W poszukiwaniu Polski szlachetnej

Pani Ania zawsze zawstydzała mnie swoją niepożytą energią, ale przede
wszystkim – umiłowaniem Polski i mocną, pokorną wiarą w Bożą sprawiedliwość. Jej
wytrwałość i konsekwencja w działaniu pobudzała i dodawała sił. Promieniowała
zwyczajną ludzką dobrocią, i choć sama przez całe życie borykała się z biedą,
zawsze była gotowa pomagać potrzebującym. Ale była też porywcza i potrafiła
podnosić głos. Tylko wtedy jednak, gdy czuła – a instynkt patriotyczny miała
bezbłędny – że ktoś działa na szkodę Ojczyzny. Tego nie tolerowała.

14 sierpnia 1980 r. Stocznia Gdańska staje. Młodzi stoczniowcy z wydziału K-5
rozpoczynają strajk, niosąc transparent z napisem: "Przywrócić Annę
Walentynowicz do pracy. 1000 zł dodatku drożyźnianego". Te proste hasła
wystarczyły. Po godzinie stanęła cała stocznia. Panią Anię tryumfalnie,
dyrektorskim samochodem, przywieziono na teren stoczni. Tak wspominała te
niezapomniane chwile: "Wjeżdżamy do stoczni. Serce podchodzi mi do gardła. Widzę
nieprzebrane tłumy. (?) Wdrapuję się na dach koparki. Ktoś podaje mi bukiet róż.
Chcę coś powiedzieć, ale nie mogę. Kręci mi się w głowie".
W pierwszych dniach strajku, jak świadczą o tym również raporty MSW, Anna
Walentynowicz była niezwykle aktywna. Uczestniczyła w przygotowaniu rozszerzonej
listy postulatów, do której dodano: przywrócenie do pracy Lecha Wałęsy i
Andrzeja Kołodzieja, wzniesienie pomnika ofiar Grudnia �70, podwyżkę płac o 2
tys., zrównanie zasiłków rodzinnych do poziomu świadczeń dla rodzin milicyjnych
oraz zagwarantowanie bezpieczeństwa dla strajkujących. Rozmowy były dla dyrekcji
trudne. Walentynowicz oczywiście nie ograniczyła się do kwestii swojego
zwolnienia i mówiła bez ogródek: "Nikt z pracownikiem nie rozmawia. Po prostu
Rada Zakładowa, czyli związki zawodowe są przedłużonym ramieniem partii i
administracji. Biorą składki, nikt się z tych składek nie rozlicza".
Ostatecznie, gdy strajk ogarniał stopniowo całe Wybrzeże, 16 sierpnia dyrekcja
uległa. Zgodzono się na niemal wszystkie żądania. Wałęsa zakończył strajk i
zaintonował hymn narodowy. Nie wszyscy jednak chcieli go śpiewać?

Anna zyskuje przydomek "Solidarność"
Na Wybrzeżu strajkowało już ponad 60 tys. ludzi. Postulaty pracowników małych
zakładów nie zostały w ogóle w porozumieniu uwzględnione. Gdyby stocznia
zakończyła strajk w tym momencie, milicja i bezpieka łatwo by się z nimi
rozprawiły. Sytuację uratowały wówczas dwie działaczki WZZ – Alina Pienkowska i
Anna Walentynowicz. Pod bramami zakładu obie panie usiłowały zatrzymać
wychodzących już do domu stoczniowców. Wzywały (p. Ania ze łzami w oczach) do
strajku solidarnościowego. Do kobiet przyłączyli się Jan Borusewicz, Andrzej
Gwiazda i Kazimierz Szołoch. Został też Lech Wałęsa. Na noc zostało ok. 2 tys.
robotników. Strajk w stoczni uratowano.
Jednak nieufność wobec próbujących zakończyć strajk na własną rękę stoczniowców
z Lenina pozostała. I ciężko ją było przezwyciężyć. Pod bramę Stoczni Remontowej
na wózkach akumulatorowych podjechali Wałęsa i Walentynowicz. Pierwszy przemówił
Lech – odpowiedziano gwizdami. O tym, co stało się potem, tak opowiadał
Krzysztof Wyszkowski: "Stałem obok wózka i patrzyłem na Annę, a po plecach
przechodził mnie dreszcz i do oczu napływały łzy. Nigdy nie przeżyłem równie
wstrząsającego wydarzenia i nigdy nie wyobrażałem sobie, że coś podobnego może
się w ogóle wydarzyć. Na dachu wózka stała drobna kobieta przemieniona w potężną
skoncentrowaną energię (?). Strach było wziąć na swoje sumienie odmowę wobec jej
wezwania". Obraz ten dopełnia wspomnienie Andrzeja Gwiazdy: "Nie chcieli słuchać
ani argumentów merytorycznych, ani ideowych i wtedy Ania w dramatycznym apelu
odwołała się do solidarności. Widać było, że zrobiło to duże wrażenie i odniosło
skutek. Solidarność stała się główną ideą strajku". Walentynowicz odwołała się
do koleżeńskiej, robotniczej solidarności. I nie zawiodła się. Następnego dnia "Remontówka"
dołączyła do "Lenina". Chociażby z tego jednego powodu pani Ani należy się
przydomek "Anna Solidarność".

Ikona strajku
sierpniowego

Następnego dnia, w niedzielę, po długich staraniach pani Ani udało się uzyskać
zgodę władz i biskupa na odprawienie na terenie stoczni Mszy Świętej przez ks.
Henryka Jankowskiego. Nastroje strajkujących wyraźnie się uspokoiły. Sama
Walentynowicz była szalenie wzruszona: "Płakałam, bo jeszcze nigdy nie
przeżywałam tak głęboko radości z uczestniczenia w nabożeństwie; cieszyłam się
za tych wszystkich, którzy powrócili do Boga". Na głównej bramie stoczni wisiały
obraz Matki Bożej Częstochowskiej i portrety Jana Pawła II. Na zewnątrz, tam,
gdzie później stanąć miał pomnik, Tadeusz Szczudłowski ustawił wielki krzyż, pod
którym modlili się wspierający strajk gdańszczanie. Codziennie na terenie
stoczni prowadzone były też modlitwy. (Nie inaczej było w innych strajkujących
zakładach pracy, m.in. w stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, gdzie ks. Hilary
Jastak, nikogo o zgodę nie pytając, odważnie przeszedł przez szpalery milicji,
niosąc Najświętszy Sakrament, czy w Hucie Warszawa, gdzie Mszę Świętą odprawił
nikomu wówczas nieznany ks. Jerzy Popiełuszko). Robotnicy pamiętali o Kościele
także w swych postulatach, i to dzięki nim już wkrótce wierni w całym kraju
mogli słuchać za pośrednictwem Polskiego Radia coniedzielnej Mszy Świętej
transmitowanej z kościoła Świętego Krzyża w Warszawie.
W Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym Anna Walentynowicz bardzo stanowczo
upominała się o przestrzeganie prawa, zwłaszcza prawa pracy i przedłużenia
urlopów macierzyńskich. 31 sierpnia, gdy władze usiłowały grać na zwłokę,
zabrała głos w sprawie aresztowanych członków WZZ, KOR, ROPCiO i RMP: "(?) ci
ludzie, aresztowani obecnie, w �76 roku pomagali rodzinom robotników zwolnionych
ze stoczni. Robotnicy to pamiętają nadal i dlatego występują w imieniu
pracowników Stoczni Gdańskiej, i prosimy o natychmiastowe uwolnienie
aresztowanych, zatrzymanych w związku ze strajkiem". Pani Ania działała na wielu
frontach. To jej właśnie powierzono kasę powstającego związku i pieniądze
zbierane na pomnik ofiar Grudnia �70. Jeździła często do strajkujących zakładów,
tłumacząc, o co toczy się walka. Udzielała niekończących się wywiadów dla
przedstawicieli zachodnich mediów, w czasie których świetnie dawała sobie radę z
najtrudniejszymi pytaniami. W wolnych chwilach przygotowywała kanapki dla
kolegów. Spała tylko po 3-4 godziny na dobę, najpierw na podłodze, a potem na
fotelu. I stała się żywą ikoną strajku sierpniowego.
Gdy zwycięski, jedyny w swoim rodzaju strajk się kończy, pani Ania opuszcza
stocznię ostatnia z nadzieją, że wreszcie odpocznie, jednak o żadnym odpoczynku
mowy być nie mogło. Już 2 września, namówiona przez przyjaciół, została etatowym
pracownikiem powstającego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego
"Solidarność", w którym odpowiadała początkowo za finanse i dział interwencyjny.
Odwiedzały ją, prosząc o radę i pomoc, tysiące ludzi z całej Polski. Była
wówczas u szczytu popularności. Pracując dzień i noc, nie zdawała sobie sprawy z
tego, że nad jej głową gromadzą się czarne chmury. Tym razem to nie MSW, choć
donosów na jej temat nie brakowało, sprawiać jej miało największe przykrości,
lecz dawny kolega z WZZ – Lech Wałęsa.

Wysoka cena
bezkompromisowości

Do otwartego konfliktu między nimi doszło przed odsłonięciem pomnika ofiar
Grudnia �70. Anna Walentynowicz nie pozwoliła na uczynienie z monumentu symbolu
rzekomego pojednania władzy z Narodem i umieszczenie na nim tablicy z nazwiskami
zabitych milicjantów. 16 grudnia odsłonięto Pomnik Poległych Stoczniowców,
nazwany tak, jak chciała. Lecz miejsca dla niej wśród zaproszonych gości
zabrakło. Bardzo to przeżyła: "Znów nie mogłam złożyć kwiatów. Jeszcze przed
rokiem uniemożliwiło mi to SB. Komu zawdzięczam to w roku 1980?".
Anna Walentynowicz, jak wielu innych związkowców, z oburzeniem przyjęła
arbitralną decyzję o zaniechaniu strajku. Mówiła o tym w stoczni głośno,
domagając się od Wałęsy wyjaśnień. Doprowadziło to do wystąpienia Komisji
Zakładowej stoczni (bez poparcia jej macierzystego wydziału W-2) o odwołanie
pani Ani z gdańskiego Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ
"Solidarność" . Działania takie były niezgodne ze statutem związku. Sprawę, z
udziałem zainteresowanej, omawiano podczas posiedzenia Komisji Krajowej NSZZ
"Solidarność" 23 kwietnia 1981 roku. Po burzliwej dyskusji, w czasie której
Walentynowicz bronili Andrzej Gwiazda i Jan Rulewski, doszło do wymuszonego
pojednania. Nie zamknęło to, niestety, sprawy. Pani Ania będzie w sposób
bezwzględny i złośliwy marginalizowana, choć nikt nigdy nie postawił jej żadnych
konkretnych zarzutów. Bezkompromisowość Anny Walentynowicz doprowadza w
październiku 1981 r. w Radomiu do próby jej otrucia (za pomocą Furosemidu).
Chciano w ten sposób uniemożliwić jej spotkanie z robotnikami. Dokonać miała
tego znajoma pani Ani Ewa Soból – od lat tajny agent bezpieki. (Prowadzone po
latach przez IPN śledztwo w tej sprawie zostało ostatecznie umorzone).
Anna Walentynowicz dla wielu stała się niekwestionowanym autorytetem moralnym. W
2005 r. jej zasługi w walce o wolność docenił amerykański Kongres Fundacji
Pamięci Ofiar Komunizmu, przyznając jej Medal Wolności Trumana – Reagana.
Wreszcie, 3 maja 2006 r., dawny wykładowca z WZZ, a wówczas prezydent Polski
Lech Kaczyński, odznacza ją i Andrzeja Gwiazdę Orderem Orła Białego. Nieustającą
aktywność pani Ani w przywracaniu narodowej pamięci przerwała tragedia
smoleńska? l

Janusz Kotański
historyk

drukuj