Szef BOR do pilotów: Wyluzujcie z zasadami

"Dogmatyczne przestrzeganie zasad nie może godzić w potrzeby, oczekiwania
i interesy najwyżej usytuowanych w hierarchii państwowej osób" – autorem tej
frazy, sformułowanej w urzędowym dokumencie, jest szef służby ochraniającej
najważniejsze osoby – nie w Burkina Faso – ale w Polsce. Mowa o gen. Marianie
Janickim, któremu na pagonach przybyła niedawno druga generalska gwiazdka.
Adresatem pisma szefa Biura Ochrony Rządu był gen. Andrzej Błasik. Janicki
naciskał na dowódcę Sił Powietrznych, by zobligował załogi 36. Specjalnego Pułku
Lotnictwa Transportowego do łamania prawa lotniczego i ustawy o BOR. Błasik
odmówił. Gdyby gen. Janicki "dogmatycznie" przestrzegał procedur, być może nie
doszłoby do katastrofy na Siewiernym.

Do incydentu między personelem pokładowym 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa
Transportowego a funkcjonariuszami Biura Ochrony Rządu doszło 2 maja 2008 r., w
trakcie powrotu samolotu z prezydentem Lechem Kaczyńskim ze Skopje do Warszawy.
Po locie szef Biura Ochrony Rządu gen. Marian Janicki złożył pisemną skargę do
gen. Andrzeja Błasika na załogę Tu-154M. Poszło o meldunek, jaki gen. Janickiemu
złożył ppłk Krzysztof Olszowiec, ówczesny szef prezydenckiej ochrony. Olszowiec
rozpiął pasy w czasie, gdy paliła się jeszcze czerwona lampka kontrolna
obligująca wszystkie osoby na pokładzie do pozostania na swoich miejscach w
zapiętych pasach bezpieczeństwa. Załoga tupolewa pouczyła Olszowca, że ma
zgodnie z procedurami zająć swoje miejsce i zapiąć pasy. Podpułkownik Olszowiec
został też poinformowany, że to dowódca statku powietrznego decyduje o
wszystkim, co się dzieje na pokładzie. "Usłyszałem, że nieważne, kto jest
pasażerem, wszyscy mają się dostosować" – skarżył się Janickiemu Olszowiec.
Funkcjonariusz BOR sugerował, że "skoro była ładna pogoda, a lot był wyrównany",
to można było pasy rozpiąć, a lampka kontrolna paliła się "bez powodu". – Sam
bardzo dużo latałem, zarówno z prezydentem Kaczyńskim, jak i Kwaśniewskim. Nigdy
nie zdarzyło się, żeby oprócz stewardes lub stewardów, po zapaleniu się
czerwonej kontrolki – proszę zapiąć pasy, zająć miejsca – ktoś chodził po
pokładzie samolotu. Wszyscy wykonywali polecenia kapitana – mówi płk Andrzej
Pawlikowski, szef Biura Ochrony Rządu w latach 2006- -2007. Jak zaznacza, żaden
z pasażerów nie może podczas lotu ocenić faktycznej sytuacji, jaka jest w
powietrzu, mogą to zrobić jedynie piloci, którzy dysponują w kokpicie
odpowiednimi przyrządami i widzą, co jest przed samolotem. – Nie ma czegoś
takiego, jak "palenie się czerwonej lampki bez powodu", zawsze są powody. Nawet
jeżeli istnieje tylko potencjalne zagrożenie, to jest to powód, by ta lampka się
paliła. Sytuację ocenia dowódca samolotu, a nie funkcjonariusz BOR – tłumaczy w
rozmowie z "Naszym Dziennikiem" były żołnierz 36. SPLT, który przez długie lata
pilotował Tu-154M.
Jak najbardziej właściwe, zgodne z procedurami bezpieczeństwa w locie zachowanie
załogi Tu-154M potraktowane zostało jednak w jego meldunku jako incydent –
niewłaściwe potraktowanie prezydenta przez personel pokładowy 36. SPLT.
Olszowiec pisał, że personel pokładowy nie chciał zezwolić na rozpoczęcie
podawania posiłku VIP-om, w tym prezydentowi. Powtarza to również w rozmowie z
"Naszym Dziennikiem" sam Janicki, mówiąc, "że panowie piloci chcieli dostawać
obiad przed prezydentem". Tymczasem, jak wyjaśniają piloci ze specpułku, na
pokładzie tupolewa są dwie odrębne kuchnie, jedna przy kokpicie dla załogi, a
druga dla pasażerów. Obsługują je dwie oddzielne grupy.
Dwa dni po incydencie szef Biura Ochrony Rządu gen. Marian Janicki wystosował
pismo do gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP, w którym napisał,
że "problem relacji pomiędzy załogami statków powietrznych 36. SPLT a
funkcjonariuszami BOR, wykonującymi zadania ochronne, wykroczył poza ramy
możliwe do zaakceptowania przez przełożonych". Dalej dodał słowa, które wprawiły
w zdumienie gen. Błasika, były bowiem jawnym wezwaniem do łamania procedur
bezpieczeństwa. "Dogmatyczne przestrzeganie zasad nie może godzić w potrzeby,
oczekiwania i interesy najwyżej usytuowanych w hierarchii państwowej osób" –
napisał generał Janicki.
Reakcja dowódcy Sił Powietrznych była grzeczna, ale zdecydowana. Odpowiadając na
pismo Janickiego, gen. Andrzej Błasik wydał wyraźne instrukcje, że na pokładzie
statku powietrznego najważniejsze są procedury bezpieczeństwa i nikt nie ma
prawa wywierać nacisków na załogę. "Nie mogę (…) zgodzić się z Panem
generałem, że "dogmatyczne przestrzeganie zasad" może "godzić w potrzeby,
oczekiwania i interesy najwyżej usytuowanych w hierarchii państwowej osób".
Kapitan statku powietrznego wraz z załogą w pierwszym rzędzie odpowiada za
bezpieczeństwo wszystkich osób na pokładzie. Gdy nie dopełnią oni swoich
obowiązków, np. przez nieprzestrzeganie zasad i procedur bezpieczeństwa, które
narzucają lotnicze przepisy międzynarodowe, krajowe i wojskowe, wówczas mogą
zaistnieć przesłanki do tragicznych w skutkach wydarzeń" – napisał w odpowiedzi
do Janickiego gen. Błasik. By podkreślić wagę słów w tekście, wytłuścił słowo
"wszystkich".
– Ten dokument jest bardzo ważnym dowodem, mówiącym o tym, jaki stosunek miał
mój mąż do dowódcy załogi czy całego personelu latającego. Bezpieczeństwo i
życie ludzkie było dla niego wartością najwyższą, dlatego na pokładzie samolotu
wszyscy byli dla niego równi wobec prawa, nie było wyjątków, bez względu na
stanowisko czy funkcję w państwie – podkreśla Ewa Błasik, żona dowódcy Sił
Powietrznych. – Mąż uczył wszystkich, jak się mają zachowywać względem załogi i
sam przede wszystkim swoim postępowaniem i zachowaniem dawał przykład. Kiedy
wchodził na pokład – przecież nieraz z nim latałam – zawsze mówił: "Zapnij
pasy", sam też się do tych procedur stosował. Odpowiedź mojego męża na pismo
generała Janickiego to dowód, że mój mąż był impregnowany na naciski i nie było
dla niego ważniejszych spraw nad bezpieczeństwo – mówi Ewa Błasik. Wdowa po
generale ma nadzieję, że prokuratura w śledztwie będzie się opierać na twardych
dowodach, a nie na odczuciach i domysłach akredytowanego przy MAK płk. Edmunda
Klicha czy insynuacjach osób pracujących w instytucjach odpowiadających
organizacyjnie za lot, bo – jak tłumaczy – pismo jej męża do szefa BOR podważa
główną oś raportu MAK, że "szalony" generał zmusił załogę do lądowania poniżej
minimów pogodowych.
Podobnego zdania jest mec. Bartosz Kownacki. Pełnomocnik rodziny gen. Błasika
zwraca uwagę na fakt, że pismo do szefa BOR to kolejny dowód na to, że wysuwane
pod adresem gen. Błasika zarzuty dotyczące kłótni czy presji są bezpodstawne.
Dokument ten – według niego – potwierdza jedynie fakt, że zarówno dowódca Sił
Powietrznych, jak i załoga tupolewa zawsze, nawet w najbłahszych sprawach, jak
wydawanie posiłku podczas lotu w czasie, gdy paliła się jeszcze czerwona lampka,
nie ulegali czyjejkolwiek presji, by odstąpić od przestrzegania procedur
lotniczych. – Rzecz jest szokująca, bo z pisma gen. Janickiego wynika, że
nieotrzymanie posiłku ma zagrażać bezpieczeństwu osoby. Pismo gen. Błasika do
gen. Janickiego przemawia na korzyść generała Andrzeja Błasika, bo on zawsze
stawał w obronie pilotów i prawidłowości procedur, których kategorycznie
przestrzegał i tego samego oczekiwał od innych. Jest wykluczone, żeby w kwietniu
2010 roku nagle zmienił postępowanie, niezależnie od tego, czy sprawa dotyczyła
prezydenta, premiera czy innego ważnego urzędnika – mówi mec. Kownacki. Jego
zdaniem, ten element naciskowy powinien podlegać wyjaśnieniu w ramach śledztwa
smoleńskiego. Mecenas zwraca uwagę na fakt, iż dzisiaj gen. Janicki mimo że
zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że również ponosi odpowiedzialność jako
szef BOR za przygotowanie wizyty prezydenta w Katyniu, próbuje zrzucić z siebie
odpowiedzialność. – Chcąc w jakiś sposób tę odpowiedzialność od siebie odwrócić,
sprowadza zainteresowanie mediów na zupełnie trzeciorzędne, nieprawdziwe wątki.
To niegodne oficera – podkreśla Kownacki.

Janicki: Błasik źle mnie zrozumiał
Sam gen. Marian Janicki pytany, jak mógł, jako szef Biura Ochrony Rządu
odpowiedzialny za bezpieczeństwo osób ochranianych, wzywać na piśmie dowódcę Sił
Powietrznych do łamania zasad bezpieczeństwa, tłumaczy, że gen. Błasik… źle
zrozumiał jego list. – Relacje w ówczesnym czasie, mówię o 2008 roku, między BOR
a 36. pułkiem były niedobre. Chodziło mi nie o procedury pilotów, ale o
procedury personelu pokładowego – powiedział szef BOR. Dziwne to tłumaczenie, bo
z odpowiedzi gen. Błasika jasno wynika, że dowódca Sił Powietrznych bardzo
dobrze zrozumiał intencje gen. Janickiego. Generał Błasik doskonale odróżnia tu
bowiem kwestie współpracy personelu między 36. SPLT a funkcjonariuszami BOR od
kwestii nacisków na załogę. "Podczas mojego spotkania z przedstawicielami BOR i
36. SPLT w dniu 8 maja 2008 r. wspólnie podjęliśmy ustalenia, które powinny
zapobiec w przyszłości podobnym incydentom. Nie orzekając również o winie
konkretnych osób – licząc na wzajemne zrozumienie specyfiki służby i zadań obu
zainteresowanych stron – nie mogę jednak zgodzić się z Panem Generałem, że
"dogmatyczne przestrzeganie zasad" może "godzić w potrzeby, oczekiwania i
interesy najwyżej usytuowanych w hierarchii państwowej osób"". Trudno doszukać
się w tych słowach oznak braku zrozumienia słów Janickiego. Błasik wiedział
doskonale, o czym pisze.
Gdyby sprawa dotyczyła jedynie animozji między załogami 36. SPLT a
funkcjonariuszami BOR, gen. Błasik nie musiałby pisać, że to kapitan decyduje o
wszystkim na pokładzie statku powietrznego. Z jego pisma wynika, że nie godził
się na żadną samowolkę funkcjonariuszy BOR, którzy chcieli być traktowani na
specjalnych prawach. – Dla mnie jest ważny dokument, nie to, co teraz mówi gen.
Janicki. A pismo gen. Janickiego do gen. Błasika mówi wprost o odejściu od
kwestii bezpieczeństwa na pokładzie statku powietrznego, będącego w trakcie
przelotu, gdzie to kapitan decyduje o wszystkim i wydaje polecenia pasażerom –
podkreśla płk Pawlikowski.

Odpowiedzialność dyscyplinarna
Generał Janicki twierdzi, że spotkał się z gen. Błasikiem osobiście i wyjaśnił z
nim ustnie wszystkie sporne kwestie dotyczące lotu 2 maja 2008 roku. Efektem ich
spotkania miało być porozumienie między Biurem Ochrony Rządu a Siłami
Powietrznymi o rozkładzie kompetencji na pokładzie statków powietrznych. Mecenas
Kownacki uważa jednak, że szef BOR powinien wytłumaczyć się z pisma do gen.
Błasika.
Janicki nie tylko informował gen. Błasika, że załoga odmówiła w danym,
uzasadnionym określonymi procedurami momencie wydania posiłku prezydentowi, lub
że między funkcjonariuszami BOR a personelem 36. SPLT są niewłaściwe relacje,
nie chodziło mu o przekazanie informacji do służbowego wykorzystania. Szef BOR
pozwolił sobie na wplecenie elementów ocennych zachęcających do łamania procedur
w locie. – On skierował bardzo poważne zarzuty, bardzo poważne sugestie, wręcz
żądania w stosunku do dowództwa Sił Powietrznych, ale również do funkcjonariuszy
specpułku. I jeżeli ktokolwiek w tej grupie – dowódca statku, prezydent, gen.
Błasik, gen. Janicki – wywierał naciski, to był to gen. Janicki, który nie
rozumiał procedur i zamiast dbać o bezpieczeństwo osób ochranianych, bo to jest
jego obowiązkiem, jak również o zachowanie procedur dotyczących lotu, to z
jakichś powodów uważał, że są one nieważne – mówi Kownacki. – Za coś takiego,
moim zdaniem, powinien ponieść odpowiedzialność dyscyplinarną i wytłumaczyć się
przed swoimi przełożonymi – dodaje.
Według płk. Pawlikowskiego, kwestią do wyjaśnienia jest również to, czy gen.
Janicki nie został powołany na szefa BOR z pogwałceniem ustawy. Według
Pawlikowskiego, szefem BOR może zostać kandydat, który ma wyższe wykształcenie.
W dniu objęcia stanowiska gen. Janicki miał tylko licencjat. – Pan premier nie
miał prawa powołać pana generała z tymi kwalifikacjami i wykształceniem. Miał
wtedy tytuł inżyniera, który jest równoznaczny z licencjatem – mówi płk
Pawlikowski. – Nie ma takiego zarzutu i nie może być, bo nie ma takich procedur,
które by nakazywały, czy mam mieć wykształcenie, czy nie. Zapewniam pana, że mam
wyższe wykształcenie, spełniam wszystkie wymogi, to moi niektórzy poprzednicy
zostali powołani z łamaniem ustawy o BOR, bo funkcjonariuszem BOR może zostać
kandydat, który nie przekroczy 35. roku życia, a pewni ludzie mieli już powyżej,
i to grubo – broni się Janicki. Mecenas Kownacki podkreśla jednak, że jeżeli
informacja o braku odpowiedniego wykształcenia przez gen. Janickiego w dniu
objęcia przez niego urzędu szefa BOR byłaby prawdziwa, to mielibyśmy do
czynienia z poważnym zarzutem karnym. – Osoba, która zatrudniła gen. Janickiego
wbrew ustawie o BOR, powinna liczyć się wówczas z odpowiedzialnością karną.
Chyba że gen. Janicki wprowadził w błąd, mówiąc, że ma odpowiednie
wykształcenie, którego nie posiadał, wtedy to on ponosi odpowiedzialność karną –
mówi Kownacki.

BOR ucieka z miejsca katastrofy
Generał Janicki bardzo chętnie mówił o relacjach między BOR a 36. SPLT.
Podkreśla, że funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu byli traktowani na pokładzie
samolotów specpułku w niewłaściwy sposób, że nie było relacji partnerskich, a
ówczesne dowództwo pułku chciało niezgodnie z prawem usunąć z samolotów
stewardesy BOR, które miały zastępować "niewyszkolone cywilne pracownice pułku".
Było jednak inaczej. Do 2006 roku pasażerów na pokładach samolotu specpułku
obsługiwali stewardzi i stewardesy BOR, którzy łamali przepisy lotnicze,
przyzwalając m.in. na to, by pasażerowie nie musieli zapinać się pasami podczas
startu i lądowania. W 2006 roku poprzednik gen. Janickiego, płk Damian
Jakubowski, powołując się na ustawę o BOR, zwrócił się do specpułku o przejęcie
pełnej kontroli nad bezpieczeństwem pasażerów. Jakubowski zdawał sobie sprawę,
że funkcjonariusze BOR, będąc jednocześnie stewardami na pokładzie samolotu,
wykonują czynności, które wykraczają poza ramy ustawy o BOR. Pierwszym sygnałem
do ostatecznego wyjaśnienia tej kwestii był wypadek śmigłowca Mi-8 z premierem
Leszkiem Millerem na pokładzie w 2003 roku. Po zderzeniu z ziemią zszokowana
stewardesa BOR, zamiast udzielić pierwszej pomocy pasażerom, uciekła na ulicę,
nie wiedziała, co ma robić. By tego typu sytuacje się nie powtarzały, dowództwo
specpułku doszło do porozumienia z płk. Jakubowskim, w wyniku którego nad
bezpieczeństwem wszystkich pasażerów samolotów 36. SPLT czuwały stewardesy
specpułku, które wcześniej zdobywały doświadczenie w EuroLocie i Locie, i
wiedziały, co robić w sytuacjach krytycznych.
Ustawa o BOR wyraźnie mówi, że funkcjonariusze Biura wykonują wyłącznie
obowiązki w stosunku do osoby ochranianej (prezydenta, premiera, marszałków,
ministra spraw zagranicznych itd). Innymi słowy, jest to bezpieczeństwo
dedykowane tylko określonej osobie. W przypadku katastrofy funkcjonariusze BOR
nie ratują wszystkich osób w samolocie, ale tylko ochraniane. Janicki zaczął
kwestionować zasadę, której trzymał się specpułk, że do każdej ochranianej osoby
jest przydzielony jeden funkcjonariusz BOR, ale za bezpieczeństwo na całym
pokładzie odpowiada personel pokładowy, który podlega dowódcy statku.

"Lightowe" podejście do ochrony prezydenta
– Ani za płk. Damiana Jakubowskiego, ani za płk. Andrzeja Pawlikowskiego w
Biurze Ochrony Rządu nie było żadnych patologii, to Biuro funkcjonowało całkiem
nieźle, a na wszelkie nieprawidłowości były szybkie reakcje. W momencie, kiedy
przyszedł pan Janicki nagle wszystko zaczęło się kręcić nie w tym kierunku, co
powinno, BOR mocno się upolityczniło – mówi mjr Robert Terela, były
funkcjonariusz Biura. Jego zdaniem, gen. Janicki nie ma pojęcia o funkcjonowaniu
tej formacji i doprowadził do jej destrukcji. – Skupił się przede wszystkim na
sprawach socjalnych funkcjonariuszy, a w zasadzie, jak funkcjonariuszom zabrać
wszystkie możliwe socjale, natomiast działania ochronne to jest sprawa
dalszoplanowa. To jest jedyny szef BOR, który przejdzie do historii jako ten,
któremu funkcjonariusze zwalniają się albo zaczynają zarzucać, że za jego
dowodzenia następują działania o charakterze mobbingowym – dodaje. Terela, który
jest specjalistą pirotechnikiem i odpowiadał m.in. za zabezpieczenie
pirotechniczne wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku w 2007 roku,
zwraca uwagę na fakt, że w kwietniu ubiegłego roku BOR popełniło wiele zaniechań.
Przede wszystkim – jak wylicza – w przypadku działań ochronnych brak było
uzgodnień co do zabezpieczenia i rozpoznania lotniska. Nie było również
uzgodnień, jeśli chodzi o zabezpieczenie pirotechniczne i techniczne.
Pirotechnik ma obowiązek w przypadku portu wojskowego sprawdzić całą część od
podjazdu przed bramą wjazdową, przez trasę przejazdu, czy nie ma niebezpiecznych
urządzeń i materiałów wybuchowych, samolot właściwy oraz samolot rezerwowy,
terminal wojskowy, drogę kołowania, pas startowy z terenem przyległym i progi
pasowe. – W przypadku Smoleńska zażądałbym, żeby Rosjanie przy mnie sprawdzili
pas startowy, jak również zażądałbym sprawdzenia systemów naprowadzających pod
kątem sprawności, jakie one są, gdzie się znajdują i kto ich pilnuje. To
wszystko powinno być ustalone wcześniej w czasie rekonesansu – zaznacza Terela.
Zdaniem mjr. Tereli, w przypadku ubiegłorocznej wizyty w Katyniu należało – na
drodze dyplomatycznej, a następnie poprzez współpracę – doprowadzić do wspólnych
działań strony polskiej i rosyjskiej. – Samolot Ił-76, którym miały lecieć
służby ochrony Federacji Rosyjskiej, miał trzy próby lądowania i ostatecznie nie
wylądował. Inna sprawa, że pojawił się w przestrzeni powietrznej dopiero w
momencie planowanego lądowania Tu-154M. Nie rozumiem, jak oni mieli w takim
razie zabezpieczyć tę wizytę, skoro na płycie lotniska nie było de facto
ochrony? Chcieli zrobić rozpoznanie dopiero po wylądowaniu prezydenta? – pyta
mjr Terela. Jak zaznacza były funkcjonariusz BOR, Ił-76 powinien wylądować
przynajmniej dwie godziny wcześniej, a polska strona (BOR) powinna to
nadzorować. W momencie, kiedy tego samolotu i służb nie było na lotnisku, Polacy
powinni monitować przez protokół dyplomatyczny i ewentualnie sami podjąć środki
zaradcze. Inercja Janickiego w 2010 roku to jednak nie nowość dla Tereli. Jako
przykład podaje wydarzenia gruzińskie, w wyniku których doszło do zagrożenia
życia prezydenta Kaczyńskiego. – Ustawa jasno zobowiązuje szefa BOR do
określonych działań. Jeden z artykułów precyzuje, że szef BOR ma zmieniać zasady
działań ochronnych, a szef BOR po wydarzeniach gruzińskich powinien zareagować –
stwierdza mjr Robert Terela. Podkreśla, że należało wówczas przyjąć, że był stan
zagrożenia życia prezydenta bez względu na okoliczności i zmienić działania
ochronne na wypadek, gdyby był prawdziwy zamach. – Janicki po wydarzeniach
gruzińskich nie podjął żadnych czynności. W BOR było "lightowe" podejście do
ochrony prezydenta. Życzę wszystkim osobom ochranianym, żeby ich wizyty nie były
zabezpieczane podpisem Janickiego. Najwyraźniej "najlepiej zabezpieczona wizyta"
skończyła się tragicznie – kwituje Terela.
"Nasz Dziennik" zwrócił się z pytaniem do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i
Administracji, co zadecydowało o awansie Mariana Janickiego na generała dywizji
z nadania prezydenta 16 czerwca 2011 roku. Małgorzata Woźniak, rzecznik prasowy
MSWiA, odpisała: "Gen. Marian Janicki otrzymał awans za całokształt pracy na
stanowisku szefa Biura Ochrony Rządu".

 

Piotr Czartoryski-Sziler

 

**********************

 

Generał Marian Janicki:

 

Dogmatyczne zasady

To nie dotyczyło absolutnie procedur lotniczych. Relacje w ówczesnym
czasie, mówię o 2008 roku, między BOR a 36. pułkiem były niedobre. Traktowanie
zarówno personelu pokładowego, mam na myśli funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu,
czyli stewardesy, jak i oficerów nie był właściwy, nie było relacji
partnerskich. Próbowano usunąć w 2007 i 2006 jeszcze roku w ogóle personel
pokładowy z BOR i tylko i wyłącznie dzięki śp. parze prezydenckiej, a przede
wszystkim pani Marii Kaczyńskiej, nasze dziewczyny latały dalej, bo para
prezydencka znała wartość naszych funkcjonariuszy i znała wartość – w
początkowej fazie – pracy stewardes z pułku. To nie były stewardesy, ale
pracownice cywilne 36. pułku, a nas na chybcika próbowano z pokładu samolotu
wyrzucić. Moje stewardesy z Biura Ochrony Rządu są szkolone w Locie na wszystkie
statki powietrzne. 737 boeing, 767 embraer i samoloty 36. pułku za niemałe
pieniądze. A w ówczesnym czasie, nie mówię teraz, stewardesy (za dużo
powiedziane), które obsługiwały pokład z 36. pułku, miały tylko i wyłącznie
przeszkolenie zrobione w 36. pułku. Teraz pułkownik Jemielniak oczywiście
wszystko naprawia.

Bo Pietrzak wstrzymał nam loty
Zwlekanie z obsługą prezydenta, jak to jest w meldunku podpułkownika Olszowca,
niepodanie mu posiłku na pokładzie, pozostawiało wiele do życzenia. Mnie
chodziło nie o procedury pilotów, tylko procedury personelu pokładowego.
Prawdopodobnie pilot zapomniał wyłączyć tej lampki i pan podpułkownik Olszowiec
podszedł i grzecznie poprosił o to, żeby podano posiłek prezydentowi na wyraźne
życzenie prezydenta. Ppłk Olszowiec niejednokrotnie przedstawiał mi sytuację, że
relacje między ochroną a pilotami nie są dobre. Rozmawiałem z generałem
Błasikiem na ten temat kilka razy i powiem szczerze, że to naprawiliśmy. My
nigdy w życiu nie wtrącaliśmy się i nigdy nie będziemy się wtrącać do procedur
lotniczych. Ta sprawa skończyła się rozmową między mną a panem generałem
Błasikiem. Uznaliśmy, że działanie pana pułkownika Pietrzaka – on był panem
świata, w ogóle wstrzymał nam loty, to jest skandal, to jest prokurator. Gdybym
był złośliwy, to wtedy pana Pietrzaka oddałbym prokuratorowi. Pojechałem jednak
do Andrzeja, bo byłem z nim w bardzo dobrych relacjach, i pan Pietrzak stanął w
szeregu tam, gdzie jest jego miejsce. Bo pan Pietrzak próbował się robić już
dowódcą nawet i BOR-u. Zabierał, wyrzucał. Przecież to on wyrzucił stewardesy
BOR z pokładu – w miejsce moich superwyszkolonych stewardes miały być pracownice
cywilne 36. pułku. A przecież dziś nie każdy może obsługiwać prezydenta, trzeba
mieć określone kwalifikacje, posiadać certyfikaty. I efektem mojej rozmowy z
Andrzejem Błasikiem było porozumienie zawarte z Siłami Powietrznymi o podziale
kompetencji na pokładzie statków powietrznych przewożących najważniejsze osoby w
państwie.

Reakcja Błasika
Generał Błasik odebrał to prawdopodobnie w taki sposób, że chodzi mi o te
procedury lotnicze, ale mi o nie absolutnie nie chodziło. Rzeczywiście to pismo
było nie najlepiej sformułowane, więc Andrzej odniósł się do niego w taki
sposób. Byłem u niego i wyjaśniliśmy sobie tę sprawę, że chodzi tu o personel
pokładowy i o nic więcej. Ustaliliśmy, co ma być, i stworzyliśmy porozumienie
między Biurem Ochrony Rządu a Siłami Powietrznymi, które było do wiadomości i
realizacji 36. pułku.

Miska dla pilota
Pułkownik Olszowiec nie leciał przecież pierwszy czy dwudziesty raz, tylko
setny. Jeżeli jest piękna pogoda, jeżeli samolot wyrównał, jeżeli jest wszystko
ok… Wie pan, jak było? Pierwsze jedzenie dostawali panowie piloci, nie pan
prezydent, a kto jest najważniejszy na pokładzie? Oczywiście, że decyduje o
wszystkim pilot – jest to absolutnie poza dyskusją – natomiast, przepraszam
bardzo, kto tu jest dla kogo? Po podziale kompetencji, porozumieniu między mną a
Andrzejem wszystko się zmieniło na lepsze. Mieliśmy z Andrzejem znakomite
relacje.

Mówił mi "chrzestny"…
Pan Andrzej Pawlikowski bardzo dużo mi zawdzięcza, dzięki mnie ma dzisiaj
emeryturę, bo ja go trzymałem rok czasu w dyspozycji. To on mnie przepraszał w
obecności ministra Rapackiego i ówczesnego dyrektora bezpieczeństwa i porządku
publicznego z MSWiA przy przekazywaniu obowiązków, cytuję: "Panie ministrze,
chciałbym przeprosić generała Janickiego za wszystkie złe rzeczy i szkalowania,
które miały miejsce w ostatnim roku. Przepraszam cię, Marian, nie było to z
mojej inicjatywy". Pytam się więc, z czyjej to było inicjatywy? Ja pana
Pawlikowskiego wprowadzałem do BOR w 1994 roku, to ja prosiłem ówczesnego szefa
Mirosława Gawora, żeby przyjął Andrzeja do pracy, i przyjął. To ja go
pilotowałem cały czas, to ja byłem jego opiekunem, to on mnie nazywał
"chrzestnym", bo ja byłem jego wprowadzającym. On jednak potrafił wytaczać
armaty przeciwko mnie, jak się dowiedział, że chodzi gdzieś na giełdzie moje
nazwisko do powrotu. Ja wcale z nim nie walczyłem o to stanowisko. To on mi
powinien dziękować dlatego, że w momencie, kiedy on zakończył pracę jako szef
BOR, miał 13,5 roku służby. To ja trzymałem go rok czasu w dyspozycji, płaciłem
mu, żeby miał 14 i pół roku służby. To ja ze śp. ministrem Władysławem
Stasiakiem prosiłem, żeby wziął Andrzeja do BBN, bo to będzie mu się liczyło do
służby, żeby dosłużył do 15 lat. Udało się, nie został przyjęty z jakichś
względów do BBN, ale poszedł do CBA. Rozmawiałem przecież później z panem
ministrem Mariuszem Kamińskim i panem ministrem Pawłem Wojtunikiem. Zamiast mi
dziękować, szkaluje. Mam grubą skórę, bo jestem szefem BOR i muszę się
spodziewać takich rzeczy, natomiast obraził funkcjonariuszy BOR-u. Jego koledzy
po przeczytaniu tego wywiadu stwierdzili, że jest kłamcą. My w sprawie Smoleńska
– jeszcze raz powtarzam – nie mamy sobie nic do zarzucenia, wykonaliśmy
wszystko, co powinniśmy, funkcjonariusze byli do końca z prezydentem i razem z
nim zginęli. To ja wysłałem grupę wcześniej, wzmocniłem grupę na wizytę
prezydenta. Proszę zadzwonić do Stowarzyszenia Inżynierów Bombowych w Polsce i
zapytać, kto został pirotechnikiem roku poprzedniego. To mój funkcjonariusz i to
on był w Smoleńsku parę dni wcześniej i to oni zabezpieczali Katyń. Że BOR nie
było na płycie? To jest lotnisko wojskowe, wszystko jest wyjaśnione, koledzy
zeznawali, nie mamy sobie nic do zarzucenia.

…a później nazwał farbowanym lisem
Nigdy nie powiem złego słowa na moich poprzedników i chciałbym też, żeby moi
poprzednicy nie szkalowali mnie tak, jak zrobił to jeden z byłych szefów BOR płk
Andrzej Pawlikowski w państwa gazecie. Zapewniam pana, że okłamał was, chciał
sobie zrobić publicity, prawdopodobnie PR, a zrobił sobie czarny PR. Naprawdę
bardzo szanuję "Nasz Dziennik", szanuję pracę dziennikarzy, bo jest to ciężka
praca. To, co jednak wypowiedział w tym wywiadzie pan Pawlikowski, jest bardzo
źle odbierane wśród funkcjonariuszy BOR, których opluł. Pan Pawlikowski powołuje
się na to, że jakby on był szefem BOR, to by znakomicie przygotował wizytę
prezydenta w Smoleńsku, zupełnie inaczej. Cytuję: "Wystarczyło ruszyć tyłek zza
biurka". Oświadczam panu, że tak, jak on przygotował wizytę prezydenta we
wrześniu 2007 roku w Smoleńsku – to jest jeden wielki skandal. Czytałem teczkę
operacji, wcześniej jej nie znałem, bo nie mam w zwyczaju kontrolować kolegów
poprzedników i pluć na nich, żeby w razie czego mieć na nich haki. Koledzy
powiedzieli mi jednak: "Szefie, pan spoglądnie w teczkę operacji wrzesień 2007,
pan zobaczy, jak była wizyta przygotowana i w ogóle, czy funkcjonariusze BOR
byli dopuszczeni do rozmów". Pan Pawlikowski wysłał tam chorążego i kapitana,
oficera ochrony. Do Federalnej Służby Ochrony wysyła się chorążego i kapitana,
oficera ochrony? Ja wysłałem funkcjonariuszy, którymi dowodził płk Florczak,
znakomity specjalista, który przygotowywał wszystkie najważniejsze wizyty od
2008 roku, Westerplatte i inne wizyty prezydentów, premierów i królów. To on
rozmawiał z FSO w Moskwie, on był przyjmowany w kancelarii premiera, w
Federalnej Służbie Ochrony w głównym sztabie. A mój poprzednik wysłał kapitana
oficera ochrony i chorążego i z nikim się nie spotkali. Mało tego, w ogóle
wcześniej nie wysłał pirotechników, tylko pirotechnik przyleciał z prezydentem.
Pytam po co, co on zrobi? I czy Rosjanie dali samochód opancerzony dla
prezydenta? To nie jest wiatr w oczy, my mamy to udokumentowane w teczkach.
Koledzy mi mówią: Jak on mógł tak w "Naszym Dzienniku" oszkalować firmę? To nie
chodzi o to, że mnie nazwał "farbowanym lisem", mnie, który mu rękę podałem.
"Nasz Dziennik" czyta setki tysięcy ludzi, jest w internecie. Pan Pawlikowski
idzie do poczytnej gazety i pluje na firmę i na mnie, więc nie mogę siedzieć
cicho. Koledzy są oburzeni, bo był u mnie dzień wcześniej na kawie w BOR, nie
wiem, co nim kierowało, że przyłożył, ale przyłożył ślepakami. Wizyta w
Smoleńsku w 2010 roku była najlepiej zabezpieczoną wizytą od dziesięciu lat – to
panu gwarantuję i oświadczam. Najwięcej ludzi, najwięcej sprzętu, najdłuższy
okres przygotowań. Moi ludzie nie mieli problemu z załatwieniem z FSO samochodu
opancerzonego dla prezydenta, nie musieli prosić się o samochody ochronne, o
nic. Dla nas nie ma wizyt oficjalnych i prywatnych. My jedziemy z VIP-em na
imieniny i jest tak samo chroniony jak w urzędzie. Podczas prywatnych programów
osób ochranianych są te same procedury. W kwietniu 2010 roku dla pana premiera
była przygotowana logistyka, została również przygotowana dla pana prezydenta,
oczywiście wysłałem więcej ludzi dlatego, że w Katyniu miało być 2-3 tysiące
pielgrzymów.

not. PCz

drukuj