Ta opinia powinna rozpętać burzę
Czego spodziewa się Pan po zapowiedzianej na dziś konferencji prasowej
prokuratury wojskowej ? Rozmowa z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem
części rodzin katastrofy smoleńskiej.
– Jeśli potwierdzą się doniesienia wskazujące na fakt, że w stenogramie z
rozmów w kokpicie samolotu Tu-154M nie ma głosu śp. gen. Andrzeja Błasika, to
faktycznie okoliczność ta całkowicie zmieni oceny co do przebiegu katastrofy 10
kwietnia 2010 r., a także w sposób ostateczny podważy wiarygodność Rosjan.
Okazałoby się bowiem, że ostatni z koronnych dowodów wskazujących na obecność
gen. Błasika w kokpicie jest nieprawdziwy. Przypomnijmy tylko, że strona
rosyjska oparła swoje twierdzenia w tym zakresie na własnej opinii fonoskopijnej
– dziś podważanej, opinii z sekcji zwłok, której wartość już wcześniej była
podawana w wątpliwość, jak również oględzin miejsca zdarzenia, które przecież
nie mogą być wystarczającym dowodem do stawiania tak daleko idących tez.
Komisja Jerzego Millera oparła się jednak na mistyfikacjach raportu
MAK. Przepisy pozwalają na powołanie nowego zespołu. Widzi Pan taką potrzebę?
– Moim zdaniem, samo powołanie komisji Millera było pozbawione podstaw
prawnych, tym samym wartość jej ustaleń jest co najmniej ograniczona. Był to
organ powołany na potrzeby polskiej polityki wewnętrznej. Premier Donald Tusk
chciał po prostu zachować twarz po jednoznacznie negatywnym odbiorze raportu MAK
przez polską opinię publiczną. Komisja Millera pracowała na kompletnie
niewiarygodnym materiale dowodowym, opartym głównie na dokumentach wybiórczo
przekazanych przez MAK. Praktycznie nie przeprowadzała własnych badań.
Powołanie, czy też reaktywowanie komisji niewiele zmieni. O wiele cenniejsze
byłoby powołanie jakiegoś organu międzynarodowego, który rzeczywiście zbadałby
przebieg katastrofy. Premier Tusk obiecywał międzynarodowy arbitraż w niniejszej
sprawie i mimo upływu wielu miesięcy o jakichkolwiek działaniach w tym zakresie
nie słyszeliśmy.
Sądzi Pan, że nowa opinia fonoskopijna "zmobilizuje" premiera?
– W mojej ocenie, jest to wątpliwe, bo działania rządu w tym zakresie od
samego początku były jedynie pozorowane.
Spodziewa się Pan teraz jakiegoś zwrotu w śledztwie?
– Zwrot w śledztwie powinien nastąpić już wiele miesięcy temu po wstępnych
informacjach z opinii z sekcji zwłok śp. Zbigniewa Wassermanna. To wtedy po raz
pierwszy udowodniono, że strona rosyjska fałszuje dokumenty. Opinia fonoskopijna,
jeśli doniesienia medialne się potwierdzą, to kolejny dowód na to, że prace
Rosjan były nierzetelne. Przyjęli z góry jedną tezę o winie pilotów naciskanych
przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i śp. gen. Andrzeja Błasika. Dziś
powinniśmy odpowiedzieć sobie na daleko poważniejsze pytanie, dlaczego w ogóle
doszło do takiej manipulacji, dlaczego polski rząd dopuścił do sytuacji, w
której taki przekaz, oparty na nierzetelnym materiale dowodowym, poszedł w
świat? W tym kontekście sam raport komisji Millera ma niewielkie znaczenie. Jest
to oczywiście jakiś dowód w sprawie, ale jego wiarygodność jest bardzo
ograniczona, i dla śledczych zapewne nie będzie miał większego znaczenia.
Ale jest w aktach sprawy.
– Raport jest w aktach, prokuratura ocenia wiarygodność wszystkich
materiałów. Jakie decyzje w tym zakresie podejmie? Nie wiem. Może np. uznać, że
ma już własną opinię, tj. sporządzoną na własne zlecenie, i że to wystarcza. A
może też doszukiwać się źródła tych rozbieżności i w tym celu zarządzić np.
ustną opinię uzupełniającą, która te wątpliwości wyjaśni.
Powinna powołać do zbadania tych konkretnych rozbieżności nowy zespół
biegłych?
– To wszystko zależy od tego, z jakiego rodzaju rozbieżnościami mamy do
czynienia i czy udało się je wyjaśnić. Nie bez znaczenia jest także fakt, jaką
wiarygodność dowodową mają poszczególne opinie. W mojej ocenie, na tym etapie
postępowania, kiedy jeszcze oficjalnie nie wiemy, jak brzmi opinia biegłych z
Krakowa, trudno na ten temat spekulować. Wydaje mi się, że dziś nie ma
konieczności powoływania kolejnych biegłych, ale będzie można dokonać rzetelnej
oceny dopiero po konferencji prokuratury i analizie opinii.
Kogo jeszcze powinni przesłuchać śledczy, osoby, które odsłuchiwały
nagrania na terenie Rosji?
– Trzeba na nowo odtworzyć całą sytuację, ustalić, w jaki sposób biegli w
Rosji dokonywali odczytu czarnych skrzynek, jakie techniki stosowali, jak strona
polska nadzorowała tę czynność. Ale ta kwestia powinna zostać zbadana w ramach
zupełnie innego postępowania.
Rzecznik rządu Paweł Graś stwierdził, że "nie ma znaczenia, czy w
kokpicie tupolewa był gen. Błasik, czy nie", gdyż i tak "ofiarom katastrofy nie
przywróci to życia".
– Widać, że rząd całkowicie bagatelizuje sprawę katastrofy. Trudno mówić, aby
tym samym działał w polskim interesie, bo całkowitym nieporozumieniem jest
twierdzenie, że sprawa katastrofy, jej przebieg, to sprawa wyłącznie rodzin
ofiar. 10 kwietnia 2010 r. zginęli najważniejsi przedstawiciele państwa
polskiego, za winną katastrofy uznano wyłącznie stronę polską. To
niedopuszczalne i taki przekaz poszedł na cały świat. Moim zdaniem, rzecznik
rządu powinien zastanowić się nad tym, jak w świetle kolejnych fałszywych
dokumentów przekazywanych przez Rosjan cierpi powaga Polski. Jest
niedopuszczalne, aby w tak ważnej sprawie pozwalać sobie na notoryczne kłamstwa
i obstrukcję drugiej strony. To pokazuje ogromną słabość państwa. Dziś
powinniśmy zastanowić się, jak tę powagę i dobre imię przywrócić.
Nie obawia się Pan, że zmiana narracji w tej sprawie będzie bardzo
trudna? Większość dziennikarzy musiałaby teraz publicznie odwoływać swoje tezy,
przepraszać za kłamstwa i manipulacje. Łatwiej będzie dalej brnąć w
mistyfikacje.
– Rzeczywiście takie obawy są. Odnoszę wrażenie, że niektóre media taką tezę
przeforsują, aby bronić się przed zarzutami, iż wcześniej podawały nieprawdę.
Zwłaszcza te, które z góry są nastawione negatywnie wobec osoby pana gen.
Błasika. Media nie mogą się jednak opierać na szczątkach układanki, skoro jej
poszczególne elementy runęły. Ten ciąg argumentów został jednoznacznie obalony i
formułowanie dziś tezy o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie jest
nadużyciem. Czasem mam też wrażenie, że niektóre z wypowiadających się osób
bardziej kierują się swoimi sympatiami politycznymi niż faktami.
Polski akredytowany przy MAK Edmund Klich co i rusz zmienia zdanie –
raz mówi, że osobiście słyszał na nagraniach głos Arkadiusza Protasiuka, który
zwraca się do kogoś "panie generale", potem się z tego wycofuje…
– Od dłuższego czasu nie traktuję poważnie wypowiedzi Edmunda Klicha. Widać,
że bardzo często zmienia on swoje zdanie, wycofuje się z wcześniej przyjętych
tez. Rozumiem, że dziś broni on tezy o obecności gen. Błasika w kokpicie, bo
powinien być pierwszą osobą, która poniesie odpowiedzialność w przypadku, gdy
ekspertyza Instytutu Sehna taką obecność wykluczy. Myślę tu zarówno o
odpowiedzialności zawodowej, jak i być może karnej w przypadku, gdyby okazało
się, że w trakcie swoich prac w Moskwie nie dopełnił obowiązków. Rodzi się
pytanie, dlaczego dochodzi do tak dużych rozbieżność w dokumentach polskich i
rosyjskich. Warto ustalić, kto ze strony polskiej brał udział w odczytywaniu
zapisów czarnej skrzynki samolotu Tu-154M i dlaczego nie protestował, gdy
widział, że prace te uchybiają podstawowym standardom.
Dlaczego identyfikacja głosu dotychczas przypisywanego gen. Błasikowi
trwała tak długo?
– Krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna to jedna z najlepszych
placówek w Europie. Mam do niej zaufanie. To, że biegli pracowali tak długo na
materiale dowodowym, świadczy tylko, jak wnikliwie go badali. Nie jest to też
nadzwyczajna sytuacja, w procesach sądowych takie analizy często zabierają wiele
miesięcy, a tym bardziej w sprawie tak ważnej nie można było pozwolić sobie na
błędy. To raczej czymś niestandardowym jest odczytywanie w sposób wiążący
zapisów czarnych skrzynek już kilka tygodni po katastrofie. Takie badania zawsze
powinny być poparte dużą dozą ostrożności, gdyż później trudno jest naprawić
powstałe błędy.
Prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz "sprywatyzował" ten problem,
mówiąc, że nowe odczyty są wprawdzie przewrotem kopernikańskim, ale tylko dla
rodziny gen. Andrzeja Błasika i jego kolegów lotników.
– Niestety, można odnieść takie wrażenie. A przecież jest zupełnie inaczej.
Ale sprawa nagrań w kokpicie i wniosków z tego płynących to nie problem jednej
rodziny – śp. gen. Andrzeja Błasika, ale nas wszystkich, Polaków. To głównie na
tej podstawie budowano tezę o błędach polskich pilotów, ich brawurze i rzekomych
naciskach. Dziś należałoby się zastanowić, jak te informacje przekazać
międzynarodowej opinii, by odzyskać dobre imię Polski. Niestety do takiej
sytuacji, w której kierowano pod naszym adresem nieprawdziwe zarzuty,
doprowadziły błędy obecnej ekipy rządzącej, dlatego stara się bagatelizować tę
sprawę i umniejszać rolę nagrań z kokpitu. Wszystkie okoliczności, które w
ostatnich miesiącach wyszły na jaw, są dla tej ekipy po prostu niewygodne.
Stefan Niesiołowski (PO), szef sejmowej komisji obrony, zapowiedział
już, że dziś PiS "rozpęta na nowo piekło smoleńskie".
– Taką burzę trzeba rozpętać. I niektórzy powinni się jej bać. Wszyscy,
którzy są winni tej sytuacji, powinni ponieść odpowiedzialność. Nie można w
żaden sposób, używając takich pseudoargumentów, jak robi to pan Niesiołowski,
kneblować ust w tej sprawie.
Generał Błasik był regularnie znieważany i lżony. Przez niemal dwa
lata do opinii publicznej sączyły się obraźliwe oskarżenia o pijaństwo,
nieprzestrzeganie przepisów, nadużywanie pozycji służbowej. Czy rozważa Pan jako
pełnomocnik Pani Ewy Błasik wystąpienie na drogę prawną wobec tych, którzy
obrażali jej męża?
– Jest pytanie, jak ocenić zaangażowanie niektórych osób i mediów, które z
uporem godnym lepszej sprawy starają się nadal, wbrew oczywistym faktom,
przekonywać o obecności generała w kokpicie. Moim zdaniem, z każdym dniem tracą
na swojej wiarygodności. Poczekajmy do ostatecznych ustaleń prokuratury, ale
jeśli pomimo rozstrzygnięcia tego organu będzie dochodziło do tego rodzaju
insynuacji, to na pewno rodzina śp. gen. Błasika rozważy podjęcie kroków
prawnych.
Kto powinien bić się teraz w piersi? Żaden z oficjalnych czynników
państwowych nie protestował publicznie w obronie dobrego imienia gen. Błasika.
Pamiętam, jak dziennikarzom "Naszego Dziennika" obrywało się, kiedy pisaliśmy o
braku wiarygodnych dowodów potwierdzających tezę naciskową czy samą obecność
generała w kokpicie.
– W mojej ocenie, "Naszemu Dziennikowi" należą się słowa uznania, bo jako
jedno z nielicznych mediów czyniło zadość rzetelności dziennikarskiej. Większość
innych redakcji, opierając się na niesprawdzonych poszlakach, starała się
budować wersję o rzekomych naciskach i obecności generała w kokpicie. "Nasz
Dziennik" zachował się tak, jak należy, podszedł powściągliwie do tego rodzaju
rewelacji. Należy pamiętać, że rzucając podobne oskarżenia, trzeba mieć nie sto,
a dwieście procent pewności co do faktów. Dotykają one bowiem w sposób bardzo
bolesny konkretne osoby, rodziny, a także całe państwo polskie i nigdy tego
rodzaju informacje nie powinny być oparte na domysłach. Dziennikarze "Naszego
Dziennika" od samego początku starali się opierać swoje materiały właśnie na
faktach, które nie pozwalały na formułowanie tego rodzaju insynuacji. Dziś
okazuje się, że właśnie ten rzetelny warsztat wziął górę nad poszukiwaczami
taniej sensacji. To dziennikarze "Naszego Dziennika" mieli rację, a przy tym
zachowali się godnie, nie krzywdząc ani rodziny śp. gen. Andrzeja Błasika, ani
nie szkalując dobrego imienia Polski.
Dziękuję za rozmowę.
Anna Ambroziak
