W uścisku dwóch gigantów

Z Marcinem Paladem, politologiem, współtwórcą Polskiej Grupy Badawczej,
rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Obserwujemy zaostrzenie działań sztabów wyborczych. Janusz Palikot powrócił
do dawnych ekscesów, a Sławomir Nowak pyta: "Kim jest Jarosław Kaczyński?"…

– Wchodzimy w ostatni etap kampanii wyborczej, gdzie następuje intensyfikacja
działań sztabów wyborczych. Te działania przebiegają co najmniej na dwóch
płaszczyznach. Po pierwsze, jest to wymiar, który określiłbym jako subwencyjny.
Partie zaopatrzone z budżetu wielomilionowymi dotacjami wykorzystują powszechnie
stosowane narzędzia, takie jak: spoty radiowe czy telewizyjne, billboardy czy
reklama w internecie, by efektywnie dotrzeć do potencjalnych wyborców. Ale to, o
co Pan pyta, dotyczy bardziej drugiego wymiaru – doraźnej kreacji zdarzeń za
pośrednictwem programów informacyjnych i publicystycznych. Jest to werbalny
pojedynek, naładowany emocjami, często obliczony na prowokację drugiej strony,
do którego zwykle dochodzi między osobami z najbliższego zaplecza kandydatów. Ci
ostatni, dla uniknięcia zarzutów o zbyt ostry język czy wręcz brak kultury,
używają do tego typu zdarzeń politycznych tzw. zderzaków. Myślę więc, że w tych
kategoriach należy traktować wypowiedź ministra Nowaka wpisującą się w panujące
reguły kampanijne.

Ma to na celu maksymalną mobilizację potencjalnych wyborców Bronisława
Komorowskiego?

– Wszystko na to wskazuje. Sondaże, niezależnie od mojej od lat krytycznej oceny
sposobu ich przeprowadzania i prezentowania, pokazują od kilku dni coraz
bardziej wyraźny trend dwóch najmocniejszych kandydatów. Notowania Bronisława
Komorowskiego zatrzymały się bądź lekko spadają. Natomiast jego najgroźniejszy
rywal, kandydat PiS, krok po kroku zyskuje na popularności. Dotyczy to nie tylko
rankingu prezydenckiego, ale – co równie ważne – rosnącego zaufania do Jarosława
Kaczyńskiego jako osoby publicznej. Sytuacja, w której niemal na wyciągnięcie
ręki była prezydentura kandydata Platformy Obywatelskiej, znana jest działaczom
tej partii z kampanii 2005 roku. Pamiętamy, że Donald Tusk miał wygrać wyraźnie
pierwszą turę, a zakończyła się ona prawie remisem. Podobnie było przed drugą
turą. Lech Kaczyński zyskiwał dzień po dniu, a faworyzowany Donald Tusk musiał
zadowolić się prezydenturą wyłącznie w sondażach. Ten ciąg zdarzeń śni się do
dziś sztabowcom Platformy i próbują nie dopuścić do ich powtórzenia w
tegorocznych wyborach.

Uważa Pan, że teraz sytuacja jest podobna?
– Tak może być. Proszę zwrócić uwagę, że jeszcze dwa, trzy miesiące temu, tuż po
prawyborach w Platformie sytuacja wydawała się dosyć klarowna. Szanse na
zwycięstwo już w pierwszej turze Bronisława Komorowskiego były bardzo duże.
Urzędujący prezydent walczący o reelekcję mógł liczyć na maksymalnie
25-procentowe poparcie. Tymczasem w obliczu tragedii smoleńskiej oraz kolejnych
fal powodziowych mamy do czynienia z zaburzeniem tego sielankowego – dla
Platformy – scenariusza. Co prawda na czele rankingu pozostaje nadal Bronisław
Komorowski, ale jego przewaga nad Jarosławem Kaczyńskim z dnia na dzień topnieje
i dochodzi już do 6 punktów procentowych. Do wyborów zostało co prawda jeszcze
tylko osiem dni, ale biorąc pod uwagę spory odsetek niezdecydowanych oraz
obserwowany często tzw. efekt uciekającego pociągu, korzystna tendencja dla
kandydata PiS może się utrzymać. A to w efekcie może przynieść zbliżone poparcie
dla Komorowskiego i Kaczyńskiego 20 czerwca. Chyba że ten ostatni popełni jakieś
rażące błędy, a wtedy wysiłki sztabowców PO mogą okazać się skuteczne. Słowa
Nowaka czy Palikota zmobilizują nie tylko już zdeklarowanych sympatyków
Bronisława Komorowskiego, ale także obawiających się zwycięstwa Jarosława
Kaczyńskiego wyborców, którzy teraz lokują swoje poparcie w Napieralskim,
Olechowskim czy Pawlaku. Jeśli duża część z nich przerzuci w ostatnim momencie
głosy na Bronisława Komorowskiego, zrobi to nie z miłości do kandydata PO, ale w
nadziei, że "zatrzyma" on pędzącego po prezydenturę Kaczyńskiego.

W dalszym ciągu mamy do czynienia z sondażowymi manipulacjami. Według sondaży
przeprowadzonych przez różne ośrodki w tym samym czasie mamy do czynienia z
zupełnie przeciwnymi trendami…

– W trwającej kampanii wyborczej obserwujemy powielanie błędów metodologicznych
instytutów badawczych z lat poprzednich. Sposób prezentacji badań w mediach też
pozostawia bardzo wiele do życzenia. Dochodzi nawet do sytuacji kuriozalnych. Na
przykład w tym tygodniu ukazał się sondaż PBS dla "Gazety Wyborczej", w którym w
wersji elektronicznej wydania podano precyzyjnie wyniki tylko czterech
kandydatów: Komorowskiego, Kaczyńskiego, Napieralskiego i Olechowskiego. Nasuwa
się więc pytanie, czy w kwestionariuszu tego pomiaru występowało tylko pięć
zmiennych, a wszyscy poza wymienioną czwórką byli traktowani jako "inny
kandydat"? Jaki był cel eliminacji sześciu kandydatów i czy tego typu działania
mają cokolwiek wspólnego z rzetelnością dziennikarską, na którą wspomniana
gazeta tak często się powołuje.

Kampania jest nijaka, nie porusza fundamentalnych dla Polski problemów –
wielu stawia taką tezę. Podziela ją Pan?

– W tej kampanii, jak i w poprzednich mamy do czynienia przede wszystkim z
wykreowanym sporem gigantów, czyli między PO a PiS. To nic innego jak kolejna
próba niemal całkowitego zawłaszczenia sceny politycznej przez te dwa
ugrupowania. Zawłaszczenia, które pozbawia publiczną debatę ostatnich
merytorycznych elementów. W zamian mamy prostą konstrukcję socjotechnicznych
trików po obu stronach wirtualnej barykady. Główny przekaz, którym jesteśmy jako
wyborcy terroryzowani, sprowadza się do formuły: nieważne co kandydat ma do
zaproponowania, jeśli jest z obozu, za którym nie przepadasz, zagłosuj na tego,
który ma największą szansę na jego utrącenie. Taki czarno-biały obraz jest na
rękę mediom, nie muszą zajmować się "politycznym folklorem". Ale w tym momencie
warto wspomnieć, że niechciana ósemka to co najmniej co piąty głosujący, a w
liczbach bezwzględnych około 3 milionów wskazań w wyborach. I choćby z szacunku
dla niemałego wszak odsetka Polaków ich kandydatom powinno się zapewnić w
minimalnym stopniu poważne traktowanie. W większości mediów kandydaci inni niż
Komorowski i Kaczyński prawie nie istnieją.

Obraz kampanii, który obserwujemy w mediach, jest więc zafałszowany?
– Owszem. Nie po raz pierwszy w Polsce mamy do czynienia z sytuacją, kiedy już
na starcie kampanii wyborczej niektóre media rozstrzygają – niejako za suwerena,
czyli społeczeństwo – kto się w kampanii liczy, a kto nie. I dzieje się to na
podstawie sondaży, co do jakości których można mieć bardzo poważne zastrzeżenia.
Kilka lat temu proponowałem wzorem rozwiązań francuskich wprowadzić zakaz
publikacji badań przedwyborczych w trakcie trwającej kampanii. Mielibyśmy w ten
sposób o wiele zdrowszą sytuację. Po pierwsze, media nie miałyby siły argumentu
za dzieleniem kandydatów na lepszych i gorszych, silniejszych i słabszych. Po
drugie, uwolnilibyśmy Polaków od dyktatury sondażokracji chociaż w okresie
kampanii, co biorąc pod uwagę niewielki walor informacyjny czy poznawczy
pomiarów, a w dużej mierze perswazyjny, gwarantowałoby większą ciszę, spokój i
rozwagę, jakże potrzebne przy wyborze prezydenta czy parlamentu.

Jakie tematy winny być podnoszone w debatach przed wyborami, a nie są?
– Obserwując obecną kampanię wyborczą, można odnieść wrażenie, że kandydaci żyją
w innym świecie. Realne problemy, które co prawda głowa państwa może rozwiązywać
pośrednio poprzez inicjatywę ustawodawczą czy wetowanie przyjętych już ustaw,
nie funkcjonują w postaci debat i sporów. Przykład: od kilkunastu miesięcy mamy
do czynienia z bardzo poważnym kryzysem finansowym, który ma charakter globalny.
Przetacza się przez rynki od Stanów Zjednoczonych po Europę. Zagrożona jest
spójność strefy euro, a tym samym zagrożona jest w jakieś mierze egzystencja
obecnego kształtu tworu o nazwie Unia Europejska. Nie słyszałem ze strony choćby
dwóch głównych kandydatów, czyli Bronisława Komorowskiego i Jarosława
Kaczyńskiego, jakie kroki podjęliby, gdyby scenariusz zdarzeń szedł w jeszcze
bardziej niekorzystnym kierunku. Co z przyjęciem euro w Polsce? Pobieżnie wiemy,
że Komorowski mówi o pozbyciu się waluty narodowej w nieodległym terminie,
Kaczyński – oddala jej horyzont, ale nie neguje tej perspektywy. A sytuacja,
jeśli chodzi o wspomniany kryzys, jest bardzo dynamiczna, zmienia się jak w
kalejdoskopie i może się okazać, że nowo wybrany prezydent będzie musiał w tej
materii tuż po swoim wyborze współdziałać z rządem, reprezentując Polskę w
gremiach decyzyjnych.

W obszarze polityki wewnętrznej także występują takie "białe plamy"
niedostrzegane przez kandydatów?

– Bardzo poważny problem – który narasta, a jest zamiatany pod dywan przez
kolejne ekipy rządowe – to zagrożenie upadkiem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w
nieodległym terminie. Znacznie szybszym niż to się klasie politycznej wydaje. To
oczywiście skutek kryzysu demograficznego w naszym państwie wynikającego w dużej
mierze z braku polityki prorodzinnej. Tendencje demograficzne są już na tyle
niekorzystne, a etatyzm prowadzący do zbytniego obciążenia pracodawców kosztami
pracy jest tak wysoki, że o wypłatę jakichkolwiek emerytur powinni obawiać się
już czterdziestolatkowie. Skoro tak palące kwestie są zastępowane sporem o
krawat, koszulę, milczenie czy liczbę gaf kandydatów, to oznacza, że wybór,
jakiego dokonamy 20 czerwca, będzie utrwaleniem tabloidyzacji polityki. Ale czy
o to chodzi?

Jak skomentuje Pan wysiłki Bronisława Komorowskiego, który nie czekając na
wybór prezydenta, obsadza dziś w fotelu szefa banku centralnego Marka Belkę?

– Nie rozważałbym tego wyłącznie w kategorii, co sugerują na przykład sztabowcy
Kaczyńskiego, że presja z wyborem Belki była związana z obawami o zwycięstwo w
wyborach Komorowskiego, a co za tym idzie – zawiśnięcia w próżni jego kandydata
na szefa NBP. To bardziej fragment większej układanki politycznej, której skutki
będziemy widzieli dopiero za kilka czy kilkanaście miesięcy. Gry sprowadzającej
się do intensywnego poszukiwania zbliżenia między Platformą Obywatelską a
Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Kandydatura Belki nie wzbudziła entuzjazmu wśród
koalicyjnego PSL, ale spotkała się z akceptacją lewicy. To dobry test na
przyszłość. Po następnych wyborach parlamentarnych możemy mieć zmienioną
konfigurację układu rządowego i być może będziemy świadkami powołania koalicji
historycznego kompromisu między PO a SLD, wyśnionej przez Adama Michnika 20 lat
temu.

Taka nieformalna koalicja PO – SLD poprzez ukłony Komorowskiego w stronę
lewicy już się zawiązała…

– Komorowski ma świadomość tego, że Grzegorz Napieralski będzie tym trzecim z
wynikiem w granicach 8-10 proc., i że prawdopodobnie głosy większości jego
wyborców mogą zagwarantować Komorowskiemu wybór na prezydenta w drugiej turze.
PO ma świadomość tego, jak zachowali się wyborcy lewicy pięć lat temu, gdy nie
poparli gremialnie Donalda Tuska. Stosunkowo duży odsetek wyborców lewicowych
bądź to nie uczestniczył w drugiej turze, bądź obdarzył zaufaniem i Donalda
Tuska, i Lecha Kaczyńskiego. To, co nie ziściło się środowisku Unii
Demokratycznej, Unii Wolności w mariażu z socjalliberalną lewicą, może udać się
wywodzącym się w dużej mierze z UD i UW działaczom PO.

Obraz Bronisława Komorowskiego jako "ojca narodu" nie ma zbyt wiele wspólnego
z rzeczywistością. Pamiętamy go jako polityka agresywnego i konfliktowego…

– Można by rzec, że kandydat PO nie może inaczej się zachowywać, skoro jego
hasło wyborcze brzmi "Zgoda buduje". Ale to jest nie tylko problem utrwalania
wizerunku "siły spokoju" Komorowskiego, lecz również dotyczy Jarosława
Kaczyńskiego i innych kandydatów. Na potrzeby kampanii kształtowany jest
wizerunek w dużej mierze w oparciu o badania jakościowe, które są bardzo
intensywnie przeprowadzane. Wiadomo, jakie są oczekiwania społeczne. Po wyborach
sytuacja wraca jednak bardzo często do normy. Kandydaci stają się tacy, jakimi
byli przed startem kampanii.

Czyli kampania sobie, a życie sobie. Uczestniczymy w pewnym spektaklu?
– W dużej mierze mamy do czynienia z pewnym trendem występującym nie tylko w
Polsce, ale i na całym świecie. Chodzi o zastosowanie szeroko rozumianego
marketingu politycznego w kampanii wyborczej. Mamy tu do czynienia z czymś
podobnym do kampanii reklamowych dowolnych produktów czy usług. Trzeba nad tym
ubolewać, taki jest świat, ale należy to zmieniać. Co warto podkreślić, taki
sposób prowadzenia kampanii – kampanii produktowej – jest akceptowany zarówno
przez PO, jak i PiS. To kolejny dowód na to, że między jednym a drugim
ugrupowaniem nie ma większej różnicy.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Palade – politolog, autor opracowań i analiz z zakresu preferencji
społeczno-politycznych i geografii wyborczej w Polsce. Od 1997 r. prowadził
Ośrodek Badań Wyborczych, a w 2003 r. współtworzył Polską Grupę Badawczą. W
latach 2004 i 2005 PGB zwyciężyła w rankingu zgodności wyników sondaży z
wynikami wyborów opracowanym przez Centrum im. A. Smitha, a jako jedyna
przewidziała zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego.

drukuj