Z miłości do srebrnych skrzydeł

Przemówienie Ewy Błasik, żony poległego w katastrofie pod Smoleńskiem
dowódcy Sił Powietrznych RP gen. pilota Andrzeja Błasika, wygłoszone na Jasnej
Górze z okazji przekazania wotów generalskich (20 listopada)

Kochani Duchowni,
Drodzy Pielgrzymi!

To dla mnie wielki zaszczyt i wyróżnienie, że w tej duchowej stolicy Polski, w
tej pięknej auli im. naszego cudownego Papieża Jana Pawła II, mogę zabrać głos i
podzielić się z Wami swoimi przeżyciami.
Proszę zrozumieć, że nie jest mi łatwo od dnia 10 kwietnia tego roku występować
publicznie w tej nowej roli – roli wdowy po Generale, Dowódcy Sił Powietrznych
RP.
Wzruszenie ogarnia mnie również ze względu na miejsce, w którym się znajdujemy,
a do którego jeszcze tak niedawno z okazji różnych uroczystości przybywałam
razem z moim Mężem, aby właśnie tutaj, na Jasnej Górze, w sanktuarium Królowej
Polski – Hetmanki Żołnierza Polskiego, w obecności między innymi śp. wspaniałego
Biskupa Polowego Wojska Polskiego generała broni Tadeusza Płoskiego i śp.
księdza pułkownika Jana Osińskiego dawać świadectwo głębokiej wiary w Boga.
Katastrofa smoleńska spowodowała, że zawalił mi się cały poukładany świat.
Straciłam Męża, który był wielką miłością mojego życia. Po jego śmierci oszalałe
media i tzw. eksperci bezpodstawnie go oskarżają, marnując w ten sposób jego
dorobek życia i dobrą pamięć. To właśnie z miłości Boga czerpię siłę do walki o
jego honor i godność osobistą. Pochodzę z rodziny katolicko-patriotycznej, w
której żelaznym fundamentem była wiara w Boga.
Myślę, że Bóg miał jakiś plan, zabierając mi 10 kwietnia ukochanego Męża i wiele
innych wybitnych osób bezgranicznie oddanych Polsce, na czele ze śp. prezydentem
– panem Lechem Kaczyńskim i jego małżonką. Myślę, że każde cierpienie ma swoją
głębię, ma swój sens, tak jak było to w przypadku cierpienia Chrystusa.
Dobry Bóg na mojej drodze postawił i dał mi za Męża – wojskowego pilota. Zawsze
czułam, że rola żony oficera Wojska Polskiego jest moim powołaniem. Myślę, że
błyskawiczna kariera mojego Męża w planach Pana Boga też nie była przypadkowa.
Od najmłodszych lat czuję, że tak jak mówią słowa "Barki": "O Panie, to Ty na
mnie spojrzałeś" – Bóg spojrzał również na mnie i oczekuje, abym mimo wszystko
była dzielna i wierna sakramentalnym słowom: "Bóg – Honor – Ojczyzna".
Myślę, że nie jest przypadkiem również fakt, iż to właśnie mój dziadek –
żołnierz Marszałka Piłsudskiego – na cześć moich narodzin w roku 1963 wystawił
przed swoim domem krzyż. Ja dobrze wiem, i bardzo to czuję, że ten krzyż jest
moim życiowym drogowskazem. Wiem, że muszę dalej iść przez życie i z pokorą
dźwigać ten Chrystusowy Krzyż na swoich barkach. Drugi mój dziadek, uczestnik II
wojny światowej, w latach komuny przed swoim domem miał odwagę wystawić
kapliczkę z Chrystusem Zmartwychwstałym. Dla mnie osobiście ta kapliczka ma
wymiar zwycięstwa miłości nad śmiercią.
Bo jak opowiedzieć miłość, która została nagle samotna po tej stronie życia? Jak
opowiedzieć miłość sercem pękającym z rozpaczy? Jak opowiedzieć miłość –
poniżaną, bezczeszczoną, bezwzględnie hańbioną?
Najpierw opowieść o miłości najprostszej, tej między rodzicami i czworgiem
rodzeństwa, spośród którego mój Mąż był najmłodszy. Miłość rodzinna. To ona dała
mu poczucie własnej wartości, ale i przekonanie, że trzeba szanować każdego
człowieka, bo każdy jest tak samo ważny. Ona nauczyła odpowiedzialności za
siebie i za innych. To dzięki niej, gdy pracował w oddalonych zakątkach kraju i
nie miał możliwości spotkać się z rodzeństwem, wiedział, że chrześnica czuje się
już lepiej po operacji, a nawet – dokąd siostrzeniec wyjeżdża na wakacje.
Rodzinna więź, klimat otwartości i życzliwości dawały poczucie bezpieczeństwa,
ale i świadomość, że swój los wykuwa się samemu, że marzenia są po to, aby je
spełniać. Także to najbardziej śmiałe – stać się ptakiem, polecieć w
przestworza, gdzie człowiek jest naprawdę wolny.
I to była ta najtrudniejsza miłość. Jej podporządkował swoje życie. Ją
rozpoznawał każdy, kto choć na chwilę zetknął się z moim Generałem. Słowa: "lot,
samolot, piloci" – rozpalały iskry w jego oczach. Kiedy opowiadał o lataniu,
skupiał uwagę wszystkich, bo była w tym pasja, była duma i spełnione marzenie –
to dotknięcie gwiazd! Ta miłość pozwalała pokonywać trudności, stale się
doskonalić, stawać się coraz lepszym. Bo przecież lotnictwo było nie tylko
namiętnością, było także służbą dla Ojczyzny.
Tej miłości – do małej rodzinnej wioski oraz do dużej Ojczyzny – nauczyła go
mama, nauczycielka historii. To ona wpoiła mu przekonanie, że nie można służyć
dobrze Narodowi, nie znając jego dziejów, bogatej tradycji i kultury.
Uświadomiła, że kochać swój rodzinny kraj to rzetelnie dla niego pracować. To
dlatego na jej grobie, mogile zwyczajnej wiejskiej nauczycielki, składał w dniu
Wszystkich Świętych biało-czerwone kwiaty.
Nie mnie, żonie generała pilota Andrzeja Błasika, oceniać jego żołnierskie
dokonania. Oceny jego służby dla Ojczyzny dokonywali przez lata jego dowódcy,
przyznając mu kolejne stopnie oficerskie oraz wyznaczając coraz bardziej
odpowiedzialne stanowiska.
Jego kompetencje potwierdzali cywilni Zwierzchnicy Sił Zbrojnych
Rzeczypospolitej Polskiej – począwszy od pana prezydenta Aleksandra
Kwaśniewskiego, który przyznał mu pierwszą gwiazdkę jako najmłodszemu generałowi
w Polsce – po kolejnych, którzy postawili przed nim wyzwanie wprowadzenia Sił
Powietrznych RP do grona najnowocześniejszych w Europie, zdolnych do
współdziałania z siłami NATO. A następnie trzy lata temu śp. prezydent Lech
Kaczyński, razem ze śp. ministrem obrony narodowej Aleksandrem Szczygłą,
powierzyli mojemu Mężowi zaszczytne stanowisko Dowódcy Sił Powietrznych
Rzeczypospolitej Polskiej.
Jak mój Mąż wywiązał się z tego zadania, ocenił najdobitniej pan minister obrony
narodowej Bogdan Klich, który nad trumną podległego sobie dowódcy powiedział:
"Jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek podniesie rękę na twój dorobek jako dowódcy Sił
Powietrznych RP, ja będę tego dorobku bronić, bo to jest dorobek
profesjonalisty, patrzącego w przyszłość oficera Wojska Polskiego, prawego i
honorowego".
Ale chciałabym zacytować także słowa jednego z jego podwładnych – dowódcy 2.
Skrzydła Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu gen. brygady Włodzimierza Usarka,
który w kilka tygodni po śmierci Męża powiedział Polskiej Agencji Prasowej: "On
zmienił polskie lotnictwo: wprowadził nie tylko samoloty F-16, ale także
samoloty CASA i Herculesy. Teraz chciał wprowadzić nowy system szkolenia
lotniczego. Andrzej był wspaniałym dowódcą, kolegą, a także znakomitym pilotem.
Rzadko zdarza się taki zwierzchnik: jako dowódca umiał wysłuchać podwładnych,
dawał wolną rękę, można było przy nim wspaniale pracować".
Dziś chce się nas przekonać, że kolejni prezydenci Rzeczypospolitej Polskiej
oraz ministrowie odpowiedzialni za resort obrony narodowej powierzali pieczę nad
Siłami Powietrznymi – jak donoszą rosyjskie media – "nieodpowiedzialnemu
szaleńcowi". Niech więc nie słowa, lecz fakty przemówią w obronie czci generała
pilota Andrzeja Błasika.
Oto one:
– udział jednostek Sił Powietrznych w licznych międzynarodowych ćwiczeniach i
misjach państw sojuszniczych NATO,
– przyznanie Generałowi w 2009 r. przez prezydenta Stanów Zjednoczonych orderu
Legia Zasługi,
– delegacje ponad dwudziestu państw na pogrzebie Dowódcy Sił Powietrznych,
– odsłonięcie we wrześniu w największej amerykańskiej bazie w Ramstein pomnika
poświęconego jego pamięci,
– uhonorowanie go przed kilkoma dniami przez społeczności "małych ojczyzn", z
których tak bardzo był dumny, tytułami: "Honorowego Obywatela Miasta Dęblin"
oraz "Zasłużony dla Powiatu Poddębickiego".
Tak, to było życie podporządkowane miłości do srebrnych skrzydeł.
Ale była jeszcze jedna miłość i wiara, że Ktoś najważniejszy czuwa nad życiem
każdego lotnika, a więc także nad jego życiem. Dlatego w mundurze i kombinezonie
zawsze miał wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej. Dlatego często zadziwiał
uczestników uroczystych Mszy Świętych, że przystępuje do Stołu Pańskiego.
Dla niego było to takie zwyczajne. Jeśli się wierzy, że Bóg istnieje, to także
rzetelnie.
To dzięki jego postawie nie zadajemy dzisiaj pytania: "Dlaczego?". Wierzymy, że
wraz z jedną i drugą mamą przyglądają się dzisiaj naszym poczynaniom i proszą o
opiekę nad nami.
A przecież była jeszcze miłość ojca i dzieci.
Jaka była ta miłość, która musiała pokonać częste oddalenia oraz brak czasu? O
jej sile najlepiej świadczą słowa naszej córki, wypowiedziane podczas ostatniego
pożegnania na warszawskich Powązkach: "Mieliśmy tyle wspólnych planów i marzeń.
Tato, wszystko było dopiero przed nami". Jej moc, tej rodzinnej miłości,
potwierdza także nasz syn, który codziennie staje przy grobie Taty. Jaka była ta
miłość, która nie pozwoliła dzieciom zwątpić…
Na koniec czas na opowieść o miłości kobiety i mężczyzny. Ale tej opowieści nie
będzie. Ona jest moją własnością. Ta miłość pozostanie na zawsze w moim sercu.
To dzięki niej będę każdym swoim oddechem, w każdej chwili swego życia walczyć o
godność Męża, Ojca, Syna i Brata, będę walczyć o szacunek dla Dowódcy Sił
Powietrznych Rzeczypospolitej Polskiej.+

drukuj