W cieniu „Big Brothera”

Kanał religijny grupy ITI

Jesienią tego roku na platformie cyfrowej, której właścicielem jest grupa ITI, uruchomiony zostanie nowy kanał religijny. Szefem kanału będzie ks. Kazimierz Sowa, jego zastępcą zaś ma być Szymon Hołownia. Koncern ITI, właściciel m.in. Grupy TVN i portalu Onet.pl, kupił pakiet mniejszościowy – 49 proc. udziałów w „Tygodniku Powszechnym”. W powstającym projekcie kanału religijnego TVN ma być wykorzystany „opiniotwórczy potencjał” tego pisma…

– Nic lepszego nie mogło się aktualnie polskiemu Kościołowi przydarzyć – miał stwierdzić ks. abp Kazimierz Nycz, metropolita warszawski, na wiadomość o powyższym projekcie. Na łamach „Gazety Wyborczej” 29 kwietnia br. informację taką przekazał ks. Kazimierz Sowa, dodając, że nowej telewizji „kibicuje” również ks. kard. Stanisław Dziwisz. Na pozór wszystko wygląda więc pięknie. W tym miejscu nasuwa się jednak kilka pytań. Najważniejsze brzmi: czym kierują się właściciele ITI, którzy nie kryjąc swoich antykatolickich zapatrywań, inwestują w kanał religijny?

Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Ale sądząc po ofercie programowej np. TVN czy TVN 24, nie są to motywy ewangelizacyjne. Wszak oba kanały nie kryją swego antyklerykalizmu i z lubością prezentują audycje przez wiele środowisk uznane jako demoralizujące. Warto w tym miejscu przypomnieć choćby reality show „Big Brother” emitowane na antenie TVN w czasie poprzedzającym ostatnią pielgrzymkę Jana Pawła II do Ojczyzny…

Jedną z podstawowych cech wielu programów TVN jest niechęć do polskiej tradycji i Kościoła katolickiego. Nietrudno zauważyć, że TVN robi wszystko, aby maksymalnie zdyskredytować Kościół i wartości chrześcijańskie. Jednym z przymiotów jej dziennikarzy w tej kwestii jest niezwykła umiejętność fałszowania prawdy…


Mit obiektywizmu


Grupa ITI (International Trading and Investments Holdings SA Luxembourg) to holding medialny założony w 1984 roku przez Jana Wejcherta i Mariusza Waltera jako jedna z pierwszych prywatnych firm w Polsce. Otrzymała ona od ówczesnych władz koncesję na import sprzętu elektronicznego i rozprowadzanie kaset wideo w Polsce. Jak wiadomo, w tamtych czasach komuniści nie rozdawali takich przywilejów bezinteresownie, a i beneficjenci raczej nie korzystali z nich zupełnie za darmo.

Wróćmy jednak do chwili obecnej. Grupa TVN została uznana za najlepiej zarządzaną firmę – czytamy na stronach internetowych TVN. W TVN nie ma jednak miejsca na obiektywizm i niezależność. Przykładem niech będą wydarzenia z września 2006 roku. Gdy w programie TVN „Teraz my” wyemitowano słynne taśmy Renaty Beger, twórcy programu Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski przedstawieni zostali jako rzetelni i niezależni dziennikarze. Że tak nie jest, okazało się niedługo potem, gdy „Gazeta Polska” napisała, iż sekretarz programowy TVN Milan Subotić był agentem wojskowych specsłużb PRL. Dziennikarze TVN nie byli już niezależni, lecz stali się rzecznikami określonej opcji politycznej. Ich postawę najlepiej zobrazował rzecznik prasowy koncernu ITI Andrzej Sołtysik, który w Programie 3 Polskiego Radia oznajmił: „Stoimy na stanowisku, że Milan Subotić nie kłamie. Kłamie „Gazeta Polska”.” W obronę Suboticia – obok Morozowskiego i Sekielskiego – zaangażowały się takie „gwiazdy” TVN, jak Katarzyna Kolenda-Zaleska, Grzegorz Kajdanowicz czy Grzegorz Miecugow, którzy w podpisanym przez siebie oświadczeniu stwierdzili: „Milan jest człowiekiem bezkompromisowym, uczciwym i rzetelnym, nie ulegającym naciskom. (…) Do czasu ujawnienia całej prawdy nie możemy się jednak godzić na deptanie godności człowieka i egzekucję bez procesu”.

Gdy wkrótce na mocy decyzji ministra obrony narodowej odtajniono dokumenty dotyczące współpracy Milana Suboticia z tajnymi służbami PRL, postawa dziennikarskich „autorytetów” z TVN nie uległa zmianie. Nie dostrzegli nic złego w tym, że ich współpracownik najpierw wysługiwał się służbom totalitarnego państwa, a potem szedł w zaparte, zaprzeczając temu.

Zupełnie inaczej TVN potraktowała ks. abp. Stanisława Wielgusa. Spośród wszystkich stacji telewizyjnych to właśnie TVN stanęła na czele lustracyjnej kohorty. Celem jej zaangażowania w sprawę wbrew pozorom wcale nie było dochodzenie do prawdy, lecz zniszczenie konkretnego człowieka, który nie odpowiadał standardom moralności lansowanej przez TVN i podważenie autorytetu Kościoła. W tym przypadku TVN bez wahania zgodziła się „na deptanie godności człowieka i egzekucję bez procesu”. Na antenie TVN na oczach milionowej społeczności z wyjątkową agresją i pogardą dla ludzkiej godności krzyczano, że nowy metropolita warszawski kłamie, bez żadnych dowodów oskarżając go o czyny, których nigdy nie popełnił.


„Odnowa Kościoła”


Współpraca TVN z „Tygodnikiem Powszechnym” dziwić raczej nie może. Od dłuższego czasu gazeta ta była promowana na stronach należącego do Grupy ITI portalu Onet.pl. Nie tak dawno Grupa ITI zakupiła 49 proc. udziałów w fundacji, która wydaje „Tygodnik Powszechny”. Sympatia do „Tygodnika Powszechnego” widoczna była już wcześniej na antenie TVN, zwłaszcza za sprawą ks. Adama Bonieckiego, uznawanego w TVN za najważniejszy „głos Kościoła”, zwłaszcza w sprawach, które tenże Kościół zaprezentować mogły w jak najgorszym świetle.

„Tygodnik Powszechny” od 1993 roku stał się faktycznie organem prasowym tzw. katolików „otwartych”, których poglądy odbiegają daleko od społecznej nauki Kościoła katolickiego. Celem pisma stała się polityka i to polityka partyjna, sytuująca swe sympatie najpierw w Unii Wolności, tak jak dziś w Platformie Obywatelskiej.

W kwestiach pozapolitycznych „Tygodnik Powszechny” przyjął krytyczną postawę wobec Kościoła katolickiego, przezornie jednak zachowując w tytule przymiotnik „katolicki”, choć mógłby się nazywać zupełnie inaczej, zważywszy choćby na publicystów. Charakteryzując to grono, Ryszard Legutko napisał kiedyś: „Prawdopodobnie określenie „kultura chrześcijańska” spotkałoby się z ich strony z drwiną lub w najlepszym razie z brakiem zrozumienia. Część z nich mogłaby równie dobrze pracować w „Polityce” czy „Wprost”, a niekiedy wręcz wolałaby tam pracować. Jak się okazało, współpraca z „Playboyem” i „Hustlerem” też nie kłóci się w oczach redaktorów ze statusem człowieka „Tygodnika””.

Nadmierna krytyka Kościoła katolickiego w Polsce i marginesowe traktowanie jego spraw wzbudziły niepokój nawet Jana Pawła II, który dał temu wyraz w liście do redaktora naczelnego. Nie zmieniło to jednak postawy redakcji tego pisma. Tak jak linia lansowana niegdyś przez Jerzego Turowicza wychodziła w wielu sprawach naprzeciw oczekiwaniom rządzących w Polsce komunistów, tak linia lansowana przez ks. Adama Bonieckiego wychodzi dziś naprzeciw oczekiwaniom liberałów, którzy pod hasłami tolerancji i praw obywatelskich dążą do usunięcia w cień niewygodnych wartości.

Krytykując Kościół, jako bastion „otwartego” i „oświeconego” katolicyzmu „Tygodnik Powszechny” stał się dla niektórych środowisk idealną płaszczyzną do siania zamętu pod hasłami „odnowy Kościoła”. Należałoby się zastanowić, dlaczego gazeta ta jest wśród katolików tak bardzo promowana… Przypomina to trochę czasy komunizmu. Wtedy było podobnie, gdy redakcja „Tygodnika Powszechnego” przyjęła linię „odnowy Kościoła”. Z pewnością taką też linię będzie prezentować na antenie nowego kanału telewizyjnego…


Kłopoty księdza Sowy


Szefem kanału ma zostać ks. Kazimierz Sowa. Propozycję taką otrzymał od samego Mariusza Waltera, o czym wspomniał w rozmowie z Karolem Brejnakiem na portalu internetowym Klubu Miłośników Dobrych Mediów 31 marca 2007 roku. Ksiądz Kazimierz Sowa pochodzi z okolic Oświęcimia. Ma dwóch braci: jeden jest biznesmenem, drugi – członkiem zarządu województwa małopolskiego z ramienia Platformy Obywatelskiej. Ksiądz Sowa nie ukrywa, że również jego poglądy są najbliższe PO. Karierę dziennikarską zaczął w „Arce”, potem był „Czas Krakowski”, „Gość Niedzielny” i Radio Mariackie. Gdy to ostatnie stało się częścią ogólnopolskiego Radia Plus, został dyrektorem tej stacji, a potem całej sieci.

Jako prezes ogólnopolskiej sieci Radia Plus ks. Kazimierz Sowa doprowadził tę rozgłośnię do niemałych kłopoty. Gdy spółka Radia Plus znalazła się w likwidacji, ks. Sowa – jako jej likwidator – sprzedał logo Plusa należącej do grupy CR Media spółce Ad.point bez zgody współwłaściciela Radia, czyli Konferencji Episkopatu Polski. Nawiasem mówiąc, CR Media to ta sama spółka, którą radiowcom jako partnera polecał główny rozgrywający Sojuszu Lewicy Demokratycznej na rynku mediów Włodzimierz Czarzasty. Korzystając z jego oferty, ks. Sowa rozpoczął współpracę z nowym inwestorem jeszcze przed tym, zanim zdecydowali się na nią dyrektorzy 21 diecezjalnych rozgłośni tworzących sieć Radia Plus. Jako osoba prywatna w marcu 2005 roku założył spółkę Radio Plus Polska, gdzie objął 12 udziałów o wartości 6 tys. złotych i stanowisko prezesa. Współzałożycielem i większościowym udziałowcem nowej spółki została Ad.point, przejmując 88 proc. jej udziałów. Współpraca nie trwała jednak długo. Założeniu spółki z CR Media sprzeciwił się ks. kard. Franciszek Macharski, oddelegowany przez Episkopat do nadzorowania sieci Radia Plus. Ówczesny metropolita krakowski nie wydał zgody na to przedsięwzięcie ks. Sowie, dzięki czemu ten ostatni musiał wycofać się z prywatnego biznesu.

Na początku bieżącego roku ks. Kazimierz Sowa dał się poznać jako jeden z „ekspertów” w sprawie ks. abp. Stanisława Wielgusa. 4 stycznia bieżącego roku na antenie Radia Zet to on wespół z Moniką Olejnik oceniał ks. abp. Stanisława Wielgusa. 8 stycznia br. roku w emitowanym na antenie TVN 24 programie „24 godziny” ks. Kazimierz Sowa stwierdził, że doszło do uchybień w procedurach wybierania metropolity warszawskiego. – Osoby, które są odpowiedzialne za te nieprawidłowości, powinny jak najszybciej zostać pociągnięte do odpowiedzialności – podkreślał z prokuratorskim zacięciem.

Jako dowód manipulacji ks. Sowy niech wystarczy na razie ten jeden przykład. Otóż ks. Sowa chyba niewiele wiedział o procedurach wyboru ks. abp. Stanisława Wielgusa na nowego metropolitę warszawskiego, a jeśli tak, to mówienie o czymś, o czym się niewiele wie, było nadużyciem. Jeżeli nawet ks. Sowa posiadał wiedzę na temat przebiegu procedury tego wyboru, to mówił nieprawdę, ponieważ do żadnych uchybień nie doszło. Aby się o tym przekonać, wystarczyłoby ks. Sowie zadać pytanie, by wskazał choć jedno z tych „uchybień” czy „nieprawidłowości”, a z pewnością miałby duże problemy z jasną i konkretną odpowiedzią…

Sebastian Karczewski
drukuj