Świadectwo ojca

Powiedzieć życiu TAK

To zdarzyło się ponad dwadzieścia lat temu, a jednak wciąż powraca. Pan Jerzy M. (nazwisko do wiadomości redakcji) nakłonił swoją żonę do zabicia ich drugiego poczętego dziecka. Dziś bardzo żałuje swojego czynu i staje odważnie w obronie każdego istnienia.

Swoje dramatyczne świadectwo życia pan Jerzy przesłał 1 marca br. na ręce prezydenta RP prof. Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki pani Marii Kaczyńskiej. Jak zaznacza, przekazał swój list nie do najwyższych władz państwa, ale przede wszystkim do małżonków, rodziców i dziadków, którzy wiedzą, jak ważne jest życie. Po wydarzeniach, jakie miały miejsce 8 marca w Pałacu Prezydenckim, kiedy to Pierwsza Dama opowiedziała się przeciw zmianom w Konstytucji RP, czyli dopisaniu do artykułu 38 słów „od poczęcia do naturalnej śmierci”, pan Jerzy zadzwonił do „Naszego Dziennika”, by przekazać swoje świadectwo. Jak zaznacza, ma nadzieję, że poruszy ono niejedno sumienie i przyczyni się do uratowania poczętych, a zagrożonych nieistnieniem dzieci.

– Przed laty namówiłem moją małżonkę do tego, by zabiła nasze drugie dziecko. Moja żona była bardzo zrozpaczona, smutna, a ja bardzo naciskałem, chyba też ją szantażowałem. Wtedy bardzo pragnąłem, by usunęła ciążę (usunięcie – tak się wtedy to nazywało), czyli moje dziecko. Żona nosiła je pod swoim sercem, więc nie chciała tego zrobić. Ja – wówczas ponaddwudziestoletni mężczyzna, chciałem być wolny…

Żona bardzo mnie kochała, więc w końcu uległa i zdecydowała się na zabicie naszego dziecka. Zawiozłem ją więc oficjalnie do lekarza, do szpitala, bo wówczas na mocy prawa aborcja była legalna. Żona poszła, a ja czekałem w samochodzie. Moje dziecko zamordowano na moje życzenie, na moje zlecenie.

Gdy żona po zabiegu roztrzęsiona ledwo przyszła do samochodu, spytałem ją, jak wyglądało nasze dziecko, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Wtedy moja małżonka z wielkim wysiłkiem odpowiedziała mi, że nie widziała dziecka, bo lekarz szybko wrzucił je gdzieś do ścieków.

Żyliśmy z tym wiele lat, obwiniając się wzajemnie. Brałem to często na siebie, mówiąc, że dostanę karę w niebie. Moją żonę to jednak nie pocieszało. Czuła się tak samo winna. Nasze życie się zmieniło, już nie było nam miło, dobrze, szczęśliwie. Prysnął gdzieś czar miłości. Często w mojej głowie rodzą się obrazy, które przedstawiają wciąż sceny tamtego dnia i krzyczę całym sobą: NIE!!! Zabiłem swoje dziecko!

Ale czy na pewno sam? Gdyby nam ktoś wówczas pomógł, powiedział, że zabijamy człowieka, to może życie potoczyłoby się inaczej? Dziś myślę, że ani chwili bym nie czekał, by powiedzieć mojej żonie: „Tak, kochanie, bardzo chcę naszego dziecka”. Ale wówczas w Polsce prawo pozwalało na zabijanie ludzkich istnień, a gdyby było inaczej, nikt nigdy tak jak ja nie musiałby potem żałować, że zabił swoje dziecko.

Dziś wiem, że już nigdy tego największego błędu mego życia nie powtórzę.

Mam 45 lat i dwoje, a nie czworo, wspaniałych dzieci. Dlatego tylko dwoje, gdyż jedno dziecko nie żyje na skutek aborcji, a drugie zmarło następnego dnia po narodzeniu. Moja żona zmarła po porodzie, po długim 2,5-miesięcznym wielkim cierpieniu związanym z siedmioma bardzo poważnymi operacjami na skutek krwotoku porodowego związanego z infekcją bakteryjną zwaną sepsą.

Nie żyje to dzieciątko, którego nie chciałem.

Nie żyje to dzieciątko, którego chciałem.

Nie żyje moja żona, z którą być pragnąłem.

Mogliśmy być sześcioosobową, szczęśliwą polską rodziną. Noszę i nosić będę w mym sercu wyrzuty sumienia już do końca mych dni.

Jerzy M.

(nazwisko do wiadomości redakcji)

Świadectwa wysłuchała i spisała je Małgorzata Pabis

drukuj