– Tygodniowy przegląd mediów – Meandry misji publicznych
– „Ameryka daje nam swoje wojsko” – ogłosiła na pierwszej stronie
poniedziałkowa „Gazeta Wyborcza”. Nie pierwszy raz na łamach tego pisma tytuł
miał niewiele wspólnego z rzeczywistością. Zawarto pod nim informację o tym, że
w najbliższym czasie polski kontyngent w Afganistanie ma wzmocnić około tysiąca
żołnierzy z amerykańskiej 101. Dywizji Powietrzno-Desantowej. Nikt jednak nie
wspomina, że polski kontyngent w Afganistanie to z kolei nasze wojsko oddane do
realizacji amerykańskich interesów w tym regionie świata zabezpieczanych nazwą
„wojny z terroryzmem”, propagowanej jako pewien rodzaj misji publicznej
koniecznej do zbawienia świata. Sukces tego przedsięwzięcia zależy w dużym
stopniu również od określonej propagandy, która – jak widać na przykładzie
„Gazety Wyborczej” – nie zawaha się przed wbijaniem czytelnikom w mózgi
abstrakcyjnych twierdzeń, dalekich od rzeczywistości.
„Można mówić, że Amerykanie będą podlegać polskim dowódcom, ale w
rzeczywistości będą niezależni. A wszystko, co się będzie wiązać z ich
obecnością, pójdzie na nasze konto, bo to my odpowiadamy za strefę” – ostrzegł
na łamach wtorkowej „Rzeczpospolitej” gen. Stanisław Koziej. Wnioski nasuwają
się same…
– „Biurokracja zje dotacje” – alarmował na pierwszej stronie poniedziałkowy
„Dziennik”. Chodzi oczywiście o dotacje z Unii Europejskiej, które nauczono nas
postrzegać jako coś w rodzaju szlachetnej misji tej organizacji, a które Polska
ma otrzymać na zwiększenie szkolenia i zatrudnienia. „Blisko jedna trzecia
dofinansowania z UE jest przeznaczana nie dla bezrobotnych, starszych
pracowników chcących podnosić kwalifikacje czy tych, którzy chcą założyć firmy,
ale na zarządzanie projektami”, czyli – jak zwraca uwagę gazeta – na firmy
szkoleniowe, które „zawyżają bezkarnie swoje koszty”, wyłudzając w ten sposób
swoje zyski, mimo iż unijne projekty szkoleniowe zysków nie przewidują. No cóż,
śledząc działalność unijnych biurokratów najwyższych szczebli, trzeba było być
doprawdy naiwnym, by wierzyć tym wszystkim, którzy wcale nie tak dawno głosili,
że tylko przystąpienie do Unii Europejskiej pomoże uzdrowić chorą machinę naszej
biurokracji. Jest wręcz odwrotnie…
– Chyba nie można być zdziwionym, gdy na łamach środowego „Dziennika”
Wolfgang Muenchau, publicysta „Financial Times”, przewiduje nawet rychły upadek
unii walutowej opartej na fundamencie uważanego dotąd za wszechmogące euro…
Może zatem wypada się jednak zastanowić nad gorliwością, z jaką niektórzy nasi
politycy usiłują nas do niej jak najszybciej wcisnąć?
– „TVP twierdzi, że na realizację misji wydała w ubiegłym roku wszystko, co
zarobiła na reklamach i dostała z abonamentu” – napisała na łamach wtorkowego
„Dziennika” Anna Nalewajk. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że chodzi o „misję
mediów publicznych”, na którą – według definicji – składa się pakiet zadań,
które tzw. nadawcy publiczni realizują na rzecz społeczeństwa i jego rozwoju,
przede wszystkim poprzez propagowanie wartości etycznych, artystycznych i
intelektualnych jak najszerszej widowni. Autorka, powołując się na specjalistów
z branży medioznawstwa, podaje jednak w wątpliwość opublikowane coroczne
sprawozdanie z wykorzystania abonamentu, które TVP przekazuje do KRRiT. Wydaje
się to uzasadnione, zważywszy na fakt, że – jak zaznaczyła pani Nalewajk – „TVP
tradycyjnie nie ujawnia kosztów produkcji poszczególnych tytułów, szczególnie
jeśli chodzi o seriale i programy rozrywkowe”. Ciekawe na przykład, czy nadawany
przez Program 2 TVP program rozrywkowy „Gwiazdy tańczą na lodzie” z Dorotą
Rabczewską w składzie jury również wyemitowano w ramach misji publicznej? Trudno
bowiem uznać za propagowanie wartości etycznych, artystycznych czy
intelektualnych zachowanie podczas tego programu „artystki” zwanej Dodą, które
nawet Komisja Etyki TVP oceniła jako „wulgarne” i „obsceniczne”. Choć z
pewnością niemałe skądinąd honoraria dla wyżej wspomnianej wydatkowano w ramach
misji publicznej…
Sebastian Karczewski
