Trylogia apokaliptyczna Juana Donosa Cortésa
Kim był Juan Francisco María de la Salud Donoso Cortés y Fernández Canedo
(1809-1853), potomek znakomitej rodziny z Estremadury, która do grona swoich
przodków zaliczała konkwistadora Meksyku Hernana Cortésa? Przede wszystkim
jednym z głównych aktorów polityki hiszpańskiej swojej epoki. Choć zrazu
rozpoczął karierę akademicką, już w 1832 r. przeszedł do polityki czynnej,
wezwany przez króla Ferdynanda VII, który przeczytał jego "Memoriał o
monarchii". W monarchii konstytucyjnej, ustanowionej w Hiszpanii w 1834 r., był
najpierw wysokim urzędnikiem, a od 1837 r. deputowanym. Od 1845 r. zasiadał w
Senacie i w Radzie Królewskiej. Otrzymał tytuł wicehrabiego del Valle, a w 1847
r. markiza de Valdegamas, zostając również Grandem Hiszpanii. Następne lata
życia pełnił służbę dyplomatyczną, najpierw jako ambasador w Berlinie, a
następnie w Paryżu: tam też, chory na serce, zmarł w wieku zaledwie 44 lat.
Atoli Donoso Cortés był nie tylko czynnym i wybitnym politykiem, lecz również
genialnym pisarzem, mówcą i myślicielem, którego dzieła przyniosły mu zaszczytne
miano jednego z "Doktorów Kontrrewolucji".
Zdusić w sobie liberała
Aby zrozumieć sens przełomu religijnego – i jego skutki – w życiu Donosa, musimy
zwrócić uwagę na ideowo-filozoficzny wymiar jego wcześniejszej aktywności. Choć
jego dom rodzinny był katolicki, jego prywatnym preceptorem był czołowy
przedstawiciel hiszpańskiego oświecenia i russoista – poeta Manuel José Quintana.
Duch ten uległ jeszcze wzmożeniu na studiach, kiedy Donoso Cortés stał się
zwolennikiem koncepcji tzw. doktrynerów reprezentujących ówczesną francuską myśl
liberalną. Jego czynne życie polityczne też było związane z obozem liberalnym. W
obozie tym od początku wprawdzie zajmował miejsce na jego prawicy, czyli tzw.
moderados ("umiarkowanych"), z których później wyłoniła się Partia
Konserwatywna, walczących z jakobińskimi exaltados, niemniej cały czas był to
liberalizm.
Rozumiemy teraz, dlaczego nawrócony już Donoso samooskarża się o to, że wiara
jego była martwa i nie przewodniczyła jego uczynkom. Rzecz w tym, że wierzył i
czuł jak katolik, ale myślał, żył i działał na niwie publicznej jak liberał – to
znaczy tak, jakby Boga nie było. Dlatego nawrócenie było wyciągnięciem
definitywnych wniosków z niemożności pogodzenia tej aporii; zrozumieniem, iż w
jego duszy musi umrzeć "człowiek stary" – liberał, i narodzić się "człowiek
nowy" – katolik integralny. To kategoryczne "albo – albo", o czym zresztą Donoso
lojalnie powiadomił swoich dawnych przyjaciół, pisząc w liście do "El Heraldo":
"Między zasadami, które były moimi…, a zasadami, które wyznaję teraz, zachodzi
sprzeczność zupełna, wstręt niezwyciężony".
Katolicka Kasandra
Kto wie, czy ta metanoja zaowocowałaby także wypracowaniem kosmowizji
historiozoficznej i politycznej, gdyby niedługo potem Europą nie wstrząsnęły
traumatyczne, a w pewnych przejawach wręcz bestialskie, wydarzenia rewolucji z
lat 1848-1849, które ci, co piszą historię, każą nam nazywać poetycznie "Wiosną
Ludów". Co szczególnie istotne, była to pierwsza rewolucja, w której na widownię
dziejów wystąpił już także (począwszy od paryskiego czerwca ´48) pod czerwonym
sztandarem komunizm. Apokaliptyczną kulminacją tej rewolucji było opanowanie
przez włoskich masonów i karbonariuszy papieskiego Rzymu, wygnanie Papieża Piusa
IX, ustanowienie tam antykatolickiej republiki i przerażające orgie odbywane w
Bazylice św. Piotra.
Rewolucje tego okresu zostały, jak wiadomo, ostatecznie odepchnięte (właśnie
tak, bo świadomie nie piszemy "pokonane") przez siły Starego Porządku. Donoso
Cortés nie był jednak trębaczem zwycięstwa. Patrząc głębiej i dalej niż
większość jego współczesnych, dostrzegł, że to tylko zapowiedź wydarzeń jeszcze
potworniejszych, które ostatecznie doprowadzą cywilizację europejską do stanu,
który w bliższych nam czasach inny znakomity pisarz – Emil M. Cioran, skwituje
lapidarnie słowami: "Europa – zgnilizna, która ładnie pachnie, uperfumowany
trup". Odpowiedzią Donosa na te wydarzenia były trzy wielkie mowy wygłoszone w
hiszpańskich Kortezach: 4 stycznia 1849 r. – "Mowa o dyktaturze" ("Discurso
sobre la dictadura"), 31 stycznia 1850 r. – "Mowa o ogólnym położeniu w Europie"
("Discurso sobre la situación general en Europa") i 30 grudnia 1850 r. – "Mowa o
położeniu Hiszpanii" ("Discurso sobre la situación de Espa-a"). Wywarły one
piorunujące wrażenie w Europie: kanclerz Metternich, po przeczytaniu drugiej z
nich, oznajmił, że jedyne, co pozostaje każdemu piszącemu, to samemu złamać
pióro. Te trzy mowy, należące do arcydzieł powszechnej literatury retorycznej,
tworzą – jak to nazwali historycy – "trylogię apokaliptyczną", odsłaniającą
proroczo przyszły bieg dziejów.
Dwa termometry
Jeśli pominąć tu – co, niestety, konieczne – całe bogactwo analityczne "Mowy o
dyktaturze" – to możemy od razu wskazać zasadniczy punkt widzenia, z którego
Donoso Cortés rozpatruje "całokształt strasznych zdarzeń ludzkich", czyli jedyny
prawdziwy punkt widzenia: "z wyżyn katolickich". Punkt ten wyraża metaforą
"dwóch termometrów", na których można zbadać każdorazowo wpływ dwóch jedynych
"wędzideł" na problematyczną, czyli skażoną grzechem, naturę ludzką: są to
"termometr religijny i termometr polityczny". Na pierwszym możemy badać poziom
religijności w społeczeństwie, tym samym więc stopień "represji", jakimi zasady
religijno-moralne zdolne są powściągać człowieka w czynieniu zła. Na drugim
możemy zidentyfikować, jak daleko sięga represyjna siła władzy politycznej, tym
samym zaś w ogóle jak silna jest ta władza. Prawo, które w ten sposób odkrywa
mówca, jest następujące: poziomy "temperatury" religijnej i politycznej są do
siebie odwrotnie proporcjonalne. Zawsze im wyższy jest poziom słupka rtęci na
termometrze religijnym, tym niższy jest na termometrze politycznym; im większa
pobożność, tym słabsza i ledwie widoczna władza cywilna. I odwrotnie: im
bardziej słabnie religijność, tym bardziej wzrasta represja polityczna.
Paralelizm ten można prześledzić w całej ludzkiej historii. Dzieje
najwcześniejsze, od Upadku, stanowią nieprzerwany ciąg despotyzmu, represji
wyłącznie politycznej. Wcielenie Syna Bożego oznacza najbardziej radykalny
przeskok: ustanowiona przez Boskiego Założyciela chrześcijaństwa wspólnota
apostołów była jedynym w historii społeczeństwem, które istniało bez rządu. Tam,
gdzie nie ma innej władzy, jak miłość Mistrza do uczniów i uczniów do Mistrza
(gdzie zatem słupek rtęci na termometrze religijnym osiąga punkt ekstremum),
słupek rtęci na termometrze politycznym opada do zera. Wolność w miłości jest
absolutna, wędzidło polityczne jest zbędne. Już jednak w tej samej wspólnocie
apostolskiej po Wniebowstąpieniu słupek na termometrze politycznym musiał lekko
choćby drgnąć: nie ma ona jeszcze wprawdzie rządu w ścisłym znaczeniu, ale
konieczny jest jego zalążek: sędziowie arbitrzy i "przyjaźni rozjemcy". Gdy
chrześcijaństwo ogarnia coraz większe rzesze ludzi, gdy wreszcie poddają się mu
narody i państwa, słupek ów ciągle, acz jeszcze powoli, podnosi się. Przychodzi
epoka feudalna, kiedy jako lekarstwo na ludzkie namiętności pojawia się potrzeba
realnego rządu, toteż powstaje monarchia feudalna. Jest to jednak najsłabsza,
najbardziej ograniczona co do zakresu swojej władzy monarchia w historii,
ponieważ wciąż jeszcze kwitnie religijność i w większości wypadków na
uśmierzenie namiętności wystarczy wędzidło religijne.
Sytuacja zmienia się diametralnie wraz ze świtem nowożytności. Religijna
rewolucja protestantyzmu pociąga za sobą błyskawicznie emancypację
intelektualną, moralną, społeczną i polityczną ludów od Kościoła. Słupek rtęci
na termometrze religijnym opada odtąd skokowo. Tym samym systematycznie idzie w
górę na termometrze politycznym. W mgnieniu oka słabe monarchie feudalne
zamieniają się w monarchie absolutne. Rychło okazuje się, że nowożytne państwo
potrzebuje "miliona ramion" – czyli stałych armii ("niewolników w mundurach"),
zaraz potem "miliona oczu" – policji, i "miliona uszu" – zcentralizowanej
administracji; wreszcie zapragnie być w jednym czasie w każdym miejscu –
wynaleziono więc telegraf. Państwo nowożytne zyskuje środki techniczne, o
których nie mogły nawet marzyć tyranie starożytne. Nie mają przeszkód
fizycznych, bo odkąd są statki parowe i koleje żelazne, nie ma granic; nie mają
przeszkód moralnych, bo wskutek rozłamu religijnego "dusze są podzielone", a
patriotyzmy też są martwe. Świat zmierza ku ustanowieniu największego i
najbardziej niszczącego despotyzmu, jakiego nikt jeszcze nie widział. Stanie się
tak, kiedy cała ta maszyneria nowoczesności wpadnie w ręce "sił inwazyjnych"
rewolucji, które – jako ateistyczne programowo – są despotyzmem czystym już w
swojej ideologii i zamiarach, a staną się nim w praktyce po pokonaniu wszelkich
sił oporu, których zresztą nie widać. Rewolucja bowiem to continuum: formuła
rewolucji socjalistycznej: "będziecie jak bogaci", wyrasta z formuły rewolucji
burżuazyjnej: "będziecie jak szlachcice", a ta ma swoje ostateczne źródło w
rebelii podkuszonego przez szatana pierwszego człowieka: "będziecie jak
bogowie".
Dyktatura szabli
Czy katastrofa jest do uniknięcia? Donoso Cortés rozważa dwie nasuwające się
możliwości. Pierwszą i najbardziej pożądaną byłaby wielka, powszechna,
ozdrowieńcza reakcja religijna – dziś powiedzielibyśmy "nowa ewangelizacja".
Niestety, mówiąc to "z najgłębszym smutkiem", Donoso nie uważa jej obecnie za
prawdopodobną, ponieważ: "Widziałem (…) i poznałem wiele jednostek, które
odeszły od wiary i powróciły do niej; na nieszczęście (…) nie widziałem nigdy
żadnego ludu, który by powrócił do wiary po jej uprzednim opuszczeniu".
Pozostaje zatem tylko drugie wyjście, którego kontrowersyjności autor jest
dobrze świadom, niemniej nie cofa się przed dowiedzeniem jego niezbędności. To
wyjście to właśnie dyktatura. A co z wolnością? Otóż, wolność już nie istnieje,
została zamordowana przez tych, którzy najgłośniej o niej krzyczą, albowiem
jedyna prawdziwa wolność to wolność chrześcijańska, wolność w miłości i od
grzechu; "wolność" natomiast proklamowana przez siewców rewolucji oznacza
"prawo" do szerzenia nienawiści i grzeszenia. Wyczerpane są również wszelkie
legalne środki oporu: nietykalność "nietykalnych królów" jest nieustannie
gwałcona, "odpowiedzialni" ministrowie konstytucyjni za nic nie odpowiadają,
"uprawnione" większości parlamentarne zawsze są pokonywane przez nieuprawnione i
niespokojne mniejszości. Nie istnieje już wybór między wolnością a dyktaturą,
istnieje tylko wybór pomiędzy dyktaturą rewolucyjną a dyktaturą porządku,
dyktaturą "z dołu" a dyktaturą "z góry": "Ja – mówi Donoso – wybieram tę, która
przychodzi z góry, ponieważ pochodzi z rejonów czystszych i jaśniejszych; chodzi
o wybór, w końcu, pomiędzy dyktaturą sztyletu i dyktaturą szabli: ja wybieram
dyktaturę szabli, gdyż jest bardziej szlachetna".
Czy dyktatura proponowana przez Donosa Cortésa ma być rozwiązaniem trwałym i
ostatecznym? Budzi to spory wśród jego komentatorów, wydaje się jednak, że nie,
że jest to rozwiązanie nagląco potrzebne, jedyne w dramatycznej sytuacji, ale
jednak tymczasowe i "okazjonalne". Główny argument za taką interpretacją
znajduje się w przywołanym przez samego autora teologicznym uzasadnieniu
dyktatury "w porządku boskim". Wszechświat, jak przypomina Donoso, jest
zwyczajnie rządzony przez Boga za pomocą nadanych przez niego praw naturalnych,
a zatem – można powiedzieć – w sposób "konstytucyjny". Jeśli jednak zasadniczo
Bóg rządzi światem jako Prawodawca, który wykonywanie tych praw pozostawił
"egzekutywie" fizycznej i ludzkiej, to jednak Bóg czasami manifestuje swoją
suwerenną wolę wprost, jasno i wyraźnie, nawet łamiąc czy zawieszając
ustanowione przez siebie samego prawa i zakłócając naturalny bieg rzeczy, czyli
działając w sposób "dyktatorski". Religia nazywa owo zawieszenie cudem;
analogicznie zatem dyktatura ludzka jest jedynie zawieszeniem zwyczajnego,
"konstytucyjnego" biegu rzeczy.
Przeciwko ekonomizmowi
Bardzo znaczącym punktem wyjścia drugiej z mów (o Europie) Donosa Cortésa jest
podważenie przezeń (pozornego) aksjomatu, który właśnie wtedy zaczął szerzyć się
pośród polityków – i to bez różnicy, konserwatywnych czy postępowych – o
nadrzędności kwestii ekonomicznych w polityce. Tymczasem żaden człowiek
"kolosalnej postury" (Donoso przywołuje tu Mojżesza, Karola Wielkiego i
Napoleona) "nie ufundował swojej chwały na prawdzie ekonomicznej; wszyscy oni
ufundowali narody na bazie prawdy społecznej, na bazie prawdy religijnej". Nie
chodzi, rzecz jasna, o to, aby lekceważyć kwestie ekonomiczne, trzeba natomiast
widzieć je we właściwej skali. Innymi słowy, Donoso sprzeciwia się temu
swoistemu "mesjanizmowi" ekonomicznemu, który dzisiaj występuje pod hasłami
typu: "Po pierwsze, gospodarka!" czy "Gospodarka, głupku!", wszystko inne zaś
traktuje jako "kwestie zastępcze". Naprawdę rzeczy mają się dokładnie odwrotnie:
kwestie ekonomiczne są trzecio- lub czwartorzędne, a polityka nie może poddawać
się dyktatowi żadnej ideologii ekonomicznej – czy to liberalnej, czy
socjalistycznej. Ten ostatni argument celuje nawet bardziej w mentalność
liberałów, którzy głoszą, że danie prymatu ekonomii ma być sposobem na pokonanie
socjalizmu. Lecz czymże – pyta Donoso – jest socjalizm, jeśli nie sektą
ekonomiczną, "małą żmiją", która zaraz po narodzeniu odłączyła się od swojej
matki, czyli liberalnej ekonomii politycznej? Socjalizmu nie można zwalczyć,
zastępując jeden materialistyczny ekonomizm drugim, lecz tylko uciekając się do
religii, która bogatym nakazuje dobroczynne miłosierdzie, a biednym cierpliwą
uległość (należy pamiętać, że Donoso nie wiedział jeszcze, iż Magisterium
społeczne, nie przecząc miłosierdziu, dowartościuje też, począwszy od "Rerum
novarum", zasadę sprawiedliwości).
Kwestia polityczna kwestią religijną
Powierzchowność pomysłów na uzdrowienie Europy bierze się, zdaniem Donosa
Cortésa, z zapoznania prawdy podstawowej: tego, iż złem, które trapi Europę i
świat, jest zaniknięcie idei władzy – władzy Boskiej nad światem i władzy
ludzkiej w świecie – wskutek czego ludzie stali się niezdolni do bycia
rządzonymi. Tę prawdę zauważa się jedynie – ale się jej nie rozumie – w
pojedynczych, a trudnych do wytłumaczenia fenomenach społecznych, jak na
przykład w tym, dlaczego Francja, w której trudno uświadczyć prawdziwego
republikanina, stała się republiką? Otóż, wytłumaczenie jest proste:
zdemoralizowani nieustannymi rewolucjami Francuzi stali się niezdolni do bycia
rządzonymi, a w narodach, którymi nie da się rządzić, rząd musi przybrać formę
republikańską.
Polityczne uzdrowienie może się zatem dokonać wyłącznie dzięki "odpomnieniu"
prawdy podstawowej o koniecznym i nierozerwalnym związku pomiędzy kwestią
polityczną a kwestią religijną. Związek ten autor unaocznia, dokonując
rozpoznania i porównania dwóch odmian (a historycznie – faz) cywilizacji.
Pierwsza jest afirmatywna i w ścisłym sensie progresywna i jest nią "cywilizacja
katolicka". Druga jest negatywna i dekadencka, a jest nią "cywilizacja
rewolucyjna". Cywilizacja katolicka wspiera się na trzech afirmacjach w sferze
religijnej: 1) istnieje osobowy Bóg, obecny wszędzie; 2) jest On władcą
wszechrzeczy ("nieba i ziemi"); 3) jako taki, rządzi również sprawami ludzkimi.
Tym trzem twierdzeniom odpowiadają również trzy w sferze politycznej: 1)
istnieje król, obecny poprzez swoich namiestników wszędzie; 2) króluje on nad
poddanymi w królestwie; 3) jako taki rządzi nimi. Tym afirmacjom odpowiadają – w
obu sferach: religijnej i politycznej – kolejne negacje cywilizacji
rewolucyjnej. Negacja pierwsza to deizm religijny, który przeczy Boskiej
Opatrzności, gdyż Bóg, znajdując się tak wysoko, nie może zajmować się sprawami
ludzkimi; na planie politycznym odpowiada to promowanej przez liberalizm
postępowej monarchii konstytucyjnej, w której król istnieje i "panuje", ale już
nie rządzi. Następnie przychodzi negacja druga: po deiście pojawia się
panteista, który przeczy osobowemu istnieniu Boga, utożsamiając Go ze wszystkim,
co istnieje, a osobliwie z ludzkością; panteiście odpowiada republikanin, który
również neguje osobowy charakter władzy, identyfikując władzę z mnogością ludu,
wyrażoną powszechnym prawem wyborczym. Lecz oto pojawia się trzecia i ostateczna
– bo innej już być nie może – negacja. Po deiście i panteiście przychodzi
ateista, który oznajmia: Bóg nie istnieje, jest urojeniem człowieka, a w tej
samej chwili przychodzi anarchista, który powiada: nie ma władzy, wszelka władza
jest zbrodnią i uzurpacją. Europa – konkluduje Donoso – tkwi dzisiaj w drugiej
negacji, a zmierza ku trzeciej.
Socjalizm i Rosja
Tym stanem, ku któremu zmierza zrewolucjonizowany świat, jest socjalizm. A czym
jest socjalizm? Niczym władca Babilonu – "królem i bestią jednocześnie". Jakim
sposobem jednak socjalizm zawładnie światem? Obecnie jego "papieże i
nauczyciele" są w Niemczech, uczniowie we Francji, fanatyczni wyznawcy we
Włoszech. Wbrew temu jednak wzrok Donosa pada na kraj, którego wówczas nikt z
socjalizmem nie kojarzył – przeciwnie, zdawał się on być "ostoją reakcji" –
czyli na Rosję. Póki co (rok 1850!), powiada Donoso, Rosja nie zagraża Europie.
Może jednak stać się śmiertelnym zagrożeniem, jeżeli zajdą i tam, i w Europie
jednocześnie trzy procesy. Po pierwsze, jeżeli rewolucja zdemoralizuje i rozbije
armie. Po drugie, jeśli socjalizm, ograbiając posiadaczy, uśmierci w ludziach
patriotyzm. Po trzecie wreszcie, jeśli Rosja podporządkuje sobie całą
Słowiańszczyznę. Trudno nie zauważyć dokładnego wypełnienia się tej przepowiedni
u schyłku pierwszej wielkiej rzezi narodów europejskich. Donoso ujrzał w
proroczej wizji Rady Delegatów Robotniczych, Żołnierskich i Włościańskich oraz
marsz Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej pod hasłem "Dawaj Jewropu!".
Kapłan i żołnierz
I w tej mowie powraca pytanie, czy cokolwiek może uratować świat przed
socjalistycznym nihilizmem i despotyzmem? Tak, ale wyłącznie to, co jest jego
całkowitym przeciwieństwem, a takim absolutnym przeciwieństwem jest tylko
katolicyzm. Jeśli socjalizm jest "pychą i barbarzyństwem", to katolicyzm jest
"mądrością i pokorą". Chrześcijaństwo ucywilizowało świat, ucząc go idei
nienaruszalności autorytetu, świętości posłuszeństwa i boskości ofiary, i tylko
ono może go ocalić, mając za narzędzie dwa typy ludzkie: kapłana i żołnierza –
obu żyjących nie dla siebie, lecz dla swoich braci i sióstr. Jeden i drugi są
powołani do tego, by w razie potrzeby oddać w ofierze swoje życie: pierwszy dla
niepodległości społeczeństwa religijnego, drugi dla niepodległości społeczeństwa
świeckiego. "Jeśli rozważycie szorstkość życia kapłańskiego, duchowieństwo zda
się wam prawdziwym wojskiem. Jeśli rozważycie świętość urzędu wojskowego, wojsko
wyda się wam niemal prawdziwym duchowieństwem".
Umierająca Hiszpania
Ostatnia z mów Donosa Cortésa skoncentrowana jest na dramatycznych dylematach
jego ojczyzny, których przybliżanie wymagałoby zbyt wiele miejsca. W każdym
razie skalę dekadencji obrazuje całkowite przeciwieństwo współczesnej Hiszpanii
względem tego, co było jej symbolem jako monarchii katolickiej, jako narodu
stworzonego przez Kościół i uformowanego przezeń, aby nieść pomoc biednym i
potrzebującym – Eskurialu Filipa II, jedynego w swoim rodzaju miejsca, będącego
jednocześnie pałacem, grobowcem i klasztorem. Jednak i w tej mowie jej myśli
przewodnie mają wydźwięk uniwersalny. Stanowiąc z jednej strony kodę wątków
podjętych w dwu poprzednich mowach, z drugiej strony wprowadza ona w zalążkowej
postaci temat konfrontacji katolicyzmu z "fałszywymi bogami" ideologii
nowoczesnych: liberalizmu i socjalizmu, rozwinięty wspaniale w opus magnum tego
autora z 1851 roku: "Szkic o katolicyzmie, liberalizmie i socjalizmie". To
monumentalna symfonia, do której omawiana tu "trylogia apokaliptyczna" stanowi
jakby trzy uwertury.
Prof. Jacek Bartyzel
filozof polityki Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
