Wodna pułapka
Jest dużą atrakcją turystyczną, daje możliwość odpoczynku, ale także produkcji energii, a w dodatku miał być zabezpieczeniem przeciwpowodziowym. Miał, bo już kilkanaście lat po wybudowaniu stał się zagrożeniem dla liczącego blisko 50 tys. mieszkańców miasta i jego okolic. Chodzi o zbiornik retencyjny Nysa położony tuż przy mieście o tej samej nazwie, którą nosi także przepływająca przez nie rzeka. Zbiornik, który wymaga remontu już od ponad 20 lat.
– Cały czas mam spakowane najpotrzebniejsze rzeczy, dokumenty itd. Wystarczy tylko wziąć torby i uciekać – mówi pani Krystyna z małej miejscowości pod Nysą – miastem i zbiornikiem wodnym, który zagraża zarówno miastu, jak i okolicznym miejscowościom. Podobne jednak problemy przeżywają mieszkańcy wielu terenów, które w ostatnich latach są coraz częściej zalewane. Są, bo tak jak w Nysie Kłodzkiej przez lata nie zadbano o ich bezpieczeństwo.
Groźna atrakcja
Pan Jan z Nysy mówi, że wszyscy w mieście wiedzą, że tama na zbiorniku Nysa jest w złym stanie. – Od lat tak jest i nic się nie robi – podkreśla oburzony. Dodaje, że mieszkańcy miasta zdają sobie również sprawę, iż jeśli tama nie wytrzyma naporu wody, miasto zostanie zalane. – Pewnie, że się boimy. Mamy jednak nadzieję, że w końcu wyremontują zbiornik – dodaje.
Nysy, zarówno tej płynącej, jak i tej otoczonej wysokim na kilka metrów wałem, boją się także okoliczni mieszkańcy, choć z drugiej strony… większość z nich korzysta w taki lub inny sposób z bliskości zbiornika, zwanego też Jeziorem Nyskim. Przyciąga on bowiem wielu turystów i stwarza warunki do rekreacji i wypoczynku. Przykładem tego jest wioska turystyczna Skorochów położona przy samym zbiorniku Nysa.
– Naprawdę bardzo się boję. Wszyscy tutaj żyjemy w strachu – mówi pani Krystyna ze Skorochowa. Zaznacza przy tym, że wiosce zagraża także rzeka płynąca kilkaset metrów dalej. – Podczas powodzi z 1997 r. woda z Nysy podeszła aż do mojego domu. Sąsiadkę, która miała wejście do domu od strony rzeki, zalało – tłumaczy.
Na pytanie, czy nie chce się w takim razie wyprowadzić ze Skorochowa, uśmiechając się, kiwa przecząco głową. – Mieszkam tu od urodzenia. Kiedyś zastanawialiśmy się nawet, czy nie sprzedać domu i przenieść się gdzie indziej. Ale zdecydowałam, że jednak zostanę. Zrobiłam tu już tyle remontów, że nie chcę się już przenosić – dodaje stanowczo.
Decyzja jest tym trudniejsza, że miejscowość jest zadbana i odwiedzana przez turystów, co daje okolicznym mieszkańcom konkretne dochody. – Rzeczywiście jest pięknie, Nysa przyciąga turystów. Poza tym dzięki niej wiele zrobiono w wiosce, jest kanalizacja, droga, ułożono chodniki, są ścieżki rowerowe – przyznaje pani Krystyna. Wszystko byłoby dobrze, gdyby… ta atrakcja turystyczna nie stanowiła wręcz śmiertelnego zagrożenia dla okolicznych miejscowości.
Zbiornik do remontu już po kilkunastu latach
– Zbiornik Nysa stanowi zagrożenie dla miasta i sąsiednich miejscowości ze względu na to, że znajduje się 12 metrów ponad miastem – tłumaczy burmistrz Nysy Jolanta Barska.
– Przede wszystkim w złym stanie jest blok urządzeń zrzutowych oraz brakuje upustów dennych – dodaje.
Burmistrz miasta nie chce spekulować, co by się stało, gdyby kiedyś tama „puściła”. Dyplomatycznie mówi więc, że w takiej sytuacji najpierw zostałyby zalane ogródki działkowe leżące tuż przy rzece i w bezpośrednim sąsiedztwie zbiornika. Łatwo można sobie jednak wyobrazić, co oznaczałoby wylanie naraz ok. 100 mln metrów sześciennych wody z zajmującego ponad 2 tys. ha zbiornika.
Dlatego nie jest on w pełni wykorzystany, by zbyt duży napór wody nie przerwał tamy. W przypadku zbyt wysokich przyborów wody, jak ostatnio, spuszcza się jej ze zbiornika niemal tyle, ile mogą pomieścić wały przeciwpowodziowe w mieście i okolicach. Burmistrz zapewnia, że stan zbiornika od pewnego czasu jest monitorowany. – Przez ostatnie 2 lata zajmujemy się analizą sytuacji i ekspertyz, które docierają do nas, ponieważ stan zbiornika Nysa, który powstał w 1971 r., jest zły, i to już od lat 80. Niedawno czytałam ekspertyzę jeszcze z 1984 r., z której wynikało, że stan urządzenia zrzutowego jest zły. Od tamtego czasu nie wykonano żadnej dokumentacji, która pozwoliłaby na modernizację tego zbiornika – podkreśla. Zauważa też, iż problem wrócił po powodzi z 1997 r., ale wkrótce potem znów zapomniano o sprawie. – Do tematu wróciliśmy w 2006 r., a rok później podjęłam starania o wykonanie dokumentacji zbiornika. Zaczęliśmy wówczas kierować wnioski w tej sprawie do władz wojewódzkich, Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej i ministra środowiska – podkreśla.
Przygotowania do modernizacji
Wieloletnie starania wreszcie przynoszą pewne efekty. – W maju br. zakończono realizację studium wykonalności dla zadania – modernizacja przeciwpowodziowa zbiornika retencyjnego Nysa. W czerwcu został ogłoszony przetarg na wykonanie modernizacji koryta Nysy poniżej zbiornika retencyjnego na odcinku 9,6 km – relacjonuje burmistrz Nysy.
Jak będzie wyglądała modernizacja? – Zostanie poszerzone i pogłębione koryto rzeki. Będą też wyremontowane śluzy znajdujące się na Nysie. Prace te mają zapewnić możliwość zrzutu do rzeki do 1300 m sześc. wody na sekundę. W drugim etapie – w lipcu br. – zostanie ogłoszony przetarg na wykonanie dokumentacji projektowej do przebudowy urządzenia zrzutowego i wzmocnienia zbiornika Nysa. Zostanie on rozstrzygnięty na początku sierpnia – zapowiada Jolanta Barska.
Zapewnia też, że nie ma mowy o rozbudowie zbiornika retencyjnego. – Te prace mają na celu zabezpieczenie zbiornika Nysa. Nie trzeba zwiększać jego pojemności, bo i tak jest ona duża. Problem w tym, że z powodu jego złego stanu technicznego obecnie nie można jej w pełni wykorzystać. Po prostu tama nie wytrzymałaby tego – tłumaczy. Oznacza to, że dzięki modernizacji zbiornik będzie można napełniać znacznie większą ilością wody niż obecnie, bez konieczności jego rozbudowy.
Skąd pochodzą pieniądze na modernizację? – Zadanie ma być finansowane z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Już została podpisana promesa z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Jest więc zapewnienie finansowania dokumentacji projektowej dla projektu pogłębienia koryta rzeki. Koszt tej inwestycji to ok. 20 mln zł – informuje burmistrz Nysy.
Kiedy ruszą prace przy modernizacji zbiornika? – RZGW planuje rozpoczęcie realizacji tego zadania w 2011 roku. Trudno powiedzieć, kiedy zostanie ono zrealizowane. Na razie mówi się o 2014-2015 r. – mówi Jolanta Barska.
Czy tama wytrzyma do tego czasu? Burmistrz Nysy odpowiada, że nikt nie potrafi teraz tego ocenić.
Znacznie łatwiej za to można ocenić, dlaczego już po kilkunastu latach tama na Nysie była w złym stanie.
– Zbiornik został źle zaprojektowany lub wykonany. Taki zbiornik powinien funkcjonować przez wiele lat – odpowiada prof. Adam Choiński z Zakładu Hydrologii i Gospodarki Wodnej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dokładna analiza stanu zbiornika powinna wskazać przyczynę obecnych kłopotów.
Trudne pytania
Takich trudnych pytań jest jednak więcej. Pierwsze dotyczy tego, dlaczego przez wiele lat nic lub niewiele robiono w Polsce dla poprawy bezpieczeństwa przeciwpowodziowego, czego najlepszym przykładem jest Nysa.
– Do tej pory było tak, że rządzący woleli wypłacić odszkodowania za straty wyrządzone przez powodzie, niż dać pieniądze na zabezpieczenia, które przydają się tylko od czasu do czasu – tłumaczy prof. Choiński. Trochę żartując, mówi, że przyczyniają się do tego określenia takie jak „powódź tysiąclecia”. Wyciąga się bowiem z niego wniosek, że następne takie wydarzenie będzie może za kolejne 1000 lat, a w każdym razie gdy będzie rządziła już inna ekipa. – Tymczasem, jak pokazuje rzeczywistość, wcale nie musi tak być – podkreśla hydrolog z Poznania.
Dodaje też, że z uwagi na długotrwałość takich inwestycji każdy rząd może się tłumaczyć, że zbyt krótko rządził. Nie jest to jednak usprawiedliwienie, gdyż jeśli zainicjowano budowę, to już znaczy, że ktoś coś konkretnego zrobił. Nieważne, że dokończy ją inny rząd.
– Ostatnio mówiło się o mniej więcej 400 mln zł strat spowodowanych powodziami tylko w województwie małopolskim. Wyobraźmy sobie, ile można zrobić za takie pieniądze. Poza tym taka inwestycja tak naprawdę leży w interesie wszystkich obywateli, bo przecież w razie tragedii pomoc jest wypłacana z funduszy publicznych, czyli z naszych podatków! – wskazuje prof. Choiński.
Jego zdaniem, pieniądze na te potrzebne inwestycje trzeba skierować przede wszystkim na południe kraju. – Tereny te są najbardziej narażone na zalania, ponieważ – ogólnie rzecz ujmując – chłonność podłoża, które ma głównie strukturę skalną, jest tam mała. Ponadto występują tam duże spadki rzek, co zmniejsza spływ wody i szybkie zasilanie rzek, więc rzeki w takich miejscach mogą wzbierać nawet w ciągu kilku minut – wyjaśnia prof. Choiński.
Według niego, należy tam budować wały lub/i zbiorniki retencyjne, i to szybko, by mieszkańcy tych terenów nie doświadczali kolejnych tragedii. Zaznacza też, że takie inwestycje wcale nie są „wrzucaniem pieniędzy w ziemię”, ponieważ – pomijając to, że zabezpieczają ludność przed powodziami, mogą one stać się wręcz dochodowe i pełnić wiele innych funkcji. – Praktycznie nie ma już zbiorników jednofunkcyjnych. Dziś pełnią one często kilkanaście funkcji: retencyjną, energetyczną (elektrownie wodne), żeglugową, wyrównującą poziomy wód i – w razie potrzeby (np. suszy) nawadniającą – tłumaczy hydrolog z Poznania.
Co ochroni przed wodą?
Zbiorniki retencyjne mają jednak także swoje złe strony, co pokazuje przykład Nysy. Dlatego niektórzy zastanawiają się, czy warto w ogóle budować tak duże obiekty, czy nie wybrać innych rozwiązań, np. poprzestać na budowie wałów przeciwpowodziowych. Takie wątpliwości ma m.in. Tomasz Korczak, burmistrz Międzylesia, niewielkiego miasteczka w Kotlinie Kłodzkiej, które podobnie jak wiele innych okolicznych miejscowości zaledwie tydzień temu zostało podtopione, również przez Nysę, tyle że na jej górnym odcinku.
– Gdyby nawet zbiorniki retencyjne zostały zbudowane, nie chroniłyby ziemi międzyleskiej, tylko Kłodzko i tereny położone poniżej – tłumaczy, dodając, iż „takie zbiorniki narażają na niebezpieczeństwo tereny położone w ich pobliżu”. Najlepszym tego przykładem jest właśnie zbiornik Nysa.
– Niestety, coś za coś – komentuje ten dylemat prof. Choiński. Zauważa jednak, że można wybrać rozwiązanie „kompromisowe”, czyli budować „mniejsze zbiorniki retencyjne na mniejszych dopływach zasilających rzeki główne”. Co to da? – Wówczas takie mniejsze zbiorniki przechwytują znaczną część wody, która dostałaby się w sposób niekontrolowany do rzeki głównej, i znacznie zmniejszają zagrożenie dla okolicznych miejscowości w przypadku powodzi – odpowiada prof. Choiński. Dodaje, że to rozwiązanie można z powodzeniem zastosować właśnie na terenach górskich, przez które przepływają małe rzeki czy potoki, okresowo stanowiące jednak duże zagrożenie.
Mimo problemu ze zbiornikiem Nysa wątpliwości takich nie ma burmistrz Jolanta Barska. – W czasie ostatnich zagrożeń spowodowanych intensywnymi opadami można powiedzieć, że zbiorniki Nysa i Otmuchów [położony kilka kilometrów dalej – red.] spełniły swoją funkcję, ponieważ zatrzymały dużą ilość wody – podkreśla, zaznaczając, iż problem stanowi tylko zły stan zapory i brak upustów na Nysie.
Profesor Choiński konkluduje zaś, że konkretne rozwiązania należy dopasować do lokalnych uwarunkowań. – Każda rzeka (zlewnia) jest właściwie inna. Więc także funkcje przeciwpowodziowe, np. w zbiornikach retencyjnych, będą miały różną skalę – dodaje. Dlatego, jego zdaniem, ostateczna decyzja o tym, gdzie i jakie zabezpieczenia przeciwpowodziowe wybrać, powinna być podjęta po gruntownej analizie lokalnych uwarunkowań, potrzeb i możliwości.
Czas odmierza straty
Decyzje takie trzeba wreszcie podjąć, tym bardziej że obecnie mamy znacznie lepsze możliwości finansowania tych inwestycji poprzez wykorzystanie środków z Unii Europejskiej. Dlatego – jak zwraca uwagę była minister rozwoju regionalnego w rządzie Prawa i Sprawiedliwości Grażyna Gęsicka – dziwią dotychczasowe decyzje jej następczyni, która wyrzuciła z listy projektów przeciwpowodziowych te dotyczące zabezpieczenia południowo-wschodniej Polski. W ostatnich tygodniach mieszkańcy wielu miejscowości w tej części kraju przeżyli tragiczne chwile z powodu powodzi wywołanych ulewnymi deszczami.
Resort zarządzany obecnie przez Elżbietę Bieńkowską odpowiedział na te zarzuty oskarżeniami, że jej poprzednicy źle przygotowali projekty na dofinansowanie ich ze środków unijnych. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego tłumaczy, że na projekty przeciwpowodziowe w Programie Infrastruktura i Środowisko zarezerwowano 516 mln euro, podczas gdy rząd PiS chciał wydać z funduszy UE ok. 1,5 mld euro.
MRR i pozostali politycy, przerzucając się oskarżeniami i pieniędzmi, wydają się nie doceniać powagi problemu. Tymczasem powinien on być cały czas przed ich oczami, i to nie tylko dlatego, że jest sprawdzianem na to, czy dbają o życie, zdrowie, mienie, a także w konsekwencji o pieniądze obywateli. Drugi powód to ten, że właśnie państwo i podległe mu instytucje są dysponentami zbiorników wodnych w naszym kraju. Trzecia rzecz, o której należy pamiętać, to ta, że w wielu przypadkach, jak m.in. w Nysie, jest zapewne coraz mniej czasu na podjęcie odpowiednich prac. Trzeba sobie zadać również pytanie, jak wiele podobnych sytuacji jest jeszcze w naszym kraju. I nie chodzi tu tylko o zbiorniki retencyjne, których jest w Polsce wiele, nawet jeszcze starszych od tego w Nysie. Chodzi także np. o brak zabezpieczeń na małych rzekach w górskich miejscowościach, które czasami w ciągu kilku, kilkunastu minut mogą stać się poważnym zagrożeniem dla okolicznych mieszkańców. Tymczasem zabezpieczenia przeciwpowodziowe w takich miejscach wcale nie muszą dużo kosztować. Koszty ich braku są lub mogą być znacznie wyższe.
Mariusz Bober
