Wielka zmiana czy wielka mistyfikacja

Ekipa Baracka Obamy

Wielu komentatorów politycznych, oceniając wyniki wyborów prezydenckich w USA, spodziewało się wielkich zmian w tym kraju, sugerując się wcześniejszymi deklaracjami Baracka Obamy tak w kwestiach gospodarczych, jak i polityki zagranicznej. Tezy takie oparte były na założeniu, jakoby kandydatura Obamy wyjęta była z kontekstu zależności i uwarunkowań związanych ze wszystkimi poważnymi politykami na amerykańskiej scenie politycznej. Tymczasem ostatnia deklaracja prezydenta elekta w kwestii planu roztoczenia parasola nuklearnego nad Izraelem powinna rozwiać te nierealistyczne komentarze. Obrona „strategicznego sojusznika” na Bliskim Wschodzie jest najbardziej jasną deklaracją kontynuacji obecnej polityki Waszyngtonu w tym regionie świata.

Podobnie wygląda sprawa wojny w Iraku i Afganistanie. Wcześniejsze zapowiedzi szybkiego wycofania wojsk amerykańskich z Iraku już są nieaktualne. Obama stwierdził: „Głównym priorytetem jest upewnić się, żeby nasze wojska pozostały bezpieczne w tej przejściowej fazie i żeby naród iracki miał rząd, który przejmie coraz większą odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo”. Oczywiście owo „upewnianie się” może potrwać długie lata, wszak nawet dziecko wie, że szybka ewakuacja wojsk amerykańskich z tego terytorium skończyłaby się wojną domową. O tym, że obecność amerykańska w tym regionie będzie trwać, świadczą nominacje prezydenta elekta. Z jednej strony sekretarzem stanu została Hillary Clinton, jawnie sprzeciwiająca się szybkiej ewakuacji wojsk z Iraku, z drugiej strony nominacja emerytowanego generała Jamesa Jonesa na szefa doradców do spraw bezpieczeństwa oraz pozostawienie na stanowisku ministra obrony Roberta Gatesa świadczą dobitnie o braku radykalnych zmian w polityce amerykańskiej dotyczącej Bliskiego Wschodu. Jones wraz z Hillary Clinton jednoznacznie sprzeciwiali się zasadniczym zmianom w polityce obronnej. Gates był dyrektorem CIA za prezydentury George’a Busha seniora. Zatem powyższe nominacje świadczą, że generalne kierunki amerykańskiej polityki zagranicznej są tworzone poza sferą bieżącej gry politycznej i pomimo różnorakich, rzucanych na użytek opinii publicznej deklaracji, realnie wyłączone są z wyborczej gry politycznej.


Bliżej do UE


Prawdziwych zmian w polityce zagranicznej możemy się spodziewać nie w kwestiach bliskowschodnich, ale europejskich. Tutaj mamy do czynienia z jednoznacznym wstrzymaniem decyzji o szybkim włączeniu do NATO Ukrainy i Gruzji, co może świadczyć o chęci dogadania się Waszyngtonu z Moskwą w celu wspólnych działań w obszarze Bliskiego Wschodu (wojna w Afganistanie, sprawa zbrojeń nuklearnych Iranu), a być może także porozumienia w polityce dotyczącej Chin. We wszystkich tych obszarach można wszak odnaleźć cały szereg wspólnych interesów amerykańsko-rosyjskich. Istotna jest też możliwa zmiana kursu w stosunku do krajów Unii Europejskiej. Jeśli Hillary Clinton miałaby wrócić do polityki realizowanej za czasów prezydentury jej męża, oznaczałoby to sojusz z Unią Europejską, w szczególności z Niemcami. Oznaką takiej zmiany kursu mogłaby być deklaracja Johna Kerry’ego, wysłannika prezydenta elekta Obamy na konferencję klimatyczną w Poznaniu. Kerry miał stwierdzić, że w sprawach klimatycznych polityka Obamy będzie się różnić od polityki Busha „jak dzień od nocy”. Jak wykazał ostatni szczyt Unii Europejskiej, dla eurokratów tzw. polityka klimatyczna zajmuje naczelne miejsce. Jest tak chociażby ze względu na potężne wpływy różnorakich lewackich ideologów spod znaku Partii Zielonych, którzy sprawę ocieplenia klimatu traktują niemalże w kategoriach religijnych. Jak wiadomo, Obama chce wydać miliardy na tworzenie „zielonych miejsc pracy” w ramach pakietu antykryzysowego. Oczywiście pozostaje kwestią otwartą, do jakiego stopnia będzie się chciał posunąć prezydent elekt w innych kwestiach istotnych dla tzw. lewicy europejskiej (sprawa „małżeństw” homoseksualnych, aborcji itp.). Bardzo możliwe, że zbliżenie ideologiczne UE i USA będzie postępować.

Z polskiego punktu widzenia ogromnie ważne będzie ewentualne geopolityczne zbliżenie Waszyngtonu i Brukseli. Mogłoby to bowiem oznaczać rezygnację z działań amerykańskich obliczonych na osłabienie idei budowy superpaństwa na Starym Kontynencie (pełna zgoda na traktat lizboński i jego ewentualne kontynuacje), a także rezygnację ze wspierania Europy centralnej w projekcie budowania siły równoważącej wpływy Moskwy i Berlina. Jeśli taki scenariusz byłby realizowany przez Waszyngton, polityka polska powinna skupić się na obronie resztek niezależności, podjęciu próby wzmocnienia ekonomicznego. Przynajmniej czasowo należałoby rezygnować z ostrych kroków w polityce wschodniej. Działania takie byłyby bowiem z góry skazane na niepowodzenie i zbędnie narażałyby nas na dodatkowe zagrożenia.


Wall Street górą


Wracając do ekipy Baracka Obamy, warto zwrócić uwagę na skład współpracowników gospodarczych prezydenta. Większość polityków to ludzie związani z byłym ministrem skarbu Robertem Rubinem, który kierował wspomnianym resortem za czasów Billa Clintona. Tekę ministra skarbu obejmie Timothy Geither, dotąd szef nowojorskiego oddziału Rezerwy Federalnej. Lawrence Summers będzie szefem Krajowej Rady Ekonomicznej. Dyrektorem Biura ds. Zarządzania i Budżetu Białego Domu zostanie Christina Romer. Nominacje te świadczą o tym, że w ekonomicznej polityce Ameryki nie nastąpią żadne zmiany, które miałyby oznaczać osłabienie wpływu Wall Street na bieg spraw gospodarczych. Olbrzymie spekulacje finansowe, które stoją u genezy obecnego kryzysu, mają swe głębokie źródło w decyzjach jeszcze administracji Clintona, a więc nominacje Obamy absolutnie nie idą w kierunku wyciągnięcia wniosków z tego faktu. Oczywiście prezydent elekt zapowiada wpompowanie w gospodarkę biliona dolarów w celu jej rozruszania, ale nie przewiduje istotnych zmian strukturalnych. Jest to więc praktyczna rezygnacja z polityki neoliberalnej, ale każdy bardziej uważny analityk zauważa, że owe liberalne ekonomiczne hasła lansowane w dobie globalizacji przez USA były dobre dla małych krajów, które w sposób naiwny stosowały się do ich zaleceń, wyprzedając swoje strategiczne sektory gospodarki (vide: sprzedaż polskiego sektora finansowego). Wielcy nigdy realnie nie stosowali się do jej zaleceń.

Z nominacji ekonomicznych dokonanych przez Obamę nasuwa się więc jeden wniosek: obszar decyzyjny w tej dziedzinie w ogromnej mierze wyłączony jest (tak jak w sprawie polityki bliskowschodniej) z dziedziny wyborczej gry politycznej i jest niezależny od faktu, kto aktualnie zasiada w Białym Domu. Dominacja „wielkich finansów” z Wall Street nad gospodarką amerykańską i światową po prostu zostanie utrzymana.


dr hab. Mieczysław Ryba
drukuj