Wojny gwiezdne

Centrum Nauki Kopernik, spotkanie z rosyjskimi kosmonautami w ramach
Festiwalu Filmów Rosyjskich. Jurij Baturin dwa razy leciał na Międzynarodową
Stację Kosmiczną. Jurij Siełajew to jeden z twórców pierwszego sztucznego
obiektu, który znalazł się w kosmosie – Sputnika-1. Właśnie o samych początkach
ery podboju kosmosu mówiono najwięcej. – Wszystko to stało się tak naprawdę
dzięki zimnej wojnie. Oba obozy prowadziły badania nad rakietami dalekiego
zasięgu. Chodziło o skonstruowanie tak mocnych rakiet, aby mogły przelecieć
przez ocean z ładunkiem jądrowym. Siergiej Koroliow zaproponował, żeby rakietę
skierować w kosmos. Przekonywał sowieckie kierownictwo, że z lecącego po
okołoziemskiej orbicie sputnika będzie można w przyszłości zaatakować dowolny
punkt na Ziemi i da to jeszcze większą przewagę – Baturin opowiada o początkach
sowiecko-amerykańskiego wyścigu o pierwszeństwo w kosmosie.

Najpierw tryumfował ZSRS. – Koroliow dowiedział się z agencji informacyjnej,
że 4 października ma się odbyć w Waszyngtonie konferencja na temat sztucznych
satelitów Ziemi. Przypuszczał, że na ten dzień Amerykanie planują start ich
własnej kosmicznej konstrukcji. Ponieważ nasz start był zaplanowany na 6
października, postanowił przyspieszyć. Nie mógł skontaktować się z Chruszczowem,
który był za granicą, i na własną odpowiedzialność zdecydował o przesunięciu
dnia sowieckiej próby wystrzelenia sputnika. Ogromnym wysiłkiem całego zespołu
udało się dotrzymać nowego terminu – mówi Baturin. Okazało się, że USA jeszcze
nie są gotowe na lot w kosmos i w Waszyngtonie tylko mówiono o planach na
przyszłość. Ale próba sowiecka się powiodła. Siełajew uczestniczył w tym
programie od początku i – jak mówi – prawie wszystkie sowieckie konstrukcje
przeszły przez jego ręce. Nawet teraz osiemdziesięcioletni inżynier techniki
rakietowej doradza młodszym kolegom. Poza składaniem rakiet, satelitów i sond
przygotowywał także kosmonautów do lotu, m.in. Polaka Mirosława Hermaszewskiego.
– Wtedy, w latach 50. i 60., robiliśmy wszystko ręcznie. Trzeba było złożyć
kadłub, silnik, instalacje, wentylację, zapewnić zasilanie, bo nie było baterii
słonecznych – wspomina.
Największy sentyment ma nie do lotu Wostoka z Jurijem Gagarinem na pokładzie, a
do tego pierwszego małego satelity Sputnika-1. – To był 4 października 1957
roku. Dokładnie pamiętam ten dzień, najważniejszy w moim życiu, kiedy
wypuściliśmy naszego "pierworodnego". Okazało się, że wszystko przebiega zgodnie
z planem, sputnik wysyła sygnały, które można było odbierać na całym świecie, a
nawet w nocy go zobaczyć – opowiada. Kiedy go konstruowaliśmy, od razu nie
zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się dzieje. Dopiero kiedy go wystrzeliliśmy,
poczuliśmy, że możemy zrobić w kosmosie coś wyjątkowego, unikalnego i jako
pierwsi. Tylko sam Koroliow był pewien, że przyszłość odtąd kolosalnie się
zmieni – opowiada Siełajew, najbliższy współpracownik ojca sowieckiej
kosmonautyki. Podobno przed startem (w nocy) Koroliow kazał zaskoczonemu dowódcy
kosmodromu odnaleźć trębacza, aby grał pobudkę. Uważał, że ludzkość tego dnia
"budzi się na nowo".
Cały program okryty był tajemnicą. – Ameryka też nie stała w miejscu. Nasi
starali się być pierwsi. Tak samo Amerykanie. Oni też wszystko utajnili i nic
nie przenikało do mediów – wspomina Siełajew. Przyznaje jednak, że mieli pewne
informacje od sowieckiego wywiadu. Sam dopiero 30 lat po wystrzeleniu Sputnika-1
po raz pierwszy spotkał osobiście swoich ówczesnych konkurentów. Było to w
czasach stacji kosmicznej Mir, kiedy rosyjskie rakiety Sojuz miały być wspólnie
wykorzystywane do wynoszenia aparatury badawczej. Należało wtedy uzgodnić
techniczne detale i odtajniono szczegóły programu kosmicznego, pozwolono na
kontakty i wymianę doświadczeń. Wcześniej ze względu na konkurencję i obawę
przed porażką wszystko skrupulatnie ukrywano, informując opinię światową dopiero
o widocznych sukcesach. Sam Siergiej Koroliow, główny konstruktor rakiet i
satelitów, także był ukrywany, podobnie jak skład jego ekipy. Świat poznał go
dopiero po śmierci w 1966 roku.
Po pierwszym sputniku przyszedł czas na kolejne. Na orbicie znalazł się pies
Łajka, potem wyleciał Gagarin, umieszczano na orbitach sztuczne satelity. W tym
wyraźną przewagę mieli Sowieci. Amerykanom udało się jednak ich dogonić. Pierwsi
przeprowadzili udane połączenie dwóch obiektów na orbicie. Wreszcie to
Amerykanin wylądował po raz pierwszy na Księżycu. Tego ZSRS nie udało się przez
długi czas powtórzyć. Chociaż niemal równo z misją Apollo-13 wyruszyła też
sowiecka sonda bezzałogowa, która miała przywieźć na Ziemię próbki ze Srebrnego
Globu. I to kilka dni wcześniej niż zaplanowany powrót Amerykanów. To jednak się
nie udało. Sonda się rozbiła. Kolejne przewagi USA to sondy międzyplanetarne. W
tym samym czasie Sowieci postawili na badanie możliwości długiego przebywania
człowieka na orbicie. Powstała stacja Mir. Ich sukcesem jest też wyjątkowo udana
konstrukcja rakiety nośnej Sojuz, wykorzystywanej już ponad 700 razy, a mającej
ponad 40 lat.

Chiny na pokładzie
Dziś kosmos to badania naukowe i sztuczne satelity o wielorakich zastosowaniach.
Kosmiczny wyścig wyraźnie nie jest już walką dwóch konkurentów. W budowie
Międzynarodowej Stacji Kosmicznej połączono doświadczenia sowieckie (rosyjskie)
z amerykańskimi i europejskimi. Ostatnio pojawia się też nowy gracz – Chiny.
Jurij Baturin ma nadzieję, że Państwo Środka nie tylko powtórzy drogę
technologiczną ZSRS i USA, ale wniesie też nowe idee, które popchną ludzkość
jeszcze bardziej do przodu. Sam zresztą jest takim wizjonerem. Baturin poza tym
jest dyrektorem Instytutu Historii Nauki i Techniki Rosyjskiej Akademii Nauk,
był też doradcą prezydenta Borysa Jelcyna. To zresztą postać nietuzinkowa,
poliglota i artysta: sam pisze scenariusze i tworzy filmy, głównie poświęcone
podbojowi kosmosu.
Rosjanie narzekają na skutki wymiany pokoleniowej w swoich ekipach. Przez to nie
udał się start jednej z rakiet. Okazało się, że silnik przestał działać
prawidłowo po odejściu na emeryturę jednego z pracowników, który wkręcał pewne
śrubki. Jego następca robił to trochę inaczej. W efekcie ciąg spalin wpadał w
turbulencje. Jak stwierdzono, nikt nie pokazał mu, jak trzeba to robić. Pojawiły
się też problemy ekonomiczne. W Rosji inżynierowie uciekają do prywatnego
biznesu. Problemy, trudności, ofiary to zdaniem rosyjskich gości Centrum Nauki
Kopernik konieczne straty, które musimy ponosić. – Na tych błędach buduje się
postęp – mówi Siełajew. – Historia to genialny dramaturg – uzupełnia Baturin.
Jako przykład podaje historię związaną ze Sputnikiem-1. Otóż był on przez
dłuższy czas widoczny, gdy nocą przelatywał nad Ziemią. Działo się tak jednak z
powodu… awarii. Ostatni człon rakiety nośnej nie odłączył się prawidłowo i to
on był widoczny, a nie maleńki sputnik. Usterka spowodowała, że anteny nie
działały do końca prawidłowo, ale w zamian efekt propagandowy w sposób
niezamierzony się zwielokrotnił.

Piotr Falkowski
 

drukuj