Wysoka góra

"Wolność jest jak powietrze na szczycie wysokiej góry – i jedno, i drugie
nie
jest dla słabych" – tak pouczał mnie pewien wybitny instruktor taternictwa
na wyprawie na wielki szczyt w górach lodowcowych. Obecność Benedykta XVI
w Polsce dała tyle odniesień, jakbyśmy podjęli wspólną wspinaczkę na niebotyczny
wierzchołek.
Wśród pięknej scenerii, wspaniałych przeżyć, z pełną świadomością każdego
kroku,
każdej chwili. I jak na wyprawach wysokogórskich, ci mniej doświadczeni podążają
za swoim mistrzem – w zaufaniu stawiając stopy krok w krok, wprost w jego
ślady. Szczyt wydaje się wtedy na wyciągnięcie ręki!

W zasięgu naszych rąk – z dnia na dzień, z chwili na chwilę papieskiego pielgrzymowania
po Polsce – stawała się dojrzała wiara, pogłębiony katolicyzm, wiara codzienna
mocna i świadoma. Taki mi się jawił wizerunek rzesz witających Ojca Świętego,
modlących się z nim, choć już nie z "takim samym", ale także "naszym" pasterzem,
przewodnikiem ponad przepaściami codziennych polskich trudności.
W zasięgu naszych rąk – przez kilka tych papieskich dni – jawiła się kultura
bycia, kultura modlitwy, obcowania w wielkiej wspólnocie. Polska stała się
NASZA, wspólna, jak dom rodzinny. Polska stała się WSPÓLNOTĄ.
Podczas gdy pielgrzymowanie Jana Pawła II zwykle było dla mnie nadzwyczajną
okazją do dalszej nauki: jak wierzyć, jak wierzyć w Polsce, jak odnajdywać
się jako
katolik w reżimowym państwie, jak przeżyć dobrze życie, po chrześcijańsku,
w wierze, i to we własnym przedziwnym kraju – tak pielgrzymka Benedykta XVI
jakoś
samoczynnie wyzwoliła we mnie pragnienie dokonania specjalnego rachunku sumienia.
W odniesieniu do własnego sumienia, ale i mego miejsca w Ojczyźnie.
Chora, podążałam za Ojcem Świętym krok w krok dzięki telewizyjnym przekazom.
Każde kolejne spotkanie wydawało się następnym etapem rozważań w sumieniu.
Co zdołałam zrobić, pozostając w Polsce, nie emigrując? Ile zdołałam zbudować
wokół
siebie, dla innych, ale i w sobie samej?

Moc i nadzieja
Plac Piłsudskiego. Deszcz, lodowaty wiatr, przemoczeni ludzie… i smętne komentarze
dziennikarzy Programu 3 TVP, jakby niezorientowanych co do wielkości chwili
komentowanej na ekranie, dziejowego wydarzenia… W 1979 roku byłam tam,
na placu, w osłupieniu słuchałam nawoływania papieskiego: "Niech zstąpi
Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!". Pamiętam to pierwsze
skojarzenie: i co, zaraz zaczną nas pałować… albo aresztują… I gdy nie
działo się nic złego, poczułam moc, nadzieję, że oto jest przy nas Wysłannik
Nieba, dokonuje cudu, bo ziemia nasza natychmiast się odnawia.
Ile nas ta odnowa, ten wyzwolony pęd do wolności miał jeszcze kosztować – szybko
się okazało. Już wkrótce stan wojenny, udręki, codzienna bieda… Ale raz rozpalona
nadzieja nie gaśnie łatwo. Serce raz otwarte na Jezusa staje się już na zawsze
głodne Jego miłości.
Teraz – homilia na placu Piłsudskiego uświadomiła mi poczucie prawa wynikającego
z odzyskanej wolności, prawa katolika do życia w odpowiedzialności za tę wolność.
A więc mam prawo oczekiwać codziennej prawdy, powagi w codziennym traktowaniu
mojej osoby jako Polki katoliczki. Mam prawo do uczestniczenia również w narodowym
rachunku sumienia: co uczynił każdy, każda z nas, aby z oczyszczonym sumieniem
przyjmować następcę Jana Pawła II – naszego ukochanego przewodnika po przepastnych
dolinach ku szczytom wolności.
Jasna Góra, ta piękna róża… Kraków, ta radosna, czysta młodzież polska…
Wadowice, cisza skromnego polskiego domu, parafialny szary kościół, promieniejąca
ciepłem twarz księdza proboszcza… modlitwa przy obrazie Matki Bożej Nieustającej
Pomocy… Tu nagły błysk, niczym znak rodzinny: Jan Paweł II ukoronował ten
wizerunek, niczym portret Matki, modlił się przecież przy nim codziennie w
drodze do szkoły, by Maryja prowadziła go w świat. W tej koronie znalazł się
kawałeczek złota z bransolety po moim ojcu; gdy zmarł, znalazłyśmy ten jedyny
skarb, jedyną kosztowność po pracowitym życiu człowieka cudem kiedyś ocalonego
z obozu koncentracyjnego Sachsenhausen… Wadowicki ksiądz proboszcz sprawił,
że to wotum znalazło się w koronie Matki Bożej, nałożonej rękami Jana Pawła
II. A teraz płakałyśmy z mamą, patrząc, jak Benedykt XVI modli się przy obrazie,
a my tego doczekałyśmy, dziękując za ocalenie z obozu wyniszczonego więźnia,
później mego taty…

Rachunek sumienia
Moja Polska, pozwalam sobie tak ckliwie myśleć, gdy patrzę na krajobrazy, na
zielone pola – z lotu ptaka, ze śmigłowca podążającego ponad kolumną pielgrzymującego
Papieża. MOJA Polska…
Oświęcim… rachunek sumienia: czy kiedykolwiek okazałam niechęć drugiemu człowiekowi
ze względu na jego "odmienność"? I przypomina mi się postać Muńka
Szyka, nieznanego mi starszego pana z Izraela, który na wieść o stanie wojennym
przysłał mi niebotyczną wówczas sumę 50 dolarów. On, który utracił w getcie
wszystkich swoich bliskich, wspiera nieznaną mu polską studentkę, katoliczkę
do tego! Przetrwałam za ten jego dar pół roku, dokarmiając rodziców emerytów.
Ale czy umiałam nie upokorzyć nikogo "innego", na przykład esbeka?
Dręczące pytanie. W pamięci przesuwają się portrety, sytuacje…
Oto w TVP, w redakcji wojskowej, którą kierowałam w "czasach prezydenta
Wałęsy", oficerowie polityczni Ludowego Wojska Polskiego, tj. hm, dziennikarze,
moi podwładni, nękali mnie na wszelkie sposoby, najczęściej – pisywali okrutne
donosy. Pewien z tych donosów był tak ohydny i tak konkretny, do tego podpisany
nazwiskiem oficera dziennikarza, że przełożeni kazali mi sprawę wyjaśnić z
autorem pisma.
Wchodzi do mego gabinetu, proszę, by usiadł, częstuję herbatą. Pokazuję jego "dzieło",
donos. – Czy pan tak musiał? Czy ktoś panu kazał?
Oficer niczym niezrażony drwi ze mnie, w końcu rzuca wulgarne słowo pod moim
adresem. W pracy, do przełożonej, w centrum stolicy, w wolnej Polsce… A ja
nie mam jak się obronić, nie ma świadków, czuję się osamotniona, do dna. Tak,
mogę wyrzucić go z pracy. Już to postanawiam, gdy słyszę: – No tak, kazali
mi, taki rozkaz dostałem od generała, aby panią zniszczyć. Co tu pani wyrabia,
pani się wydaje, że Kościół w wojsku pani sobie będzie robić. Idiotka. No to
co, że tak jest w NATO, ale my tam jeszcze nie jesteśmy i nigdy nie będziemy!
A ja myślę: jaki to biedny w gruncie rzeczy człowiek, na rozkaz musiał sprzedać
nawet swoje nazwisko!
Czy musiał? Czy musieliśmy być tam, gdzie kazano na rozkaz się sprzedawać,
donosić Polak na Polaka? Czy to było koniecznością?! Benedykt XVI nakazuje
nam ten rachunek sumienia. Wszystkim Polakom. Odwagę w ocenie samych siebie.
I naprawę.
I nagłe odkrycie: plac Piłsudskiego w Warszawie czy Jasna Góra, czy Kraków,
czy Oświęcim – a gdzie zniknęli ONI??? Dlaczego nie ma nigdzie ICH??? Ani pana
Donalda Tuska, ani tak "pobożnej pary" państwa Kwaśniewskich?! Nie
ma też pana Siwca, który nie wahał się kiedyś całować ziemi po papiesku, szydzić
z uczuć Polaków, ale też nie wahał się wystawać w rządku dostojników do ściskania
dłoni Jana Pawła II… A gdzież dawni premierzy, jeden w drugiego tacy "pobożni",
tolerancyjni?! Nie mieli czasu dla Papieża ani na modlitwę, gdy przestał to
być czas cenny medialnie, opłacalny politycznie. Teraz już nie kalkuluje się
dłużej udawać, marznąć na Błoniach czy ganiać za samochodem panoramicznym.
Koniec farsy. Rachunek sumienia jest trudny, nawet dzieci się go boją, dopiero
z latami świadomości religijnej dociera, że to jedynie dobra droga na szczyt
wielkiej góry.
Skromność prezydenckiej pary, państwa Kaczyńskich, przystępujących do Komunii
Świętej, pełne napięcia skupienie premiera Marcinkiewicza. Narodowy rachunek
sumienia…

Medialny jazgot
Dzisiaj, kilka dni po wyjeździe Ojca Świętego, już nic, tylko jazgot medialny
– lustracja Kościoła. Gdy tylko Dobry Ojciec na chwilę odejdzie, już rejwach,
krzyki. W tej wrzawie nie widzimy podstawowej prawdy: jazgot medialny organizuje
się po coś, czy mamy świadomość PO CO jesteśmy tym jazgotem ogłuszani? Nie
tylko po to, aby umniejszyć jakość, głębię przeżycia religijnego po papieskich
rekolekcjach w Polsce! Jest jeszcze jeden powód: odwet, zemsta. Za rychłą
likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych, za przyspieszone sprzątanie po
flankach bolszewickiego reżimu. Gdy już w czerwcu upadną struktury bolszewickiej
inwigilacji Narodu, to jeszcze ostatnie konwulsje, otumanianie Polaków, zachwianie
ich odnowioną mocą ducha, pomieszanie logiki wierzących serc.
Oto wkrótce – lustracja dziennikarzy, a przecież tak niedługo wybory samorządowe,
ostatni szaniec, o który bój toczy już SLD, ostatnia szansa dla pozostania
rozproszonej bolszewii u władzy tam, gdzie często słabiej dociera prawda, gdzie
życie ubogie i umęczone ciężkim trudem rolniczej albo małomiasteczkowej egzystencji
wyzwala w ludziach naiwne pragnienie samospełnialnej obietnicy…
Wolny człowiek nie boi się prawdy o samym sobie. Wolny człowiek osiągnie wszystko,
bez sprzedawania duszy czy swego nazwiska.
Benedykt XVI prowadzi nas na nowe wysokie szczyty, jakby dalej i wciąż wyżej
– za śladami Przewodnika z Wadowic. A jedna z zasad obowiązujących podczas
ekstremalnej wspinaczki w wysokich górach to zachowanie ciszy, dla absolutnego
skupienia na każdym kolejnym kroku.
"
Wolność to jak powietrze na szczycie wysokiej góry… i jedno, i drugie nie
dla słabych".

Anna T. Pietraszek

drukuj