„Wiarą moją – Polska zwycięska!”
"Bóg jest dla mnie źródłem wszelkiego dobra i siły. W mojej pracy sięgam
do źródeł chrześcijaństwa. Żyję w obliczu Boga złączony jak najściślej z
Chrystusem. Z życia Kościoła, z modlitwy i z sakramentów czerpię boskie życie
dla duszy, aby je dawać innym, szerząc wokoło siebie Królestwo Prawdy i Dobra" –
tak brzmią słowa z Komentarza do Prawa i Przyrzeczenia Harcerskiego Szarych
Szeregów z sierpnia 1942 roku. Temu przyrzeczeniu, które stało się prawem dla
harcerskich serc, byli wierni harcerze – żołnierze batalionu Armii Krajowej
"Zośka", o których dziś opowiemy.
"Baczność! Wodzu Najświętszy! Strzelec "Ćwik" melduje posłusznie swą gotowość i
na rozkaz Twój staje do apelu. Jestem gotów w każdej chwili oddać życie w Twej
świętej sprawie. Mam szczerą wolę przy wytrwałym dążeniu do doskonałości pełnić
wierną służbę Tobie i Ojczyźnie, nieść pomoc bliźniemu i być posłusznym Twoim
rozkazom. Tak mi dopomóż, Chryste Panie, Boże i Ty, Królowo Ludu Polskiego" –
taki apel powtarzał codziennie w roku 1944 harcerz Szarych Szeregów i żołnierz
batalionu "Zośka" Tadeusz Milewski "Ćwik".
"Wyspa polskości"
Braci było trzech: Tadeusz, Kazimierz i Stanisław. Powstanie i wojnę przeżył
szczęśliwie najmłodszy – Staszek, i od niego, a także od ukochanej dziewczyny
Tadeusza, Budzimiry, otrzymałam cenne dokumenty i zdjęcia, które pozwoliły
odtworzyć losy tych niezwykłych chłopców. Zachowało się zdjęcie defilady
harcerzy polskich w Gdańsku z 3 maja 1939 roku, którą prowadzi drużynowy Tadeusz
Milewski. Rodzice chłopców byli żarliwymi działaczami organizacji polskich w
Gdańsku. Przypominamy, że był to czas dziwotworu, który zwał się Wolne Miasto
Gdańsk.
Rodzinie Milewskich z trudem udało się znaleźć mieszkanie w Sopocie przy ul.
Adolfa Hitlera. Wspominał Staszek Milewski: – W każdą niedzielę po nabożeństwie
szliśmy z rodzicami ku granicy polskiej w Orłowie. Na ziemi od strony Gdańska
ułożona była czarna swastyka, po stronie polskiej Biały Orzeł w koronie na
purpurowym tle. Przekroczywszy granicę, przyklękaliśmy, żeby ucałować ziemię.
Tam nawet powietrze pachniało wiatrem wolności. W Gdańsku trwała
bohatersko-szlachetna wyspa polskości. To było Gimnazjum Polskiej Macierzy
Szkolnej. Uczono tam historii miasta, prezentowano herb, na który złotą koronę
ofiarował król Kazimierz Jagiellończyk za ślubowanie wierności. Na medalach
wybitych przez gdańszczan w XVI i XVII stuleciu widniało hasło: "Gdańsk jest
bezpieczny pod podwójną opieką Boga i Polskiego Orła". Przypominano młodzieży,
że po odsieczy wiedeńskiej genialny astronom gdański Jan Heweliusz w roku 1699
odkrytemu przez siebie gwiazdozbiorowi nadał imię "Tarcza Sobieskiego", a ksiądz
Daniel Kałaj napisał wiersz, którego uczyliśmy się na pamięć:
Dobrzeć Polszcze z Gdańskiem
a z nią zaś Gdańskowi,
jako złotej koronie
a w niej diamentowi.
Wspaniale działało harcerstwo pod komendą harcmistrza Alfa Liczmańskiego.
Dyrektor gimnazjum Jan Augustyński był zdania, że można kochać to, co się zna
dobrze, i dlatego starał się, abyśmy poznali Polskę. Byliśmy we Lwowie i w
Krakowie, składaliśmy kwiaty na cmentarzu Orląt Lwowskich i Tadeuszowi
Kościuszce – pierwszemu patronowi drużyn harcerskich.
Opowiada narzeczona Tadeusza Milewskiego, Budzimira Muzykówna: – Patrzyliśmy,
jak Niemcy w Gdańsku zamalowują nasze orły na czarno. Wyrzucano Polaków z pracy
i mieszkań. Bito nas na ulicach, kiedy mówiliśmy po polsku. Nasi pedagodzy, nasi
rodzice chcieli nas ratować i wysłać z Gdańska do Polski. Ale komendant
chorągwi, harcmistrz Alf Liczmański, powiedział: "A któż by świadczył o
polskości Gdańska, gdybyśmy go opuścili?". Zginął jako jeden z pierwszych,
rozstrzelany przez Niemców 20 marca 1940 roku.
Mówi Staszek Milewski: – Byłem z mamą w Warszawie, uratowała moich braci,
wysyłając depeszę do Gdańska, że jest ciężko chora i mają natychmiast
przyjechać. Zdążyli na ostatni pociąg, jaki dotarł z Warszawy do Gdańska przed 1
września.
"Siać miłość"
Wszyscy trzej bracia Milewscy przystąpili do konspiracji. Staszek, pseudonim
"Jeleń", był w drużynie Zawiszaków "Walcząca Warszawa". To oni zapalali światła
i kładli wiązanki kwiatów na chodnikach w miejscach, gdzie krzepła krew
rozstrzelanych w ulicznych egzekucjach. Staszek, świetnie znający niemiecki,
przebierał się w mundur Hitlerjugend i odważnie penetrował dzielnice zamieszkałe
przez Niemców. Przenosił meldunki, prasę i broń. Tadzik zaczął studia na tajnej
medycynie. Marzył, by zostać lekarzem. W jego dzienniku z 1944 roku są
następujące zapiski: "My, przyszli lekarze, musimy znać prawdę życia doskonale,
lecz najważniejszym jest, by się samemu nie zbrukać, bo lekarz to wojownik o
zdrowie moralne i duchowe człowieka". Te niezwykłe karty ukazują niezwykłego
młodego człowieka. O dziewczynie, którą pokochał, pisze: "Od niej tylko jednego
chcę, żeby mnie mocno, głęboko, szczerze kochała, żeby mi ufała, żeby wiedziała,
że jestem dla niej bratem – przyjacielem – opiekunem. (…) marzę o tym – by
założyć rodzinę. Myślę o tym, jak będę wychowywał moje dzieci – bo te będą
główną moją troską. Boga i Maryję proszę, by mi dali siły i mocy. (…) mam
wielkie plany w moim życiu".
Staszek Milewski opowiadał, że Tadeusz – opiekuńczy, wrażliwy i dobry, był
niezwykle religijny, już w Gdańsku należał do Sodalicji Mariańskiej. 4 maja 1944
roku zapisał w dzienniku: "Ponowiłem Sodalicyjne ślubowanie Maryi. Pozwól mi,
Matko, wytrwać!".
W ponurym dniu okupacyjnym wypełnionym ciężką pracą, nauką, konspiracją Tadeusz
zawsze znajduje czas na lekturę książek religijnych, na modlitwę. 6 marca 1944
roku pisze: "Dziś sobie uprzytomniłem, że jestem żołnierzem Boga i Ojczyzny.
Siać miłość wokół to moje apostolstwo". Studiuje książki religijne, takie jak:
"Jezus – Król Miłości", "Zarys doskonałości chrześcijańskiej", "Jak dobrze się
modlić", "Chrystus wzorem". W dzienniku pisze: "Potrzebuję spokoju i ciszy, by z
Chrystusem porozmawiać, by związać się z Nim silną unią braterstwa – miłości –
na zawsze".
1 sierpnia 1944 roku chłopcy z plutonu "Alek" czuwali pod dowództwem druha
Bogdana Deczkowskiego. Był wśród nich przybyły z Częstochowy przyjaciel Wojtek
Omyła.
Bracia Milewscy ustalili, że Kazik nie pójdzie do Powstania, będzie opiekował
się matką. Pani Jadwiga Milewska wręczyła każdemu ryngraf z Matką Bożą
Ostrobramską, nakreśliła krzyżyk na czole i odeszła z Kazimierzem. W ostatniej
chwili, gdy chłopcy szykowali się do wymarszu – wpadł Kazik z krzykiem: – To wy
będziecie walczyć, a ja mam siedzieć gdzieś bezpiecznie? Gdybym przeżył, a
któryś z was by zginął, nie miałbym spokoju do końca życia.
Opowiadał mi Bogdan Deczkowski, że 5 sierpnia 1944 roku razem z Tadeuszem
Milewskim "Ćwikiem" i Wojtkiem Omyłą czuwali na posterunku na ulicy Gęsiej.
Nagle usłyszeli potężny wybuch i krzyk: ""Ćwik" zabity!". Kazik Milewski, który
miał pseudonim "Janka", i Wojtek długo klęczeli obok zwłok Tadeusza "Ćwika"
zagłębieni w modlitwie. Kazik zdjął bratu z palca sygnet ojca. – To nasza
najcenniejsza rodzinna pamiątka, muszę ją zwrócić mamie – powiedział. Wkrótce
potem byliśmy już na Starówce, tam dopadłem po ataku Niemców do Kazika
Milewskiego, który miał urwaną prawą rękę, właśnie tę z sygnetem. Umarł 22
sierpnia. Jego grobu nie odnaleźliśmy. Ma dziś tylko symboliczną tabliczkę na
białym krzyżu, pod którym spoczywa ciało Tadeusza.
Stanisław Milewski, najmłodszy z braci, który szczęśliwie przeżył, napisał do
mnie w roku 2004: "Po 50 latach od śmierci braci wrócił do mnie legendarny
sygnet. Bogdan Deczkowski miał trzy pierścienie, które mu przekazano po śmierci
jego brata Staszka Deczkowskiego. W jednym z nich rozpoznałem sygnet moich braci
i ojca. Noszę go jak talizman, wierząc, że płyną zeń fluidy dobra, pamięci i
miłości".
W Gdańsku istnieje Instruktorski Krąg Harcerski Związku Harcerstwa Polskiego
imienia Braci Milewskich, a na kwaterze Armii Krajowej w Sopocie umieszczono
tablicę poświęconą pamięci obu braci.
"Chrystus – starszy przyjaciel"
Ze szlaku powstańczego batalionu "Zośka" zachowało się jedno wyjątkowe zdjęcie –
bardzo często reprodukowane na okładkach książek o Powstaniu, niestety nie
zawsze podpisane nazwiskami chłopców, którzy na nim widnieją. Pierwszy z lewej w
hełmie owinięty biało-czerwoną wstęgą, z gotowym do strzału karabinem, wydaje
się czujnie obserwować, skąd może nadejść wróg. To podharcmistrz sierżant
Wojciech Omyła. W centrum wyraźnie zmęczony stoi Bogdan Deczkowski "Laudański" i
ostatni z prawej, przecięty w kadrze, to Tadeusz Milewski "Ćwik".
Na opłatku "Zośkowym" w roku 1988, tradycyjnie co roku organizowanym przez
niezwykle zżyte Środowisko Żołnierzy "Zośki" – dla towarzyszy broni i dla rodzin
poległych, podszedł do mnie Maciej Omyła, brat Wojtka, przybyły z Częstochowy.
Powiedział, że dysponuje dziennikami brata i chętnie je ofiaruje. Otrzymałam dar
niezwykły – krzyż harcerski Wojtka, wszystkie zdjęcia, a nade wszystko
kalendarze i pamiętniki obejmujące czas od 1 stycznia 1939 do 28 lipca 1944
roku. Jest to jedyny tego typu dokument, bo na ogół ze względów konspiracyjnych
w Warszawie nikt takich notatek nie prowadził.
To zapis codziennych szarych, groźnych dni okupacji. Zapis dni pozbawionych
szansy na naukę, obarczonych ciężką pracą, by pomóc matce, a jednocześnie
wypełnionych marzeniami, nadzieją i piękną siłą wiary.
"Kwiecień, rok 1941, niedziela. Na Jasnej Górze w kaplicy Matki Boskiej
Częstochowskiej wysłuchałem trzech Mszy Świętych i kazania. Grają trąby, biją
bębny, aż dusza się otwiera i widzi się wielki majestat Pana i miłość do Maryi.
Jestem wsłuchany w szum organów, głos kapłana, szept ludzi przepełnia podziwem i
wiarą, modlę się i marzę". "Listopad – w kościele na Jasnej Górze. Modliłem się
za wszystko i za wszystkich. Ksiądz kazał się modlić za Ojczyznę".
Wielką wartością staje się dla Wojtka przyjaźń z braćmi Milewskimi. W lipcu 1944
roku Wojtek zapisuje: "Przyjaźń nasza z Tadkiem przybiera pod jego wpływem i
kierunkiem coraz większą trwałość, bo kierownikiem jej został Chrystus, który
jako nasz starszy przyjaciel będzie nam powiernikiem i opiekunem. Byliśmy kilka
razy na Jasnej Górze, powierzając Maryi nasze życie, troski, bóle i radości.
Prosiliśmy Matkę o spokojne życie rodzinne w naszych domach…".
Maciej Omyła relacjonował, że 28 lipca 1944 roku Wojtek poszedł do spowiedzi i
Komunii Świętej, a 29 lipca wręczył bratu krzyż harcerski i prosił, by go zawsze
pilnował, dobrze się uczył i słuchał matki.
– Widzę go – opowiadał Maciej – wysoki, wysmukły, energiczny, po prostu
zeskakiwał ze schodów, gdy wychodził. Już nigdy nie miałem go ujrzeć.
Wspominał Bogdan Deczkowski: – 5 sierpnia, kiedy miał zginąć Tadzik Milewski,
zupełnie przypadkiem jakiś nieznany fotoreporter zrobił nam zdjęcie we trójkę z
Wojtkiem. Dotrze ono do mnie dopiero po latach, kiedy wyjdę z PRL-owskiego
więzienia. Wojtek bardzo przeżył śmierć Tadeusza. Ciągle powtarzał: "Tyle mu
zawdzięczam. Tyle mieliśmy planów". Wojtek zginął 8 sierpnia.
Opowiadał Maciek Omyła: – Czekaliśmy z matką, wierzyliśmy, że żyje. Odnaleźliśmy
go dopiero w kwietniu 1947 roku. Mama poprosiła, żeby mu włożyć do trumny
różaniec, na którym uczył mnie, jak się modlić.
Harcerze w Częstochowie, gdzie była (ale nie wiem, czy jest jeszcze) drużyna
imienia Wojtka Omyły, bardzo chcą nadać jednej z ulic jego imię. Wojtek był
przed wojną komendantem harcerskich drużyn męskich w Modlinie. Tam także była
drużyna jego imienia. Czy istnieje?
"We krwi wzrastać"
Cała Warszawa
dwudziestą trzecią zna
Bo to drużyna fest!
– śpiewali harcerze legendarnej drużyny warszawskiej, zwanej od koloru chust
Pomarańczarnią.
Do tej drużyny należeli wszyscy trzej przyszli bohaterowie "Kamieni na szaniec":
"Rudy", "Alek" i "Zośka". Należeli do niej także bracia Jan i Tadeusz Wuttke –
"Czarny Jaś" i "Mały Tadzio". Ich ojciec uczył młodzież polską nieprzerwanie
przez 60 lat. Wychował wielu bohaterów w Gimnazjum i Liceum imienia Stefana
Batorego, którzy wspominają go z najwyższym uznaniem i wdzięcznością.
Opowiadał ojciec pedagog wiernie towarzyszył dorastaniu i kształtowaniu synów,
osieroconych wcześnie przez matkę. Sylwetka "Czarnego Jasia", jaka zachowała się
z licealnych dni, odbiega od buńczucznych nastolatków – był łagodny, życzliwy,
pracowity, raczej cichy i nieśmiały. Miał bardzo krótki wzrok i musiał nosić
mocne okulary. "Mały Tadzio" był zupełnie inny – utalentowany malarsko i
literacko, należał do redakcji pisma "Gniazdo". Gdy wybuchła wojna, natychmiast
obydwaj znaleźli się w konspiracji. Tadzio studiował na tajnej architekturze,
"Czarny Jaś" był także studentem tajnej Politechniki i współtwórcą sławnej Akcji
M: Młodość, Miłość, Mickiewicz. Działali oni wedle przesłania modlitwy, która
była kolportowana w marcu 1943 roku. Fragment jej brzmi: "Panie Jezu Chryste,
dodaj mocy i światła wszystkim Polkom i Polakom cierpiącym pod przemocą wrogów i
na wygnaniu. Uzbrój ich wielkodusznością i dzielnością, aby Słowo Twoje stało
się w Polsce ciałem. Spraw, abyśmy przy Twojej przemożnej pomocy potrafili
wywalczyć nową, wolną Polskę".
W Akcji M harcerze Szarych Szeregów, wśród których ważną rolę pełnił "Czarny
Jaś" Wuttke, dążyli do współpracy ze wszystkimi organizacjami harcerskimi,
takimi jak np. Hufce Polskie czy młodzież Konfederacji Narodu, docierali także
do młodzieży niezorganizowanej, ubogiej, warszawskich dzieci ulicy. Dziełem
Akcji M był także niezwykły Katechizm Szarych Szeregów, który narodził się w
marcu 1943 roku. Były tam punkty, które polscy harcerze najchętniej cytują
dzisiaj na naszych kominkach: "Życiem moim: Polska cierpiąca i walcząca. Wiarą
moją: Polska zwycięska i tryumfująca. Rodakom niosę braterską pomoc, przyjaźń i
serce. Młodość swą uratuję wbrew zakusom wroga, chcącego ją wyjałowić i
zmarnować. Będę prawy, dobry i silny. Bogiem zbrojny, prawom powyższym
zaprzysięgam wierność i ich apostolstwo pośród wszystkich młodych Polaków".
Obydwaj bracia Wuttke ukończyli tajną podchorążówkę Agricola. Na łamach pisma
"Brzask", którego redaktorem naczelnym był wspaniały druh Jan Rossman – pan
Janek z "Kamieni na szaniec", toczy się żarliwa dyskusja, w której udział biorą
obaj bracia Wuttke. Pada fundamentalne pytanie: O jaką Polskę walczyliśmy? Bo
młodzież generacji "Czarnego Jasia" jest już mądrzejsza o gorzkie doświadczenia
pokolenia ojców i pozbawiona złudzeń, iż odzyskanie niepodległości likwiduje
wszystkie problemy i stworzy państwo – ideał.
W życiu "Czarnego Jasia" pojawia się miłość. To Irka Kowalska. Tę parę druh
Aleksander Kamiński uwiecznił w swej znakomitej książce "Zośka i Parasol", o
której wprowadzenie do lektur szkolnych na próżno od lat walczą środowiska obu
batalionów harcerskich.
Kapelan Zgrupowania Radosław – ksiądz Józef Warszawski, sławny "Ojciec Paweł",
który 4 września 1944 roku w prowizorycznej kaplicy urządzonej w piwnicy na
Hożej udzielał ślubu Irce i Jasiowi: – To była taka jasna i radosna chwila w tym
morzu okrucieństwa, bólu i śmierci. Irka złotowłosa, Jaś naprawdę czarny, tak
jak jego pseudonim. Oboje byli w panterkach i nawet przyniesiono jakieś piękne
kwiaty – pomarańczowe. Bo przecież Jaś wyrósł z tej niezwykłej drużyny, której
dano imię "Pomarańczarnia".
Pani Krystyna Wuttke udostępniła mi listy pisane do ojca, który musiał opuścić
Warszawę, bo w jego domu ukrywano Janka Bytnara "Rudego" po Akcji pod Arsenałem.
Pisze "Mały Tadzio" ojcu na Boże Narodzenie: "Musimy trwać. Musimy we krwi
wzrastać. Tylko jak wzrośniemy?". Do najsławniejszego listu "Czarnego Jasia" z
1943 roku odwołują się najczęściej nasi harcerze. List jest pisany po śmierci
"Rudego", "Alka" i "Zośki":
"Odchodzą jeden za drugim, jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec. Ale
rzucane nie w nicość, nie na zmarnowanie. Jeden przy drugim twardo stoją,
trzymają się razem. Jak cegła przy cegle. Wznoszą się ściany wielkiego domu
(…) to nic, jak przyjdzie być martwą cegłą, nieruchomą tego domu. (…) Dużo
murarzy trzeba. Jak dom wymurują, niech nie stoi pusty (…) i fundament już
jest. Ale cegły drogie. Drogie cegły rzucone na szaniec". "Mały Tadzio" Wuttke
zginął już 8 sierpnia na Woli. "Czarny Jaś" poległ na Czerniakowie 19 września,
dwa tygodnie po swoim ślubie powstańczym. Umarł na rękach Irki. Irka została
zamordowana w gronie dziewcząt prawdopodobnie 24 września przy kościele świętego
Wojciecha na Woli. Oboje mają tylko symboliczne mogiły. W 2004 roku otrzymałam
list z Koszalina, gdzie drużyna dziewcząt postanowiła przyjąć imię Irki
Kowalskiej-Wuttke.
"Będzie z Nimi!"
Na kwaterze batalionu "Zośka", w tym samym rzędzie, gdzie leżą "Rudy", "Alek" i
"Zośka", jest pod białym krzyżem mogiła z napisem: "Jędruś Szwajkert,
sanitariusz, lat 11, poległ 29 IX 1944, Żoliborz. Oddział nieznany". Bardzo
długo szukaliśmy informacji o tym jednym z najmłodszych powstańców Warszawy.
Dopiero gdy 1 sierpnia 1990 roku w telewizyjnej Panoramie Zdzisława Guca,
prowadząc program jak zwykle mądrze i z wielkim szacunkiem dla tradycji,
zaapelowała o pomoc w odkryciu dziejów Jędrusia, odezwał się jego brat, lekarz,
ordynator szpitala w Toruniu. Doktor Włodzimierz Szwajkert ofiarował na moją
wystawę i do mojej książki wszystkie dokumenty i zdjęcia rodzinne. Moimi
niezawodnymi łącznikami w kontaktach z doktorem Szwajkertem byli państwo Ewa i
Paweł Trawińscy z synami harcerzami. Okazało się, że Jędruś pochodzi z
bohaterskiej rodziny powstańców wielkopolskich. W czasie okupacji rodzicom udało
się przedostać do Warszawy. Jędruś był bardzo utalentowany muzycznie, ale
marzył, by zostać lekarzem. Obydwaj chłopcy należeli do najmłodszej
szaroszeregowej grupy Zawiszaków. Jędruś ratował rannych, także Niemców. Podczas
wyrzucania Polaków z Żoliborza został ciężko ranny. Niemcy nie pozwolili go
ratować. Wykrwawił się na rękach matki i został pochowany pod jakimś płotem. Po
wojnie, gdy powstawała kwatera batalionu "Zośka", matka Jędrusia przyszła z
nieśmiałą prośbą, czy nie znalazłby się tam jakiś kącik dla Jędrusia, bo jak
powiedziała – byłby to dla niego symboliczny Krzyż Virtuti Militari, gdyby
znalazł się wśród żołnierzy "Zośki". Wówczas matka Andrzeja Romockiego "Morro"
powiedziała: – Nie będzie Jędruś leżał w kąciku, lecz razem z nimi.
I na mogile Jędrusia jest zawsze tyle kwiatów i świateł, co na mogile "Rudego",
"Alka" i "Zośki", a Szczep Związku Harcerstwa Polskiego w Inowrocławiu nosi imię
Jędrusia Szwajkerta.
Barbara Wachowicz
