Wybory będą sprawdzianem naszej przemiany
Z prof. dr hab. Krystyną Czubą, wykładowcą na Uniwersytecie Kardynała
Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i
Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Bober
Ogromne poruszenie Polaków wywołane śmiercią prezydenta Lecha
Kaczyńskiego oraz pozostałych pasażerów tragicznego lotu do Katynia ujawniło
wielki szacunek i sympatię dla głowy państwa. Z czego wynika ta zmiana w ocenie
niepopularnego wcześniej polskiego przywódcy?
– Jest to odkrycie
niemal spektakularne, że prezydent jest kimś innym, niż pokazywały media, i to
nie tylko dla Polaków. Przecież z przekazów medialnych w Polsce na temat
prezydenta czerpały także media zagraniczne, rozpowszechniając ten obraz na cały
świat, więc on wydawał się inny nie tylko Polakom. To była inspiracja do różnych
nadużyć, bo media w Polsce tworzyły niekorzystny wizerunek prezydenta, ponieważ
ten prawdziwy był niewygodny.
Dlaczego prawdziwy Lech Kaczyński był niewygodny dla liberalnych
mediów? I czy dopiero po śmierci stał się „akceptowalny”?
– Lech
Kaczyński przede wszystkim był człowiekiem o zdecydowanych poglądach, które nie
wszystkim się podobały. Także ja nie zgadzałam się z niektórymi, co nie znaczy,
że go nie szanowałam. Prezydent przede wszystkim miał bardzo zdecydowane
przekonania na temat prawdy i polityki historycznej. Nie poddawał się
poprawności politycznej, dlatego media nie darzyły go przychylnością. Był osobą
niewygodną, przedstawiano go więc jako polityka „mało elastycznego”, wręcz mało
inteligentnego, by nie wspomnieć o tym skandalicznym określeniu „kartofel”. W
ten sposób wizerunek każdego człowieka może być przez media różnie eksponowany.
Autorytet prezydenta był dla mediów nie do pogodzenia z panującą konwencją
europejską. Przykładem może być konflikt w Gruzji, kiedy to Lech Kaczyński nie
tylko pojechał do Tbilisi, ale też zachęcił przywódców innych krajów, by mu
towarzyszyli w tej podróży. Okazał w ten sposób wielką odwagę, co wyróżniło go
nie tylko w Polsce, ale też na tle Europy. Był to ważny gest w momencie
przełomowym dla Gruzji, ale też dla Europy. W ten sposób prezydent pokazał
prawdziwą klasę. Odebrano to jednak jako zachowanie niewygodne dla Polski. Nawet
wielu rozsądnych ludzi stawiało wówczas pytanie, czy było to dla nas korzystne.
Dziś natomiast zachowanie prezydenta oceniane jest jako odważny krok.
Z czego wynika zmiana mediów w traktowaniu prezydenta? Czy jedynie z
zasady, że o zmarłych nie mówi się źle?
– Media tak szybko nie
przewartościowują swojego stanowiska. Może jednak niektórym dziennikarzom spadły
łuski z oczu i uznali, że w tak ważnym momencie należy pokazać inny wizerunek
prezydenta. Może również szok z powodu tragedii, która każdego mogła spotkać,
wywołał chęć głębszego poszukiwania prawdy. To mogło skłonić dziennikarzy do
innego oceniania prezydenta, jako wyraz swoistego rachunku sumienia. Na tę
zmianę składa się zapewne wiele przyczyn. Przecież także Ojca Świętego Jana
Pawła II media różnie oceniały, a po jego śmierci zmieniły swoje nastawienie,
mówiąc o nim np., że był autorytetem naszych czasów. Ale gdy dla pewnych ludzi
okazało się to niewygodne, zaledwie kilka dni później zaczęli szukać w Kościele
osób, których – ich zdaniem – można pozbawić czci, wiarygodności i honoru…
Czy w takim razie tak ogromna solidarność z ofiarami tragedii wśród
Polaków jest wyłącznie efektem chwilowej zmiany nastawienia mediów, czy też
autentyczną zmianą oceny prezydenta?
– Trudno jeszcze ocenić zarówno
przyczyny tego zjawiska, jak i jego skutki. Każdy człowiek przeżywał tę tragedię
indywidualnie. Jeśli ktoś jedynie bezrefleksyjnie odbiera przekazywane obrazy,
wówczas daje sobą manipulować. Ale jeśli ktoś doświadcza nagle sytuacji
granicznych, to reaguje w sposób indywidualny. Na pogrzebie ks. bp. Tadeusza
Płoskiego, biskupa polowego Wojska Polskiego, obserwowałam dwóch żołnierzy
Żandarmerii Wojskowej, którzy zachowywali się w sposób skandaliczny. Idąc do
Komunii Świętej, podeszłam do nich i powiedziałam, że jestem ogromnie zasmucona
ich zachowaniem. Spytałam też, czy rozumieją, że podobna tragedia ich również
może kiedyś spotkać, czego im nie życzę, ale niech się zastanowią nad tym. Po
tych słowach spuścili głowy i się uspokoili. Ci młodzi ludzie po prostu nie
mieli kultury, ale zapewne nawet o tym nie wiedzieli, bo nikt im nie zwrócił
uwagi, że niewłaściwie się zachowują. Dlatego ludzi należy uczyć, pokazywać im
prawdę, różne mechanizmy medialne i nie bać się iść pod prąd.
A czy wśród Polaków zmienił się także odbiór polityki, jaką prowadził
prezydent Lech Kaczyński, dążąc do umocnienia pozycji Polski na arenie
międzynarodowej?
– Sądzę, że wielu ludzi zmieniło swoją ocenę
polityki prezydenta pod wpływem przeżyć związanych z tragedią pod Katyniem,
szeroko relacjonowaną przez media. Ich przekaz oddziałuje nie tylko na
podświadomość odbiorców. Do tej pory odbiorcy mediów nie zastanawiali się
głębiej nad tym, co oglądali, często bezkrytycznie przyjmując podawane treści.
Tymczasem nagle otrzymali całkowicie inną „dawkę”, co wywołało pewien dysonans.
Jakie będą tego skutki – trudno obecnie przewidzieć. Trzeba się modlić i
naciskać na dziennikarzy, aby szukali prawdy. Niektórzy zaraz po tragedii
odmalowali słodki i mdławy obraz prezydenta, a wkrótce potem zaczęli go znowu
krytykować. Tak zrobiła np. „Gazeta Wyborcza” znana z agresji wobec wszystkiego,
co nie zgadza się z ich ideologicznym, liberalnym i kosmopolitycznym nurtem.
Na ile ta zmiana postaw, zarówno w postrzeganiu prezydenta, jak i
traktowaniu patriotyzmu i ważnych dla Polski spraw, będzie trwała?
–
To również trudno ocenić. Można jedynie snuć pewne przewidywania, obserwując
zachowanie niektórych dziennikarzy. Jedni już obecnie mówią o marszałku
Bronisławie Komorowskim: „Jaki on sprawny, jak szybko działa”. Ale drudzy
zwracają uwagę na co innego, że za szybko podejmuje niektóre decyzje. Widać
więc, że reakcje ludzi zależą od tego, jakie wnioski wyciągną z sytuacji, którą
ostatnio przeżyli. Zależy to od ich formacji, także intelektualnej, sumienia
oraz stopnia otwartości na dobro i prawdę, bo teraz chodzi przede wszystkim o
nią. Jeśli bowiem każdy z nas będzie miał swoją „prawdę”, to będzie katastrofa.
Odkąd pamiętam, dziennikarze byli źle nastawieni do Lecha i Jarosława
Kaczyńskich. Przypomnę tylko jeden, ale jakże wymowny przykład. W 1993 r., tuż
przed wyborami parlamentarnymi, „Gazeta Wyborcza” (nr 233) zamieściła tzw. głos
opinii publicznej, który okazał się oczywiście anonimem. Chodziło o reakcję na
informacje o ataku na braci Kaczyńskich, po którym domagali się oni interwencji
od ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego. Zamieszczony
w „Wyborczej” anonim domagał się: „Ktoś wreszcie powinien pokazać panom
Kaczyńskim, gdzie jest ich miejsce”. Były też pogróżki: „Ja na miejscu (…)
spuściłbym obydwu braciszków ze schodów”. Trudno sobie w ogóle wyobrazić, że
takie słowa nawołujące do przestępstwa wydrukowała gazeta wydawana w wolnym
państwie!
To oznacza, że część mediów nie opisuje rzeczywistości, ale chce ją
kreować, tworząc obrazy popychające społeczeństwo do oczekiwanych przez nie
decyzji…
– Dokładnie, i są one dopasowane do pewnych tez oraz
zapotrzebowań, które ktoś mediom podsuwa. Tak zachowują się marni i dyspozycyjni
dziennikarze, nieszukający niczego poza pieniędzmi.
Co chcą osiągnąć dysponenci mediów, wymuszając na dziennikarzach
takie zachowania?
– Chcą po prostu uderzyć w społeczeństwo – czy to
polityków, czy ludzi Kościoła, niewygodnych z jakichś powodów i niepoddających
się poprawności politycznej.
Skoro więc część Polaków poczuła się oszukana przez media, czy w
takim razie zmieni to nastawienie do nich?
– Także w tej sytuacji
trudno przewidywać jakieś reakcje o charakterze ogólnospołecznym, bo są to
decyzje indywidualne. Będą na pewno ludzie, którzy zmienią swoją postawę i
przestaną wierzyć mediom, które ich oszukały albo „podpierały” kłamstwo. Jeśli
ludzie będą chcieli poszukiwać prawdy, to znajdą ją. Ostatnio przecież prawda o
Katyniu została rozpowszechniona poprzez wielki szok i boleść.
Właśnie, ta tragedia zmieniła Polaków, ale na ile i na jak
długo?
– Zbliżające się wybory: prezydenckie, samorządowe i
parlamentarne, będą miarą tych zmian. Pokażą bowiem nie tylko, kogo Polacy
wybiorą, ale też jakich wartości będą chcieli i jakiej Polski. Lecha
Kaczyńskiego można było lubić albo nie, ale wiadomo było, jakie wartości
reprezentował. Dlatego wybory będą testem naszych postaw, także postaw
dziennikarzy.
Dziękuję za rozmowę.
