Walka władzy z pamięcią albo palikotokracja
Ledwo ucichły hałaśliwe pokrzykiwania starców wypowiadających wojnę Narodowi,
ledwo zakończyła się najdziwniejsza kampania wyborcza w całym dwudziestoleciu, a
już nowo wybrany prezydent pospieszył z ukazem. Krzyż postawiony spontanicznie
przez harcerzy przed Pałacem Prezydenckim w dniach ogólnonarodowej żałoby po
katastrofie smoleńskiej miał zniknąć. Motywacja była prosta – Pałac Prezydencki
jest "sanktuarium" władzy politycznej państwa, a państwo wszak mamy świeckie.
Nikt myślący normalnie nie mógł dać wiary tej oficjalnej motywacji.
Społeczeństwo w lot zrozumiało, jakie jest ukryte przesłanie ukazu. Chodziło o
jak najszybsze zatarcie pamięci o prezydencie Lechu Kaczyńskim i o sprawie
katastrofy (?) smoleńskiej w ogóle. Katastrofy niepojętej, źle wyjaśnianej,
której przyczyn zapewne nigdy nie poznamy. Nie zależy na tym – na co wskazują
fakty – ani rządowi polskiemu, ani tym bardziej władzom rosyjskim, w których
ręce zostało przekazane całe śledztwo. A samego ukazu niepodobna zrozumieć w
innych kategoriach niż prowokacja. W najlepszym razie – testu, ile społeczeństwo
jeszcze wytrzyma. Odebrano mu już prawo do żałoby, przywrócono w pożal się Boże
debacie publicznej język nienawiści znany z czasów lżonego prezydenta
Kaczyńskiego.
Nieoficjalnym "rzecznikiem rządu" znowu stał się "intelektualista" z Biłgoraja.
Niepodobna tego ukazu zrozumieć inaczej niż w kategoriach prowokacji-testu,
zważywszy, że nowo wybrany prezydent jest po pierwsze – historykiem z
wykształcenia, po wtóre – w czasach PRL był członkiem opozycji (nawet
internowanym w Jaworzu). Na pewno nieobca była mu historia krzyża na ówczesnym
placu Zwycięstwa, pod którym warszawiacy składali kwiaty; władza krzyż
ogrodziła, a "nielegalne kwiaty" zaczęły kwitnąć pod kościołem św. Anny. Na
pewno znał (a może i sam śpiewał?) balladę Jana Pietrzaka, którą krzepił się
cały Naród. Jej pamiętny refren brzmiał:
Nielegalne kwiaty
Zakazany krzyż
Co dzień rozkwitają
Z betonowych płyt.
Ludzie je składają
Wierni sercom swym
Co w nadziei trwają
Przeciw mocom złym.
Nie wątpię też, że jako historyk (l. 58) Bronisław Komorowski znał powojenne
dzieje krzyża w PRL – walkę robotników Nowej Huty o miejsce dla krzyża i
kościoła w "pierwszym socjalistycznym mieście"; że wiedział o prześladowaniach i
szykanach, jakie dotknęły w latach 80. dzieci z Włoszczowej i Miętnego za obronę
krzyży w szkołach. Można też mniemać, że deklarując się jako katolik, prezydent
Komorowski powinien pamiętać słowa Jana Pawła II wypowiedziane w 1997 r. w
Zakopanem:
"Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w
życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż
powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. Niech on tam pozostanie!
Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o
tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. (…) Dzisiaj
dziękowałem Bogu za to, że wasi przodkowie na Giewoncie wznieśli krzyż. Ten
krzyż patrzy na Polskę od Tatr do Bałtyku. I ten krzyż mówi całej Polsce: sursum
corda, w górę serca! Trzeba żeby cała Polska słyszała i powtarzała: sursum corda,
w górę serca!".
Ale najwyraźniej te przekazy czy – jak mówią mieszkańcy matriksu – "narracje"
pozostawiają prezydenta Komorowskiego obojętnym. I prowokacja rozgrywa się
dalej. A chodzi w niej już nie tylko o efekt doraźny – wyrwanie z pamięci
Polaków śp. prezydenta Kaczyńskiego, ale i o skutek długofalowy: przekreślenie
chrześcijaństwa, katolicyzmu jako ważnego znaku tożsamości narodowej. Czyli cel
ten sam, jaki stawiali sobie i realizowali rządzący Polską komuniści.
Młodzieżowa ochlokracja
Ukaz prezydenta Komorowskiego (a nie jak chcą media sprzyjające PO – działania
PiS) podzielił Polskę na obrońców krzyża i protestujących przeciw jego obecności
na Krakowskim Przedmieściu. Ci pierwsi reprezentowali blisko ośmiomilionową
rzeszę obywateli, która głosowała na Jarosława Kaczyńskiego, drudzy – to
zabawowa młodzież, wychowana na Jakubie Wojewódzkim, na "róbta, co chceta", na
nihilizmie moralnym Janusza Palikota. W ciągu ostatnich kilkunastu dni pod
krzyżem rozpanoszyła się ochlokracja młodzieżowa, którą od imienia
ojca-założyciela w Polsce można nazwać palikotokracją. Ktoś zadbał o to, aby w
Gesslerowskim lokalu naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego wszystkie napoje
alkoholowe były po 4 złote. Podchmielona, a może i naćpana młódź dawała wyraz
swojemu pojmowaniu wolności: oddawała na krzyż mocz, przybijała do krzyży puszki
po piwie, znieważała starszych ludzi – obrońców krzyża – niewybrednymi hasełkami
w rodzaju "mohery do obory". Tak jak wcześniej zapowiedział premier władza
próbowała zastosować "akcję porządkową", usunąć krzyż siłą i – zgodnie z
porozumieniem między harcerzami, Episkopatem i Kancelarią Prezydenta – przenieść
go do pobliskiego kościoła św. Anny. Obrońcy krzyża nie dopuścili do tego i
władze, jak niepyszne, musiały się z akcji wycofać. Ani Donald Tusk, ani
Bronisław Komorowski, na szczęście, nie odważyli się stanąć "po stronie ZOMO".
Dolewanie oliwy do ognia
Ale władze nie zaprzestały dolewania oliwy do ognia. Prezydent Warszawy Hanna
Gronkiewicz-Waltz wydała bezprecedensowe zezwolenie na rozróbę pod krzyżem
(zwaną happeningiem), która została rozpoczęta w nocy z 9 na 10 sierpnia o godz.
23.00 (po ciszy nocnej!) przez osobnika reklamującego się internecie z bronią
palną jako "Rambo". W organizacji przedsięwzięcia sekundował mu pospolity
kryminalista, zidentyfikowany przez dziennikarzy "Gazety Polskiej". Co się
działo tej nocy – wiadomo z "naszych" telewizji. To był drugi akt prowokacji.
Prezydent Komorowski, w dniu swego zaprzysiężenia deklarujący chęć zasypania
podziałów między Polakami, ograniczył się do pustej retoryki, ani słowem nie
zażegnał konfliktu, nie przyrzekł – jak tego oczekiwali obrońcy krzyża –
postawienia przed Pałacem pomnika godnego skali katastrofy i ofiar. Najpierw
oznajmił, że stosowna tablica pamięci prezydenta i pracowników kancelarii (jakby
tylko oni zginęli w Smoleńsku!) zostanie umieszczona w Pałacu. Potem nagle,
rankiem 12 sierpnia, postawiono społeczeństwo przed zadziwiającym faktem
dokonanym – odsłonięto tablicę pamiątkową wmurowaną nocą na fasadzie Pałacu. Bez
żadnej konsultacji społecznej, bez powiadomienia rodzin ofiar, bez udziału
najwyższych władz, czy choćby władz Warszawy, przy udziale anonimowego księdza i
kilku żołnierzy – odsłonił się naszym oczom napis takiej oto treści:
"W tym miejscu, w dniach żałoby po katastrofie smoleńskiej, w której 10 kwietnia
2010 roku zginęło 96 osób – wśród nich prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką i
były prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, obok krzyża postawionego
przez harcerzy gromadzili się licznie Polacy zjednoczeni bólem i troską o losy
państwa".
Nic dziwnego, że i procedura wmurowania tablicy, i napis na niej wywołały wśród
obecnych tam obrońców krzyża, a bez wątpienia i w szerokich kręgach społecznych,
okrzyki: "Hańba, skandal!!!". Bo kogo i co niby miała upamiętniać ta tablica
umieszczona w mrokach nocy, zupełnie jak anonimowe, potajemne pochówki ofiar
Grudnia ’70? Umieszczając imię prezydenta "wśród innych" pozostałych
bezimiennych ofiar – kogo i co czciła? Żałobę? Największa katastrofa we
współczesnych dziejach Polski na tyle zasłużyła, schowana w głęboki cień Pałacu,
bezwstydnie zminimalizowana? Taka to jest miara szacunku prezydenta z Platformy
Obywatelskiej dla uczuć współrodaków, dla ciągłości państwa odzyskanego w roku
1989 – zbiorowym oporem całego społeczeństwa, którego prominentnym działaczem
był prezydent Lech Kaczyński. Taka to jest miara współdziałania z Narodem kogoś,
kto ma być prezydentem wszystkich Polaków. I gdzieś nagle stracił odwagę, jaka
mu towarzyszyła, kiedy robiono mu zdjęcia na wałach przeciwpowodziowych. Tak
mężnie jako kandydat stawiał czoła kamerom, a nagle zabrakło mu odwagi, aby
odsłonić tablicę pamiątkową – schował się za plecami anonimowego księdza i
urzędasów swojej kancelarii? Pewnie i niemęstwo za tym stoi, ale to przede
wszystkim styl tej prezydentury, która chce, za plecami innych, ukrywać własne
złe decyzje. Stosownie do okazji: albo wyśle się ministra Jacka Michałowskiego,
albo spuści ze smyczy Palikota (tyle że nie wiadomo, kto tu jest na smyczy i
czyjej…).
Pomnik na chwałę agresora
Tak było i w 90. rocznicę Bitwy Warszawskiej. Pan prezydent w katedrze polowej
wojska polskiego uroczyście wmurował tablicę (z nazwiskami!) ofiar Smoleńska, a
tymczasem w pobliskim Ossowie miał stanąć pomnik ku czci 22 krasnoarmiejców
zabitych w Bitwie Warszawskiej.
Prezydent, graf Komorowski dziwnie nie lubi znaku krzyża. Chyba że ma on, jak
krzyż prawosławny, dodatkową skośną poprzeczkę. Na 90. rocznicę jednej z 18
bitew, które zadecydowały o losach świata, która – gdyby nie zwycięstwo
żołnierzy Józefa Piłsudskiego – zaniosłaby bolszewię do Europy, postanowił
podarować rodakom pomnik ku czci czerwonych najeźdźców. Optował za nim jeszcze
jako marszałek Sejmu, a 15 lipca dr Andrzej Kunert, nowy sekretarz Rady Ochrony
Pamięci Walk i Męczeństwa, na wniosek Kancelarii Prezydenta skierował do
burmistrza Wołomina takie oto pismo:
"Zbliżająca się 90. rocznica Bitwy Warszawskiej 1920 r. powinna otrzymać
wyjątkową, szczególnie uroczystą odprawę. Dążąc do nadania nowej wartości [podkr.
– E.M.] obchodom rocznicowym, najwyższe władze państwowe podniosły ideę
zaproszenia na planowane uroczystości przedstawicieli strony rosyjskiej.
Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zwróciła się do Rady Ochrony
Pamięci Walk i Męczeństwa z prośbą o przygotowanie odpowiedniego obiektu, przy
którym delegacje rządowe polska i rosyjska mogłyby wspólnie oddać hołd ofiarom
okrutnej wojny rozpętanej przez reżim bolszewicki. W związku z powyższym Rada
OPWiM zwróciła się do gminy Wołomin z prośbą o rozważenie możliwości
przygotowania na ww. uroczystości mogiły zbiorowej żołnierzy bolszewickich
poległych 14 sierpnia 1920 r. na tzw. Polakówej Górce na pograniczu gmin Wołomin
i Zielonka. Dziękując za dotychczas okazane zaangażowanie i pomoc, pragnę
niniejszym pismem potwierdzić życzenie i intencje Kancelarii Prezydenta RP,
która rozważa możliwość udziału Prezydenta RP w uroczystościach w Ossowie 14
sierpnia br.
Rada OPWiM podtrzymuje deklarację sfinansowania [podkr. – E.M.] budowy pomnika
na mogile żołnierzy bolszewickich, prosząc jednocześnie władze samorządowe o
pomoc w zakresie przygotowania utwardzonego dojścia do mogiły wraz z przeprawą
przez Czarną Strugę i niewielkim placem dla oficjalnych delegacji i asysty
wojskowej, jak również o logistyczną obsługę planowanej uroczystości".
To wszystko – na chwałę agresora – miało się odbyć chyba ku pognębieniu Polaków
w 90. rocznicę krwawo okupionej Bitwy Warszawskiej. Jej polscy bohaterowie śpią
dziś pod prostymi krzyżami, od lat nieodnawianymi. A poległo ich dla
Niepodległej tysiące. Uroczystość się nie odbyła, ale za pieniądze podatników
polskich postawiono cichcem pomnik – ku czci krasnoarmiejców-agresorów – ze
szwedzkiego granitu, z prawosławnym krzyżem pośrodku, okolonym siatką z
bagnetów. Dwujęzyczny napis (cytuję po rosyjsku) na tablicy głosił: "Zdieś
pochronieno 22 sołdata 235 i 236 striełkowych pałkow 79 brigady Krasnoj Armii
pawszich w boje za Ołssuw (!) 14 i 1 avgusta 1920 goda". Czyżby bolszewicy z
krzyżem prawosławnym szli "wyzwalać" Europę? Czy raczej z sierpem i młotem szli
unicestwiać każdy krzyż?
Naród pamięta
Na szczęście lud polski Wołomina i okolic, mimo wykrętnych wyjaśnień jaśnie
przez PO oświeconego dr. Kunerta i burmistrza Wołomina Jerzego Mikulskiego –
zjawił się tłumnie na planowanym otwarciu z okrzykami: "Hańba", i pokazał
zbiorowy gest Kozakiewicza. Pomnika nie odsłonięto, prezydent nie przybył.
Naród pamiętał – bo pustymi gestami nie zamazuje się pamięci zbiorowej – losy
swoich bliskich i słowa Jana Pawła II (rocznik 1920) z Radzymina z roku 1999:
"Noszę w sobie wielki dług w stosunku do tych, którzy podjęli walkę z najeźdźcą
i zwyciężyli, płacąc własnym życiem. Ich doczesne szczątki tu spoczywają. Z
wdzięcznością tu przybywam, płacąc dług za to, co od nich otrzymałem". I
przypomniał na koniec – obowiązek pamięci o tej bitwie, o której całe lata
milczano. I lud Wołomina pamięta. W przeciwieństwie do urzędującego prezydenta
piastującego w sercu, ponad własnym Narodem, przede wszystkim szacunek dla
Rosji. Jakakolwiek byłaby: bolszewicka czy Putinowska. Cóż, nastał czas
palikotokracji…
Elżbieta Morawiec
Autorka jest krytykiem teatralnym i literackim, publicystką, członkiem
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
