznawać pieniądze, które potem nie są
wydatkowane…

Dziękuję za rozmowę.

drukuj