Ten rząd boi się wartości
Z Małgorzatą Wassermann, córką ministra Zbigniewa
Wassermanna, który zginął w katastrofie polskiego samolotu rządowego pod
Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku, rozmawia Agnieszka Żurek.
Od katastrofy smoleńskiej minęły dwa lata. Co w tym czasie okazało
się dla Pani najtrudniejsze?
– Trzeba tu oddzielić sferę prywatną od publicznej. W sferze prywatnej takiego
rodzaju wydarzenia nie da się oczywiście z niczym porównać. Natomiast jeżeli
chodzi o sposób wyjaśniania tej katastrofy przez osoby odpowiedzialne za nasze
państwo, mamy do czynienia z całkowitym ignorowaniem tej sprawy przez polski
rząd i z mozolnym odkłamywaniem przez rodziny nieprawd, które przez te dwa lata
podawano w mediach. Uważam, że kłamstwa, którymi się nas od początku karmi, są
celowo produkowane. Chodzi po pierwsze o to, żeby w opinii publicznej utrwalić
nieprawdziwy przebieg tego zdarzenia, a po drugie, zmęczyć społeczeństwo tak,
żeby nie było ono już w żaden sposób wrażliwe na ten temat. Myślę, że to
ostatnie się udało. Jest to, moim zdaniem, największy grzech, jaki popełniono w
tej sprawie. Liczę jednak na to, że pamięć ludzka i historia będzie sprawiedliwa
i że z czasem uda się nie tylko wyjaśnić przyczyny katastrofy, ale przede
wszystkim w odpowiedni sposób potraktować tych ludzi, którzy celowo działali po
to, żeby wywołać w społeczeństwie określony obraz tego wydarzenia.
Które z kłamstw wymieniłaby Pani jako najbardziej jaskrawe i najczęściej
powtarzane?
– Podstawowa kwestia to rozpowszechniana już kilka minut po katastrofie teza o
winie pilotów, forsowana na siłę – na początku mimo braku jakiejkolwiek wiedzy,
a po jakimś czasie także wbrew uzyskanej wiedzy i wbrew logice. Powstała cała
grupa pseudoekspertów, którzy pisali na ten temat książki i chętnie wypowiadali
się w środkach masowego przekazu. Zawsze mnie dziwiło, że osoby, które nie mają
– a przynajmniej nie powinny mieć – dostępu do materiałów komisji zajmującej się
wyjaśnianiem przyczyn katastrofy czy też do akt prokuratury, z taką łatwością
formułowały tezy, o których dzisiaj wszyscy wiemy, że były one nieprawdziwe. W
związku z ekshumacjami śp. Przemysława Gosiewskiego i śp. Janusza Kurtyki
wielokrotnie byłam pytana, po co to wszystko i co to ma dać. Odpowiadałam wtedy
jasno: "Nie chcecie wiedzieć o niczym, co mogłoby podważyć z góry podaną wam
tezę". W normalnym postępowaniu przygotowawczym najpierw przeprowadza się
wszystkie dowody, a dopiero później stawia tezę. Tutaj natomiast wykonano ogrom
pracy po to tylko, żeby odwrócić tę normalną kolejność. Toczymy straszną walkę o
to, żeby nadać normalny bieg postępowaniu.
Walka toczy się zatem o podstawowe reguły.
– Tak, to jest walka o podstawowe reguły, jakimi rządzi się proces karny, i
podstawowe zasady stosowane w wyjaśnianiu różnego rodzaju katastrof. To nie do
wiary, że w XXI wieku w Europie coś takiego może się wydarzyć, że dzieje się to
na oczach całego świata i że można jeszcze wmówić społeczeństwu, że wszystko
jest w porządku.
Pani wniosek o ekshumację ciała ojca z pewnością dodał odwagi pozostałym
rodzinom ofiar katastrofy.
– Trzeba pamiętać, że prokuratura wykonuje czynności ekshumacyjne z urzędu.
Można jedynie jej sygnalizować, żeby wykonała tę czynność. Muszę powiedzieć, że
stoczyłam ogromną walkę, żeby doprowadzić do tak oczywistej czynności, jaką jest
przeprowadzenie sekcji zwłok.
O czym mówią wyniki ekshumacji?
– Nadal czekam na opinię uzupełniającą, ale już częściowe wyniki, które
otrzymaliśmy, mówią w sposób niebudzący wątpliwości, że Rosjanie w ogromnej
części fałszują dokumentację, którą do nas przysyłają. Zdecydowanie łatwiej
policzyć to, co się zgadza z dokumentacją rosyjską, niż to, co się z nią nie
zgadza.
Prokuratura nadal bada wątek uruchomienia przez Pani ojca telefonu
komórkowego na pokładzie samolotu?
– Tak. Nie mam jeszcze odpowiedzi w tej sprawie.
Panią, jako prawnika, ta sytuacja musi szczególnie boleć, bo ma Pani
świadomość, jak to śledztwo powinno wyglądać.
– Tak, mam taką świadomość, ale przez te dwa lata nauczyłam się, że zupełnie nie
należy oglądać się na to, co mówią inni, ale konsekwentnie, krok po kroku,
walczyć o sprawy, które wydają się istotne, w sposób procesowy i profesjonalny.
W śledztwie dużą rolę odegrał między innymi "Nasz Dziennik". Inaczej opinia
publiczna nie miałaby możliwości uzyskania wiedzy na ten temat. My, rodziny,
jesteśmy związani tajemnicą śledztwa. W przypadku niektórych dokumentów ta
tajemnica jest podwójna, ponieważ są one oklauzulowane i znajdują się w
kancelarii tajnej. To powoduje, że nie mogę udostępnić opinii publicznej tej
wiedzy, jaką chciałabym przekazać, jeśli wcześniej prokuratura bądź państwo nie
pozyskacie jej z innych źródeł.
Rodziny mają związane ręce.
– Dokładnie tak. Staram się jednak wykazać pewne rzeczy procesowo. Inaczej nie
sposób o tych sprawach się dowiedzieć. Początkowo wszyscy gorączkowo
reagowaliśmy na przekazywane opinii publicznej informacje. Po pewnym czasie
przyjęłam jednak metodę spokojnego reagowania na pojawiające się kłamstwa i
skupienia się na tym, w jaki sposób je obnażyć. Kłamstw było już tak dużo, że
chyba została przekroczona jakaś granica – teraz reaguję na nie spokojnie,
myślę: "O, pojawiło się kolejne. Dobrze, zabierzemy się za nie i damy sobie z
nim radę". Nie denerwuję się już tak bardzo i nie pytam za każdym razem:
"Dlaczego oni nam to robią?".
Chyba właśnie po to, żeby osłabić ludzi, którzy są skuteczni w
dochodzeniu do prawdy.
– Tak mi się wydaje.
Opublikowanie raportu Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna
było dla Pani zaskoczeniem?
– Tak, było dla mnie dużym zaskoczeniem. Zaskoczyły mnie nie tylko ustalenia
Instytutu, ale także reakcja, jaką one wywołały. Cały raport Millera opierał się
na koncepcji, według której generał Błasik miał prawidłowo odczytywać wysokość,
a załoga miała tego nie słyszeć. Ta teoria legła w gruzach. Pamiętam dokładnie,
kiedy przedstawiano nam prezentację, według której jedyną opanowaną osobą w
kokpicie miał być kapitan Protasiuk, z którym reszta załogi miała nie
współpracować. Biegli z Instytutu Sehna obalili tę tezę – pokazali, że istniała
pełna współpraca, a wysokość była prawidłowo odczytywana. Można zatem
powiedzieć, że raport Millera, przynajmniej w tej jego części, wart jest
Trybunału Stanu. Premier powinien natychmiast powołać nowy zespół, który od
początku przystąpiłby do prowadzenia prac. Tymczasem wydał jedynie krótki
komunikat, z którego wynikało, że właściwie nic się nie stało i nie istnieją
podstawy do wznowienia prac.
Dlaczego takie zachowanie premiera jest u nas możliwe?
– Myślę, że tej arogancji premier nauczył się w czasie postępowania w sprawie
afery hazardowej. Uznał, że Polacy podyskutują dwa dni, a potem dadzą spokój, a
my przykryjemy to innym tematem. Wbrew logice, wbrew wiedzy i wbrew regułom
uczciwości po prostu postawimy na swoim, a wy macie się z tym zgodzić i koniec.
Ta metoda jest stosowana przez premiera od czasu afery hazardowej. Bardzo mocno
ujawniło się to po katastrofie smoleńskiej. Nigdy nie zapomnę konferencji, na
której wbrew wykazywaniu, że było inaczej, pan minister Miller wycedził przez
zęby: "To był lot cywilny i koniec". Wszyscy tymczasem wiemy, że był to lot
wojskowy, potwierdziła to także ICAO. Międzynarodowa Organizacja Lotnictwa
Cywilnego stwierdziła, iż to, że my postawiliśmy w Polsce wszystko na głowie i
uważamy, iż to był lot cywilny, nie znaczy, że oni także zobligowani są do tego
samego.
Jerzy Miller stwierdził także, że urządzenia pokładowe przestały działać
na wysokości 16 metrów w wyniku tego, że na… szóstym metrze doszło do
zderzenia z brzozą.
– Na to nakłada się cały szereg skandalicznych wypowiedzi innych przedstawicieli
władzy. Osobą, która przoduje w tego rodzaju wypowiedziach, jest rzecznik rządu
Paweł Graś. Jego komunikaty dotyczące Smoleńska są wypowiedziami, za które w
normalnym kraju byłby zdymisjonowany. Począwszy od twierdzeń w rodzaju, że
badanie wraku właściwie nie jest istotne w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy, po
ostatnie stwierdzenia, że to, iż raport pokazuje nieprawdę, nie ma właściwie
żadnego znaczenia, "bo nie przywróci to życia ofiarom". Pamiętam, że kiedy
publicznie powiedziałam, iż jeśli prokuratura nie ustosunkuje się do mojego
wniosku o ekshumację, wtedy złamię tajemnicę i dla dobra sprawy ujawnię
materiały śledztwa, mimo że zostaną mi potem postawione zarzuty, pan poseł
Andrzej Halicki oznajmił następnego dnia, iż "on wie, że ja kłamię i że wszystko
się zgadza". Zadałabym pytanie, jaki dostęp do materiałów śledztwa ma pan
Halicki. Inną sprawą jest to, że mówiłam prawdę, co zostało potwierdzone w
wyniku ekshumacji. Ten przykład pokazuje, do jakiego stopnia ludzie z obozu
rządzącego nie liczą się z faktami, zajmując się jedynie PR i propagandą.
Na przestrzeni ostatniego roku upadły dwa główne kłamstwa na temat
katastrofy smoleńskiej – teza o naciskach wywieranych przez generała Błasika i
teza o tym, że skrzydło samolotu odpadło w wyniku zderzenia z brzozą.
– Zgadza się. Oczekujemy ze zniecierpliwieniem na wyniki pracy zarówno środowisk
naukowych, jak i na opinie biegłych. Myślę, że pojawiła się nadzieja na prawdę.
Poza tym odbyło się wysłuchanie publiczne w Parlamencie Europejskim. Wiemy już,
że środowiska naukowe nie dają wiary tej wersji, która jest podawana oficjalnie.
Twierdzą, iż przeczy ona prawom fizyki.
To najlepiej pokazuje rzeczywiste intencje wyjaśnienia przyczyn
katastrofy przez komisję Millera.
– Przeglądałam ostatnio swoje notatki, które robiłam w czasie różnych spotkań.
Zapisywałam sobie cytaty, bo nie mogłam uwierzyć, że takie stwierdzenia padają.
Znalazłam na przykład cytat, gdzie bodajże pan Andrzej Melak powiedział: "No
dobrze, panie premierze, ale oddaliśmy to śledztwo i nie mamy na nic wpływu". I
w tym momencie pan minister Miller wziął mikrofon do ręki i powiedział: "No
właśnie. I o to chodziło, bo za nic nie odpowiadamy".
Sposób traktowania rodzin ofiar katastrofy przez rząd zmienił się na
przestrzeni tych dwóch lat?
– Nie ma żadnego sposobu traktowania rodzin przez rząd. Dla rządu problem
katastrofy, jej wyjaśniania, problem rodzin ofiar nie istnieje od kilkunastu
miesięcy. Rząd problem zakończył. Opublikował nieprawdziwy raport Millera i
zamknął dyskusję. Kiedy odbywała się prezentacja raportu Millera, zadałam bardzo
dużo pytań, wyszłam bardzo zmęczona po wielu godzinach rozmowy. Gdy stałam pod
Sejmem, podeszli do mnie dziennikarze. Podczas rozmowy z nimi poprosiłam ich o
jedną rzecz – żeby przeszli kilka wejść dalej, podeszli do premiera i zadali mu
pytanie o to, co powiedział w styczniu 2011 roku – że sporządzimy własny raport
i jeśli będzie on rozbieżny z raportem MAK, wtedy odwołamy się do instytucji
międzynarodowych. Powiedziałam do dziennikarzy: "Mają państwo raport, jest on
rozbieżny z ustaleniami MAK. Idźcie do premiera i zadajcie mu publicznie
pytanie, gdzie, kiedy i w jakim trybie będzie odwoływał się do instytucji
międzynarodowych". Myśli pani, że się doczekałam?
Część opinii publicznej nadal naciska jednak na powołanie komisji
międzynarodowej do zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Trudno chyba się
łudzić, że stanie się to za kadencji tego rządu.
– Liczę na to, że dojdzie do zmiany rządu, zanim ten obecny doprowadzi do
całkowitego upadku naszego kraju. Myślę, iż konieczne będzie powołanie komisji
śledczej, aby społeczeństwo mogło się dowiedzieć, jak ten rząd zachowywał się po
katastrofie i jakie decyzje podejmował, a właściwie – jakich nie podejmował.
Gdyby doszło do powołania takiej komisji w normalnych warunkach – nie mam tu na
myśli oczywiście czegoś na kształt tego, co Platforma zaserwowała nam po aferze
hazardowej – ci ludzie znikną z życia publicznego na zawsze. Wierzę, że historia
oceni zarówno tych, którzy zginęli, jak i tych, którzy ukrywali prawdę o
przyczynach tragedii. Dla tych drugich będzie to miażdżące.
Wielu ludzi już ich odpowiednio oceniło.
– To prawda, niemniej jednak spora część społeczeństwa uwierzyła w kłamstwa,
które nam bez przerwy serwowano. Rzeczą niesamowitą, która, jestem pewna, nie
wydarzyłaby się, gdyby ci wszyscy ludzie nie zginęli w katastrofie, jest to, co
się stało pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, i to, co dzieje się dalej.
Jesteśmy dzisiaj świadkami tego, jak bardzo niszczony jest Kościół, który na
trwale związany jest z Polską, z naszą historią i kulturą. To jest coś
niesamowitego, żeby w miejscu, w którym ludzie się modlą, działy się takie
rzeczy, jak miało to miejsce, i żeby rozgrywało się to na oczach niereagującej
na to policji i straży miejskiej. Działo się to przecież za cichym przyzwoleniem
prezydent Warszawy.
A także prezydenta Polski. Jego pierwszy po wyborze wywiad udzielony
"Gazecie Wyborczej", w którym zadeklarował "przeniesienie krzyża w godniejsze
miejsce", okazał się złowieszczą zapowiedzią nadejścia "nowej ery".
– Dokładnie tak, nadeszła "nowa era". Jeśli dobrze pamiętam, mniej więcej 2
proc. społeczeństwa nie życzy sobie religii w szkołach. Uznałabym, że przy takim
wyniku nie ma w ogóle o czym dyskutować. Temat nie powinien istnieć. Tymczasem
do programów telewizyjnych bezustannie zapraszani są posłowie o zdecydowanie
antyklerykalnych poglądach i ten temat jest w kółko omawiany. Te same osoby,
które reprezentują nasze państwo, na pytanie o stosunek do śmierci bł. księdza
Jerzego Popiełuszki odpowiadają, że jest im wszystko jedno. Jest to zabijanie
ducha Narodu i wprowadzanie kraju na drogę moralnej rozsypki. To jest coś, czego
nie wybaczą kolejne pokolenia.
Ani kolejne, ani poprzednie. Wielu ludzi w naszej historii było gotowych
poświęcić dla Polski wszystko. To zobowiązanie wciąż jest jednak żywe dla
współczesnych Polaków.
– Tak. Myślę, że z jednej strony pracuje się bardzo intensywnie nad tym, żeby
wypłukać Polaków z wartości, ale z drugiej strony – im bardziej się nad tym
pracuje, tym więcej ludzi się budzi i zdaje sobie sprawę, że nie mogą patrzeć
spokojnie na otaczającą nas rzeczywistość. Dziś także trzeba walczyć – inaczej
niż w 1920, 1944 czy 1956 roku, ale znów nadszedł moment, w którym – jeśli nie
podejmiemy walki – może się to bardzo źle skończyć dla naszego kraju. Coraz
więcej ludzi to rozumie.
Mimo dwóch lat od katastrofy smoleńskiej władze Warszawy wciąż odmawiają
upamiętnienia poległych.
– Chciałabym bardzo, żeby w drugą rocznicę tragedii smoleńskiej poza Telewizją
Trwam, "Naszym Dziennikiem" i kilkoma innymi mediami poświęcono choć odrobinę
czasu tym ludziom, którzy zginęli w tak strasznej katastrofie. Rok temu ani
telewizja państwowa, ani telewizje komercyjne nie poświęciły tym ludziom
specjalnej uwagi. Oni zasłużyli na pamięć, na tę jedną modlitwę czy na tę jedną
zapaloną świeczkę. To jest niegodne, że tam, gdzie rządzi Platforma Obywatelska,
nie może stanąć pomnik, krzyż czy tablica upamiętniająca ofiary. Takie tablice
powstają w mniejszych lub większych miastach, a w siedzibie prezydenta nie ma na
to miejsca.
Profesor Piotr Gliński sformułował tezę, że po katastrofie smoleńskiej
90 procent polskiego społeczeństwa stanowiło pewnego rodzaju wspólnotę
polityczną i że był to fenomen niespotykany wcześniej. Może z tego właśnie
powodu uruchomiono tak potężne środki, żeby tę wspólnotę rozbić?
– Zgadzam się w stu procentach. Stopień przerażenia utworzeniem tej wspólnoty
był ze strony rządu tak duży, że zamiast zadbać o bezpieczeństwo państwa po
śmierci tylu kluczowych dla jego funkcjonowania osób i zamiast wyjaśnić
przyczyny tragedii, zadbali tylko o to, żeby przykryć ten temat, uciec od niego
i znowu ograć, okłamać społeczeństwo. Za każdym razem, kiedy wychodziła na jaw
ich słabość i nieumiejętność rządzenia, rozgrywali kolejną akcję mającą przykryć
ich nieudolność.
Stąd może ostatnie ataki na Kościół – nietrudno przewidzieć, że
uderzenie w to, co dla wielu Polaków jest drogie, wywoła emocje i odwróci uwagę
od innych spraw. Jest to ponadto cios wymierzony we wspólnotę, jaką stanowi
Kościół.
– W dodatku we wspólnotę specyficzną, bo wartościową. Odnoszę wrażenie, że ten
rząd boi się jakichkolwiek wartości, wszystkiego, co ma głębię, wszystkiego, co
patriotyczne i bohaterskie. On to odbiera jako zagrożenie. Kiedy doszło do
katastrofy smoleńskiej, okazało się, że rządzi nami garstka ludzi bez honoru i
odwagi. Ci ludzie oddali całe śledztwo Rosji, a kiedy zaczęło to wychodzić na
jaw, zaczęli stosować swoje socjotechniki. Bardzo ich przeraziła jedność
społeczeństwa i zgromadzenia pod krzyżem stojącym przed Pałacem Prezydenckim.
Zaczęli tę wspólnotę po trochu i skutecznie rozbijać.
Co w Pani zmieniły te dwa lata?
– Wszystko. Całe nasze życie zostało wywrócone do góry nogami. Nie tylko
straciliśmy Ojca – osobę, którą bardzo kochamy, ale także zostaliśmy bez głowy
rodziny, bez oparcia. Ojciec miał w sobie siłę i charyzmę, z której korzystało
nie tylko państwo i społeczeństwo, ale także my jako rodzina. Kiedy Ojciec
pełnił funkcję ministra i kiedy przyjeżdżali do nas dziennikarze, uciekałam –
uważałam, że to Ojciec najlepiej będzie nas reprezentował i że życie publiczne
jest jego działką. Po jego śmierci musiałam natomiast przeżyć czołowe zderzenie
z czymś, przed czym wcześniej bardzo intensywnie się broniłam. Nie sądziłam, że
organizm ludzki ma aż taką wytrzymałość. Jednak jeśli chodzi o Ojca, jestem
gotowa zapłacić każdą cenę i w każdym aspekcie. Przez wiele miesięcy miałam
wielką potrzebę porozmawiania z nim o tym, co się wydarzyło, skonsultowania się
– tak jak zawsze to robiłam w każdej ważnej sprawie. Pamiętam, jak wracałam z
Moskwy i myślałam: "Wszystko mu opowiem i on na pewno będzie wiedział, co z tym
zrobić".
Jestem przekonana, że Pani ojciec pomaga Pani z Nieba.
– Tego jestem pewna.
Czego życzyłaby Pani – sobie i Polsce, w najbliższej przyszłości?
– Tego, żeby społeczeństwo znalazło w sobie tyle siły, żeby przypomnieć sobie te
chwile, które nastąpiły po katastrofie, kiedy byliśmy tak bardzo zjednoczeni i w
tej tragedii silni tym właśnie zjednoczeniem. I żeby powiedziało "dość!"
ludziom, którzy je okłamują. Życzyłabym sobie tego, żebyśmy w Polsce zaczęli w
końcu mówić prawdę, choćby była ona najtrudniejsza.
Dziękuję za rozmowę.
