W dłoniach trzymać gwiazdy

Brnę w zaspach warszawskimi ulicami, wiatr niesie pióropusze śniegu.
Jestem przemarznięta do kości, ale w sercu wielka radość, bo myśli przeniosły
mnie w najpiękniejszy świat lodowców w najwyższych górach.

Niczym film przemykają obrazy z lodowca Barum, gdy przyszło załamanie pogody,
nisko zeszły chmury śniegowe, smagał wiatr, grudki zmrożonego lodu niczym
szpilki wbijały się w policzki. Już nie było czasu na nic, tylko utrzymać
namioty, by wiatr ich nie porozrywał, nie wyrwał z lodowca. W nocy wciąż trzeba
było wychodzić z ciepłego śpiwora i odgarniać warstwy śniegu z namiotu, żeby się
nie zarwał pod ciężarem nawiewanych nawisów, by nas nie podusiło we śnie. I to
zapadanie się w namiocie w nagłą ciszę… Chwila drzemki, poczucia
bezpieczeństwa. Słońce wstaje zza przełęczy i przesuwa nad namiotem cień
wielkiej góry, siedmiotysięcznika. To nasz upragniony cel, by tam, na ciasnym
wierzchołku, stanąć i wznieść biało-czerwony proporczyk. Po takiej nocy w
zamieci śnieżnej wstawaliśmy zmęczeni, opuchnięci, nawet palce u dłoni były jak
balerony. Tak organizm reagował na brak tlenu, płynów do picia. Ale jak w takiej
zawierusze zagotować herbatę?
Tak wyglądały moje noce na wyprawach letnich, w góry siedmiotysięczne,
Hindukusz, w Afganistanie i Pakistanie. Albo w Himalaje, z kamerą filmową, dla
TVP.
Koledzy opowiadali o przeżyciach na zimowych wyprawach. Wydawały się
nieprawdopodobne. Na przykład dwa tygodnie załamania pogody pod szczytem
ośmiotysięcznika na zimowej wyprawie na Nanga Parbat. Kolega, który samotnie
przeczekał ten czas, mówił: – Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem z prędkością
180 km na godzinę, na zewnątrz mróz minus 40 stopni. Spróbuj otworzyć okno i
wystaw tylko łokieć, to mniej więcej takie uczucie, jak tam.
Wiatr o niebywałej sile, prędkości ponad 100 km na godzinę, mrozy minus 30,
minus 40 stopni. Śnieżyce. Ogromne opady śniegu, narastające w błyskawicznym
tempie. I tylko jedno marzenie: by jak najszybciej pokonać trasy przez lodowiec,
wejść w samą ścianę. A tam już tylko czysty lód, ostra wspinaczka, nie to znojne
przekopywanie się w zaspach po pachy, z ciężkimi, po 30 kg, plecakami, ze
sprzętem wspinaczkowym, biwakowym, z żywnością.

Ryzyko silniejsze od śmierci
Na wysokości ponad 5-6 tys. m n.p.m. "mieszka sięŇ w wiszących kopertach, takich
jakby namiotach zawieszonych na śrubach lodowych i wkręconych w pionowy lód. W
bazie, w dole, na lodowcu, stoją namioty zimowe, solidne, z przedsionkami,
podwójnym dachem, osłaniające przed wiatrem i wytrzymałe na grube warstwy
śniegu. W bazie jest zwykle duży namiot-jadalnia, ze stołem z zestawionych razem
pojemników bagażowych. W święta Bożego Narodzenia na tym niby-stole rozkłada się
obrus, ustawia choinkę przywiezioną z Polski, najczęściej plastikową. Opłatki są
zawsze prawdziwe. Namiot-jadalnia to namiastka domu, gdzie przy stole – symbolu
wspólnoty rodzinnej, spotyka się na posiłkach cała wyprawa. Gdy kogoś brakuje,
koledzy zaraz biegną sprawdzić, czy nie jest chory. Brakować może też tych,
którzy właśnie walczą o górę wysoko w ścianie. Gdy wyprawa się kończy, przy
stole bywa gwarno – radość, pieczenie ciasta z torebki, gotowanie barszczyku i
pierogów. Ale bywa też głęboka cisza, gdy jedno miejsce jest puste… Kolega tam
już nie zasiądzie, bo jego ciało zostało na zawsze w lodowcu albo w ścianie.
Rzadko, ale zdarza się, że puste zostają dwa, trzy miejsca. Kto się wspina
wyczynowo, musi wliczać ryzyko, że w górach można zginąć. Jednak każdy wie, iż
jego pasja wspinaczki, zdobywania szczytów, przekraczania granicy ryzyka jest
silniejsza od tej świadomości.

W czołówce himalaistów
Prekursorem światowego himalaizmu zimowego był Andrzej Zawada. Zmarł w 2000 r.,
po nagłej chorobie, mając 72 lata i pełnię formy wspinaczkowej, himalajskiej.
Był najwybitniejszym "lideremŇ najtrudniejszych wypraw w najwyższe góry. To on
zapoczątkował wyprawy ekstremalne, organizował je, był ich strategiem i
taktykiem, kierownikiem odpowiedzialnym za wyczyn sportowy najwyższych lotów,
ale przede wszystkim za uczestników, za ich bezpieczeństwo. Zawada był ogromnie
lubiany, taka "kultowaŇ postać wśród młodzieży, zagrzewająca do podejmowania
wielkich wyzwań, do odnajdywania swoich pasji i poświęcania im życia. Nie
namawiał do wyczynowej wspinaczki, ale do odkrywania piękna świata.
Jak mówił Zawada, zakaz wyjazdów w Peerelu był przyczyną tego, że po wojnie
Polacy nie mogli brać udziału w zdobywaniu ośmiotysięcznikow, wszystkie te
szczyty zostały zdobyte bez nas, mimo że już przed 1939 r. należeliśmy do
światowej czołówki himalajskiej. Stąd później powstał pomysł zdobywania
najwyższych szczytów zimą. Pierwsza zimowa wyprawa zorganizowana została przez
Andrzeja Zawadę zimą 1973 r. na Noszak, najwyższy szczyt Hindukuszu afgańskiego
(7492 m n.p.m.). Na szczycie stanęli Andrzej Zawada i Tadeusz Piotrowski. Ten
wyczyn otwierał nową kartę w dziejach rywalizacji sportowej o najwyższe szczyty
świata w ekstremalnych warunkach.
Zawada tak wspominał tamte warunki: – Przed ostatnim biwakiem, niedaleko kopuły
szczytowej, zmierzyłem temperaturę powietrza. Minus 51 stopni! To była najniższa
temperatura, jaką kiedykolwiek i potem przeżyłem w górach! I do tego mroźny
wiatr. Byliśmy całkowicie sami w tych ogromnych górach, poza garstką Polaków.
Zdobyli ten piękny szczyt zimą. Zawada wspominał przez lata chwilę, gdy z
wierzchołka o brzasku oglądali morze gór i lodowców. Stali tam we dwóch, na
maciupeńkim śnieżnym czubeczku góry, z trudem mieszcząc na nim nogi. Trzymali
wzniesiony ponad głowami biało-czerwony proporczyk.
– O czym wtedy myślałeś, Andrzeju? – pytałam. – Myślałem, że to fantastyczne,
ten świat w dole. I zdobywanie góry z przyjacielem. Zaufanie w górach jest
najważniejsze. Wzajemna pomoc, odpowiedzialność za siebie nawzajem. Otwartość na
świat, na ludzi. Jeśli ktoś nie ma kontaktu z ludźmi, jest w górach po prostu
niebezpieczny. Taka osoba nie ma miłości życia – odpowiedział.

Mount Everest zimą
Największy sukces Andrzeja Zawady jako lidera i himalaisty to pierwsza w
dziejach zimowa wyprawa na Mount Everest w 1980 roku. Wspinał się i dowodził
najtrudniejszym wyczynem w skali światowej. Na szczycie stanęli wtedy dwaj
Polacy: Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy, ale sława spłynęła na wszystkich
polskich himalaistów. Rozpoczęła się nowa era w himalaizmie światowym.
Pierwszą depeszę o zimowym zdobyciu szczytu ziemi Zawada wysłał z bazy u stóp
Mount Everestu do Jana Pawła II. Zapamiętały mu to władze peerelowskich urzędów
sportowych.
Po pięciu latach kolejny wielki wyczyn organizacyjny i "liderskiŇ Zawady –
zimowa wyprawa na Cho Oyu, 8201 m n.p.m. Znowu dwaj uczestnicy wyprawy zdobyli
szczyt zimą, i w dodatku nową drogą, której do dziś nikt nie zdołał powtórzyć.
Parę dni potem druga dwójka wchodzi na szczyt. Jednym ze zdobywców jest Jerzy
Kukuczka, dla którego było to drugie wejście na ośmiotysięcznik podczas jednego
zimowego sezonu. I ten wyczyn do dziś nigdy nie został przez nikogo powtórzony!
W 1988 r. Zawada kierował zimową wyprawą polsko-belgijską na Lhotse – na
szczycie stanął Polak Krzysztof Wielicki.
Kolejna zimowa wielka ekspedycja kierowana przez Zawadę to międzynarodowa, wręcz
oblężnicza, wyprawa na K2, drugi co do wysokości ośmiotysięcznik ziemi. Wtedy
nie zdołano zdobyć szczytu, ale przekroczono zaklętą granicę 8 tysięcy metrów…
W 1997 r. Zawada prowadził atak na Nanga Parbat ścianą o wysokości 4 kilometrów!
Gdy doszli pod szczyt, nastąpiło załamanie pogody. Zawada nakazał odwrót, nie
chcąc ryzykować życia ludzi. Już za rok Zawada podjął drugi zimowy atak na Nanga
Parbat i znowu himalaistów pokonało lodowe piekło: burze śnieżne, wichury o sile
140 km/godz. Po powrocie Zawada wyjaśniał mi, po co te kolejne próby za tak
wielką cenę. – Moim celem i tej wyprawy było wykształcenie polskiej kadry
sportowców o najwyższym doświadczeniu w himalaizmie zimowym, aby Polacy nie
ustawali w wielkiej światowej walce o zimową Koronę Ziemi – mówił.
Na tej wyprawie Zawada był liderem i partnerem, wspinał się wraz z
20-30-latkami, sam miał już skończone 70 lat. – Kochałem tych wszystkich
wspinaczy! Uważam, że mieliśmy najlepszy zespół na świecie! – mówił o
uczestnikach swoich wypraw.
Razem z nim zdobywali swoje szlify tak sławni wspinacze, jak m.in. Krzysztof
Wielicki czy Jerzy Kukuczka. Jurek zdobył Koronę Ziemi, tj. wszystkie
czternaście ośmiotysięczników, jako drugi człowiek w dziejach świata. Cztery z
nich zdobył zimą! Na dziesięć poprowadził nowe drogi.

Zapomniane sukcesy
Polscy himalaiści jako pierwsi stanęli zimą na ośmiu ośmiotysięcznikach,
prowadzili piętnaście zimowych ekspedycji w najwyższe góry. Jesteśmy w tej
dyscyplinie najznakomitsi. Jakże wiele wspaniałych wyczynów, wyjątkowych dokonań
poszczególnych uczestników składa się na każde takie przedsięwzięcie. Miesiące
albo i nieraz całe lata planowania, przygotowań, treningów. Kompletowanie
ogromnych środków, ekwipunku, coraz doskonalszego sprzętu, trenowanie,
wspinaczka w rozmaitych górach, w największych trudnościach – dla zdobycia
doświadczeń, treningu, aklimatyzacji. Jak wiele kosztuje to wyrzeczeń w życiu
osobistym uczestników, to już wiedzą tylko oni sami. Wszystko po to, by wreszcie
stanąć na szczycie, pokonując to, co wydaje się wręcz niemożliwe: wichury,
mrozy, podnosząc do granic niemożliwego wytrzymałość człowieka eksplorującego
świat.
Nieznane i niewytłumaczalne są powody, dla których nie szczycimy się sukcesami
polskich himalaistów. Jakbyśmy nie chcieli promować swoich mistrzów, skrywając
przed innymi ich dokonania. Gdzieś tam w ciszy, na drugim planie oszałamiających
agresywnością newsów przemykają w mediach fascynujące obrazy – filmy, fotografie
i wspomnienia najlepszych w całym świecie sportowców tej wyjątkowej dyscypliny.
Kto ich zna? Kto docenia? Gdzie należne im medale? Gdzie pamięć o Andrzeju
Zawadzie? Gdzie wspomnienia zdobyczy himalajskich Jurka Kukuczki czy Wandy
Rutkiewicz?!
Choć w TVP są poświęcone ich dokonaniom filmy, nagradzane w świecie, kultowa
"Ostatnia rozmowaŇ, nagrana przed śmiercią Zawady, została zepchnięta gdzieś do
kąta archiwum. Te sukcesy może i liczą się w kategoriach sportowych, ale same
osoby nie przystają zapewne do świata komercji. Nigdy nie przyciągali reklam,
nie robili hałasu w mediach, dbali za to o swoją reputację, o nienaganną etykę,
morale. Te jednoznaczne postawy zapewne dziś wydają się staroświeckie, bo
niekomercyjne. Jak te historie tak mocnych osobowości dziś sprzedać? Choć
polskie filmy o Zawadzie, Kukuczce, Rutkiewicz i Dobrosławie Miodowicz wciąż
krążą po festiwalach międzynarodowych, my już od dawna ich nie oglądamy.

Wyprawa na Nanda Devi
Bez echa przemknęła rocznicowa wyprawa na Nanda Devi, siedmiotysięcznik w
Himalajach Indii, poprowadzona w 2009 r. pod patronatem prezydenta
Rzeczypospolitej Lecha Kaczyńskiego i prezesa IPN Janusza Kurtyki. Ta ekspedycja
poszła dokładnie szlakiem pierwszych polskich himalaistów, prekursorów
eksploracji najwyższych szczytów himalajskich.
Polacy ruszyli już w 1939 r. w Himalaje, planując kolejną wyprawę, na Mount
Everest, która miała odbyć się rok, dwa lata później. Czterej śmiałkowie
wyruszyli z Polski w maju, w lipcu zdobyli trudny wspinaczkowo szczyt Nanda Devi,
dwóch (Artur Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz) zginęło w lawinie, schodząc z
gór, pozostali wrócili już po wybuchu II wojny światowej. Jeden z nich, Jakub
Bujak, dotarł do Londynu i tam pozostał. Pracował na rzecz brytyjskiego
przemysłu zbrojeniowego. Zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Pytana o
jego prawdziwe losy królowa Wielkiej Brytanii jedynie utajniła wszystkie
dokumenty ze śledztwa w tej sprawie na kolejne 50 lat!
Drugi himalaista Janusz Klarner dotarł do Warszawy i tu walczył w Powstaniu
Warszawskim. Zniknął z ulicy, w nieznanych okolicznościach, w 1949 roku. Jest
domniemanie, że przepadł, jak setki Polaków patriotów, niewygodnych dla reżimu
komunistycznego, zadręczonych przez UB.
Wyprawa na Nanda Devi została opisana przez Janusza Klarnera, książkę wydano
dopiero w 1959 roku, obecnie – po wielkich trudach – ukaże się jej wznowienie,
niestety, w małym nakładzie.
Kto z nas wie, kim byli ci czterej śmiałkowie? Jak wspaniałe były to osobowości,
wyjątkowi naukowcy, badacze, wielcy Polacy. Gdyby nie wybuch wojny, nie tylko
ich sukces byłby głośny w całym świecie, ale zapewne to oni mieliby wszelkie
dane, by stanąć jako zdobywcy na Mount Evereście.

Walczyli o życie innych
Jurek Kukuczka był moim dobrym kolegą. Braliśmy udział we wspólnej wyprawie na
Tirich Mir, 7706 m n.p.m., najwyższy wierzchołek Hindukuszu w Pakistanie.
Kręciłam wtedy film dokumentalny, uczestnicząc w ekspedycji z kamerą, ze
100-kilogramowym ładunkiem sprzętu filmowego. Jurek wspinał się nową drogą na
Tirich Mir. Pamiętam do dziś jego wyjątkowe poczucie humoru, kulturę osobistą,
wielką wytrzymałość. Nie złościł się i nie gniewał. Nie tracił na takie emocje
ani chwili życia. On naprawdę kochał góry. Był w nich radosny i szczęśliwy.
Potem sekundowałam Jurkowi w kolejnych wyprawach. Ba, pomagaliśmy mu sprzedawać
szmuglowane do Indii kryształy, bez nich nigdy nie mógłby opłacić pozwoleń na
atakowanie szczytów – władze Nepalu wymagały opłat w wysokości kilku czy
kilkunastu tysięcy dolarów. A Jurek, jak większość z nas, pasjonatów gór
wysokich, w czasach komuny zarabiał na koszty wypraw pracami wysokościowymi,
malował kominy fabryczne, czyścił szklane wieżowce.
O jego wyczynach, jako "niepartyjnegoŇ, pisano dość skromnie. Rywal Jurka,
Reinhold Messner, który pierwszy osiągnął Koronę Ziemi, wchodząc na kolejne
ośmiotysięczniki w ciągu kilkunastu lat, z oblężniczymi wyprawami, setkami
tragarzy, z najlepszym ekwipunkiem, kupował w tym czasie zamek w Alpach na
siedzibę dla siebie, finansowany był z reklam, honorariów autorskich,
rozchwytywany i doceniany w całym świecie.
Kukuczka zginął w 1989 r. podczas wspinaczki na Lhotse, ośmiotysięcznik, w
rywalizacji z Messnerem o wejście nową, ekstremalnie trudną drogą. Wtedy się
okazało, że w polskiej telewizji nie było o nim żadnego filmu. (Zmontowałam taki
film w dniu, gdy zginął Jerzy Kukuczka, dzięki materiałom od jego przyjaciół w
kraju i za granicą. Nie żądali honorariów…).
A ilu z nas słyszało o Dobrusi Miodowicz, wspaniałej himalaistce, fantastycznej
Polce, działaczce "BeczkiŇ w duszpasterstwie akademickim w Krakowie? Zginęła w
1986 r., tuż pod szczytem K2. Przedtem, zamiast walczyć o swoje życie, ofiarnie
usiłowała ratować ginących kolejno z zimna, wyczerpania, z choroby wysokościowej
innych członków międzynarodowej wyprawy. Ocaliła dwóch z nich, kilkoro
pogrzebała w lodzie i śniegu, opiekując się i trwając przy nich do samego końca.
Nie oszczędzała siebie… Gdy przyszła krótka poprawa pogody, nie miała już dość
sił, by zejść na dół, a nikt nie był w stanie jej dopomóc. Była śliczna i bardzo
dobra, wrażliwa na potrzeby innych tak, jak tylko żarliwa katoliczka potrafi.
Dziś pamięta ją niewielu, choć w Pakistanie, tam, gdzie spoczywa pochowana w
lodowcu, pamiętają Dobrusię himalaiści-muzułmanie, sportowcy.

Szkoła człowieczeństwa
Czy wyprawy w wysokie góry warte są ceny życia? – Musimy się narażać, jeśli
chcemy przeżyć prawdziwą przygodę. Aktywność człowieka jest bardzo ważna, ale
wiąże się z nią nierozerwalnie odpowiedzialność, szczególnie w niebezpiecznych
sportach. Życie jest również niebezpieczne. Właściwie od momentu, gdy się
rodzimy, już stale grozi nam jakieś niebezpieczeństwo – wyjaśniał Andrzej
Zawada.
O uczestnikach wypraw mówił, że są wyjątkowymi ludźmi: gotowi do podejmowania
przemyślanego ryzyka, sportowcy najwyższej klasy, bez konkurencji na Zachodzie,
a przede wszystkim barwne, bujne osobowości. Góry wyjątkowo mocno kształtują
człowieka w… człowieku. – Wspinacze to inny gatunek człowieka! A ich
podstawową dewizą jest, by trzymać się z daleka od prostaków, od ludzi bez
poczucia humoru, bo życie jest za krótkie – przekonywał znakomity lider zimowych
wypraw.
– Każdy z nas ma swój Everest! – to słowa Wandy Rutkiewicz, pierwszej Europejki,
która stanęła na najwyższym szczycie ziemi. Była wtedy uczestniczką wyprawy
niemieckiej, jej zadaniem było dopomóc Niemce zdobyć tę górę i sławę. Niemka nie
zdołała zaatakować wierzchołka, zabrakło jej umiejętności i sił. Wandzie
kierownik tamtej wyprawy nie dał zgody na szturm, jednak poszła, bez
odpowiedniego zaplecza, osamotniona. I szczyt, i sława przypadły jej w udziale!
Wanda zginęła w kopule szczytowej Kanczendzongi, ośmiotysięcznika w Himalajach,
ciała nie odnaleziono. Góry były dla niej całym światem…

Zwycięstwo nad sobą
Gdy wspominam swoje wyprawy, od Tatr przez Ałtaj, Kaukaz po Hindukusz i
Himalaje, najważniejsze wspomnienia dotyczą ekstremalnych sytuacji. Na przykład
wtedy, gdy wiele dni i nocy musiałam spędzić sama na wielkim lodowcu Barum, w
małym namiocie, godzinami wpatrując się w ogromny masyw Tiricz Miru,
siedmotysięcznika w Hindukuszu. Jako najsłabsza wspinaczkowo z zespołu zostałam,
by utrzymywać łączność radiową między wspinaczami. Noce były bardzo mroźne,
lodowiec zamarzający po dniu wydawał groźne dźwięki, pękał, otwierały się
głębokie na kilkadziesiąt metrów szczeliny. To była próba odwagi, odporności,
wytrzymałości dla bardzo młodziutkiej alpinistki, by wytrwać na tym posterunku.
Rano przychodziła nagroda – wstawało słońce, temperatura z minus 15 stopni rosła
do plus 20, mogłam opalać się przy maszcie radiostacji, wpatrując się w moją
najpiękniejszą górę, lodowce, w ten wspaniały świat, w niewysłowionej ciszy i…
wolności. Peerel był tak daleko!
I ten szczególny moment, dla którego całe życie zmienia swoją wartość, gdy
stanęłam po raz pierwszy na "własnymŇ szczycie, na którym przede mną nie było
nikogo! Gdy odsłoniło się przed moimi oczami morze wielkich gór, po horyzont.
Błękitne niebo, szum wiatru… Wyjęłam z plecaka biało-czerwony proporczyk i
mogłam nadać tej górze nazwę. Jest tam, w Afganistanie, przełęcz Kotal-e-Madar,
czyli przełęcz Matki. I nieco wyższy wierzchołek. Widać było stamtąd "calutki
świat".

Dla tej jednej chwili
Wyprawy zimowe to ekstrema z ekstremów, to także wielkie zagrożenie lawinami,
wichurami, ryzyko odmrożeń. Na bezpieczeństwo każdego pracuje cały zespół, na
kierowniku wyprawy spoczywa odpowiedzialność za przygotowanie i przebieg
ekspedycji. Porażka to jego wina, sukces należy do całej grupy.
Andrzej Zawada miał takie najcenniejsze wspomnienie z którejś z zimowych
eskapad: – Wyprawa jest jakby dla tej jednej chwili: gdy nocą wychodzisz z
namiotu, by ruszać na szczyt, widzisz przepastne niebo, pełne gwiazd, a gwiazdy
są tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Stoisz tam, wysoko, pod niebem, a gwiazdy
możesz trzymać w dłoniach!

Anna T. Pietraszek

drukuj