Strażnik interesu Moskwy

Wojciech Jaruzelski – Kawaler Orderu Lenina, Orderu Rewolucji Październikowej
i Orderu Czerwonego Sztandaru, całkowicie podporządkowany Moskwie dyktator
utrzymujący w Polsce komunistyczny reżim. Po 1989 r. fałszowano jego biografię,
by ukazywać go w pozytywnym świetle, Adam Michnik nazwał go nawet "człowiekiem
honoru".

Wojciech Jaruzelski urodził się w 1923 r. w Kurowie pod Puławami – w rodzinie ze
szlacheckim rodowodem. Nauki pobierał między innymi w gimnazjum księży marianów,
a wychowany został w duchu patriotycznym (ojciec walczył w wojnie
polsko-bolszewickiej). W 1939 r. rodzina Jaruzelskich znalazła się na Litwie, a
po zajęciu jej przez Armię Czerwoną, trafiła na Sybir. Przyszły generał nie
uzyskał zgody Sowietów na wstąpienie do Armii Andersa, trafił więc do tworzonej
przez komunistów Armii Berlinga. Służył w zwiadzie 5. Pułku Piechoty – wraz z 1.
Armią brał udział w walkach z Niemcami, towarzysząc podbijającej Polskę Armii
Czerwonej.

Przeciw wrogom rządu sowieckiego
Od jesieni 1945 r. kontynuował szlak bojowy – jednak tym razem na Lubelszczyźnie
zwalczał UPA i oddziały polskiego podziemia niepodległościowego. W marcu 1946 r.
raportował o udziale we wspólnej akcji z UB i MO we wsi Hestynna: "(…) po
przeprowadzeniu rewizji w tejże wsi aresztowano 10 aktywnych członków
nielegalnej organizacji 'Wolność i Niezawisłość’ (WiN), której kierownikiem w
tutejszym obwodzie jest niejaki 'Azja’. Aresztowano ich za kolportaż ulotek i
proklamacji wrogich rządowi Polskiemu i Radzieckiemu".
Latem 1946 r. Jaruzelski został przeniesiony do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie
objął wojskową komendę miasta. Aktywnie zwalczał niepodległościowe Konspiracyjne
Wojsko Polskie. Najwyraźniej wykazał się przed swoimi zwierzchnikami, ponieważ
już w 1947 r. skierowano go na studia w Centrum Wyszkolenia Piechoty w
Rembertowie. Później błyskawicznie rozwijał wojskową karierę. Wpływ na szybkość
awansów miały zapewne dwa fakty: wstąpienie do Polskiej Partii Robotniczej (od
1948 r. Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) oraz tajna współpraca z –
pozostającą w tym czasie pod całkowitą kontrolą Sowietów – Informacją Wojskową.
Jaruzelski współpracował z nią pod ps. "Wolski" osiem lat – od 1946 do 1954
roku. W 1949 r. charakteryzowano go krótko: "(…) jednostka wartościowa,
członek Partii. Dobry tajny współpracownik, nadający się na rezydenta". Rezydent
był wyższą formą współpracy, sprawdzonym konfidentem, któremu oficerowie
wojskowej bezpieki powierzali zadanie prowadzenia przekazanych mu "na łączność"
kilku tajnych informatorów.

Komunizm z sowiecką twarzą
Jaruzelski przeszedł przez stanowiska dowódcze w Wojskach Lądowych, a w 1956 r.
został najmłodszym generałem w Ludowym Wojsku Polskim. Cztery lata później
został szefem Głównego Zarządu Politycznego. Jako naczelny politruk odpowiadał
za sprawy ideologiczne w LWP – sprawował także polityczne zwierzchnictwo nad
sądownictwem wojskowym czy Wojskową Służbą Wewnętrzną. Angażował się w akcje
prowadzone przeciw alumnom i klerykom wcielonym do LWP. Zanotował wówczas m.in.:
"(…) chodzi przecież nie tylko o to, by przeorientować alumnów, ale o to, by
jak najwięcej z nich oderwać od kleru". Zwrócił na siebie uwagę Władysława
Gomułki (choć ten do końca swych rządów nie darzył Jaruzelskiego specjalnym
zaufaniem) – w 1962 r. objął funkcję wiceministra obrony narodowej (nadal
kierując GZP), a w 1964 r. wszedł do Komitetu Centralnego PZPR. Rok później
został szefem Sztabu Generalnego LWP. Nadal dawał świadectwa wyjątkowej
dyspozycyjności wobec reżimu. Gdy po wojnie arabsko-izraelskiej w 1967 r.
rozpoczynano antysemicką nagonkę – której kulminacja przypadła na rok 1968 –
Jaruzelski w niej aktywnie uczestniczył (m.in. podpisywał rozkazy personalne o
zwolnienie z LWP oficerów żydowskiego pochodzenia). Nawoływał: "Stosunek ludzi
do Izraela był testem. Popierający ją [czyli akcję Izraela – przyp. F.M.]
wyrażali jednocześnie swą proimperialistyczną postawę. W wojsku jest mniej
nosicieli obcych poglądów, a każdy taki przypadek musi być szczególnie
niepokojący".
Po tej kampanii spotkał go awans – w kwietniu 1968 r. został ministrem obrony
narodowej (funkcję tę sprawował do 1983 r.). Od razu włączył się w nakazane
przez Sowietów przygotowania do zbrojnej interwencji w Czechosłowacji, w której
jedna z komunistycznych frakcji usiłowała pod hasłem "socjalizmu z ludzką
twarzą" częściowo demokratyzować system. Ostatecznie LWP wkroczyło do
Czechosłowacji w sierpniu 1968 r. w ramach operacji Układu Warszawskiego –
okupację utrzymano do listopada, skutecznie dławiąc czechosłowackie dążenia do
liberalizacji reżimu. W czasie pacyfikowania Czechosłowacji Jaruzelski został
mianowany generałem broni (w 1960 r. został generałem dywizji).

Strzelać do robotników
Dwa lata później LWP skierowano do tłumienia robotniczej rewolty na Wybrzeżu,
która wybuchła po wprowadzeniu przez komunistów tuż przed świętami Bożego
Narodzenia podwyżki cen, m.in. na żywność. Do pacyfikacji użyto 27 tys.
żołnierzy, 550 czołgów, 750 transporterów opancerzonych… ale także 108
samolotów i śmigłowców, a nawet 40 jednostek pływających marynarki wojennej.
Po wybuchu rewolty, 15 grudnia Jaruzelski uczestniczył w posiedzeniu Biura
Politycznego (w którego skład jeszcze nie wchodził), w czasie którego podjęto
decyzję o użyciu broni przeciw manifestantom. W czasie tłumienia robotniczej
rewolty na Wybrzeżu zabito 44 osoby, a raniono co najmniej 1165. Do większości z
nich strzelali podwładni Jaruzelskiego – żołnierze LWP. W 2001 r. rozpoczął się,
niezakończony do dziś, proces w sprawie "sprawstwa kierowniczego" robotniczej
masakry na Wybrzeżu. Prokurator oskarża Jaruzelskiego o to, że: "(…) w dniu 15
grudnia 1970 roku, na polecenie I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej Władysława Gomułki wydał (…) rozkaz użycia
broni palnej przez działające w rejonach demonstracji oddziały i pododdziały
wojskowe, przewidując i godząc się, że może to spowodować zgon nieokreślonej
liczby osób w następstwie oddanych strzałów, w wyniku czego śmierć poniosło 29
osób (…)". Krwawa pacyfikacja robotniczego buntu zakończyła się zmianą na
stanowisku I sekretarza KC PZPR. Kreml faworyzował Edwarda Gierka, który był
wspierany przez część sił w PZPR, a polityczna wolta miała uspokoić społeczne
nastroje. W kolejnych tygodniach, ze względów propagandowych, od władzy
odsunięto niemal wszystkie osoby współodpowiedzialne za decyzje o strzelaniu do
robotników. Jaruzelski pozostał na swoim stanowisku – współuczestniczył bowiem,
w popieranym przez Sowietów, wewnątrzpartyjnym puczu, który wyniósł Gierka do
władzy. Nowy I sekretarz KC PZPR odwdzięczył się mu, m.in. powołując go w skład
Biura Politycznego w pierwszą rocznicę krwawej pacyfikacji – w grudniu 1971
roku. Dwa lata później Jaruzelskiego mianowano generałem armii – stopień
wprowadzony na wzór sowiecki, i jak twierdzono wymyślony specjalnie dla niego.

Stan wojenny w obronie władzy
Był fenomenem wśród komunistycznego establishmentu. Bezustannie piął się w górę.
Był odporny na polityczne zawirowania. Z pewnością cieszył się poparciem Kremla,
co było ważne, jednak istotna była także umiejętność zmiany sojuszy i dołączenie
do zwycięskiej frakcji w PZPR.
W czasie kolejnego robotniczego protestu w czerwcu 1976 r. Jaruzelski pozostał
na uboczu – LWP nie wykorzystano do pacyfikacji. Niemniej stworzono specjalne
kompanie polowe, do których skierowano po to, by osłabić siłę społecznych
protestów, ponad tysiąc osób (na mniejszą skalę metodę tę stosowano już
wcześniej w 1968 i 1970 r.). W większości były one wytypowane przez Służbę
Bezpieczeństwa, jako przejawiające antyreżimową aktywność – m.in.: osoby aktywne
w marcu 1968 r. czy uczestniczące w strajkach i manifestacjach z lat 1970/1971.
Szansę na ukoronowanie politycznej kariery Jaruzelski otrzymał w czasie
"karnawału Solidarności". Strajki z lata 1980 r. zmiotły Gierka, którego
zastąpił Stanisław Kania (Jaruzelski spiskował z nim przeciw Gomułce w grudniu
1970 r.). Nowy I sekretarz w lutym 1981 r. powierzył Jaruzelskiemu funkcję
premiera PRL.
Kania nie potrafił zdławić "Solidarności", wobec coraz większego
zniecierpliwienia Moskwy doszło do kolejnego przesilenia na szczytach władzy
PZPR – a tym samym PRL. W październiku 1981 r. I sekretarzem KC PZPR został
Jaruzelski – który nadal pełnił funkcje premiera i ministra obrony narodowej.
Nazajutrz po objęciu funkcji powiedział Leonidowi Breżniewowi: "Bardzo wam
dziękuję, drogi Leonidzie Iljiczu, za gratulacje i przede wszystkim za zaufanie,
którym mnie obdarzyliście. Chcę wam otwarcie powiedzieć, że zgodziłem się
przyjąć to stanowisko po dużej wewnętrznej walce, i tylko dlatego, iż
wiedziałem, że wy mnie popieracie i że wy jesteście za taką decyzją. Jeżeli
byłoby inaczej, nigdy bym się na to nie zgodził (…) Zrobię, Leonidzie Iljiczu,
wszystko jako komunista i jako żołnierz, żeby było lepiej, żeby osiągnąć przełom
w sytuacji w naszym kraju, w naszej Partii". Przełomem miało być wprowadzenie
stanu wojennego, do którego Jaruzelski czynił już wcześniej przygotowania jako
minister obrony narodowej. Jednak nie był pewny, czy zdoła opanować sytuację w
kraju. Dlatego prosił Sowietów o pomoc. Jeszcze 10 grudnia 1981 r. Anatolij
Rusakow relacjonował innym członkom sowieckiego Politbiura stanowisko I
sekretarza KC PZPR: "Gdyby siły polskie nie złamały oporu 'Solidarności’, to
towarzysze polscy liczą na pomoc innych krajów, nawet na wprowadzenie wojsk na
terytorium Polski". Jeszcze 12 grudnia w czasie rozmów z dowódcą Układu
Warszawskiego marsz. Wiktorem Kulikowem Jaruzelski miał nalegać na sowiecką
interwencję.
Wiktor Anoszkin, adiutant Kulikowa, tak zanotował wypowiedź Jaruzelskiego:
"Trzeźwo oceniamy sytuację i jeśli nie będzie politycznego, ekonomicznego i
wojskowego wsparcia ze strony ZSRR, to nasz kraj może być stracony". I dodał:
"Bez poparcia ZSRR nie możemy iść naprzód, pójść na ten krok". Kulikow rozwiał
jednak nadzieje I sekretarza KC PZPR, jasno dając do zrozumienia, że o
sowieckiej interwencji nie może być mowy.

Utrzymać władzę
Operacja stanu wojennego, zapoczątkowana 13 grudnia 1981 r., powiodła się jednak
nadspodziewanie dobrze – złamała kręgosłup "Solidarności" (w czasie stanu
wojennego zginęło 40 opozycjonistów, ok. 10 tys. internowano, a sądy na
podstawie dekretu o stanie wojennym skazały ok. 7,5 tys. osób, dalszych kilka
tysięcy osób na podstawie innych kodeksów). Z drugiej strony, stan wojenny
przyniósł sankcje gospodarcze zastosowane przez USA, które pogłębiły i tak już
katastrofalną sytuację gospodarczą PRL. Kryzys trawił już wówczas cały blok
wschodni, włącznie z ZSRS. Kreml zdecydował więc o próbie przeprowadzenia
operacji zmierzającej do liberalizacji sfery gospodarczej przy utrzymaniu władzy
politycznej. W PRL rozważano jej kilka wariantów: system prezydencki czy
kooptację części opozycji, ostatecznie jednak zdecydowano się na wariant
kontraktowego dopuszczenia części opozycji do władzy. Wbrew potocznemu
przekonaniu PRL nie była pionierem tego procesu. Jeszcze podczas obrad Okrągłego
Stołu w Sowietach przeprowadzono wybory reprezentantów do Zjazdu Deputowanych
Ludowych, w których 15 proc. miejsc pozostawiono dla "bezpartyjnych". Z punktu
widzenia władzy Okrągły Stół i kontraktowe wybory miały być operacją
socjotechniczną, pozorem demokratyzacji systemu, pozwalającym zrzucić na
opozycję część odpowiedzialności za nieuchronne i społecznie kosztowne reformy
gospodarcze. Jeszcze w marcu 1989 r. Jaruzelski grzmiał: "(…) wraca pytanie o
gwarancje, czy nie zostaniemy zepchnięci z drogi socjalizmu. Wykluczone! Kto
miałby taki zamiar, niech go sobie wybije z głowy. (…) Ten okręt –
socjalistyczna Polska – był, jest i będzie niezatapialny".
Plan jednak nie został w pełni zrealizowany, poprzez zaskakujące – dla obu stron
okrągłostołowego kontraktu – wysokie poparcie wyborcze dla strony opozycyjnej.
Mimo sukcesu dającego możliwość pogrążenia komunistów, ta część opozycji, którą
PZPR-owcy dopuścili do obrad przy Okrągłym Stole, postanowiła wypełnić
postanowienia zawartej umowy. Jaruzelski został wybrany przez połączone izby
kontraktowego Sejmu i Senatu na prezydenta przewagą jednego głosu. Stało się to
możliwe dzięki siedmiu posłom i senatorom Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego,
którzy nie przyszli na głosowanie… Funkcję tę sprawował do końca 1990 r., do
pierwszych powszechnych i wolnych wyborów prezydenckich.

Niszczące kłamstwa
W czasie wizyty Tadeusza Mazowieckiego w Moskwie w listopadzie 1989 r. premier
ZSRS Nikołaj Ryżkow przestrzegał: "(…) dochodzą do nas informacje, że w ósmą
rocznicę wprowadzenia stanu wojennego określone siły chcą podgrzać sprawę,
głównie przeciwko Jaruzelskiemu i PZPR. (…) teraz cios w PZPR i personalnie w
generała Jaruzelskiego nie byłby dobry dla pracy rządu koalicyjnego w Polsce
(…)". Dziwnym zbiegiem okoliczności pierwszy niekomunistyczny szef
Radiokomitetu Andrzej Drawicz wydał w 1989 r. instrukcję, która nakazywała, by
wobec Jaruzelskiego "wystrzegać się jakichkolwiek ataków personalnych, a
zwłaszcza ewentualnych prób dezawuowania osoby prezydenta PRL".
Równolegle – istniejąca wciąż SB – rozpoczęła operację, która miała wprowadzić
do społecznej świadomości mit "mniejszego zła". Polega on na przekonywaniu
opinii publicznej – wbrew faktom – że wprowadzenie przez Jaruzelskiego stanu
wojennego uchroniło PRL przed interwencją sowiecką. Były komunistyczny dyktator
i życzliwe mu media od 1989 r. uporczywie powtarzają tę wersję.
Zakłamywanie historycznej prawdy idzie jednak znacznie dalej. W grudniu 2002 r.
Jaruzelski powiedział: "Każdy człowiek jest inny, każdy ma inny życiorys. Jest
więc bardzo niebezpieczne – często się z tym spotykamy – dzielenie ludzi na
tych, którzy bardziej, i tych, którzy mniej kochają Polskę. Nikt nie ma monopolu
na patriotyzm. Jest on uczuciem subiektywnym. Moja frontowa droga, droga części
obecnych na tej sali osób prowadziła z Syberii (…) – na zachód do Berlina, do
Łaby. W tymże samym czasie inni młodzi ludzie naszego pokolenia szli do lasu
(…) Dziś chcę powiedzieć, że i my, idący na Berlin, i ci, którzy poszli do
lasu – nie mówię o osobach i grupach o charakterze awanturniczym lub bandyckim –
kierowali się patriotycznymi pobudkami. O tym, z jakiej znaleźli się strony –
zadecydował częstokroć los, przypadek".
Ci, którzy gloryfikują dziś Jaruzelskiego, przyjmują tym samym jego wersję, że
to przypadek decydował, kto walczył o niepodległość, a kto reprezentował nad
Wisłą sowieckie imperium. Podnoszą tym samym komunistów na poziom tych, którzy
jak gen. Leopold Okulicki "Niedźwiadek", gen. August Emil Fieldorf "Nil",
Ryszard Kaczorowski, ks. Jerzy Popiełuszko czy Anna Walentynowicz swoim życiem
dali świadectwo wierności patriotycznym ideałom.

Dr Filip
Musiał

Autor jest pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, kieruje Referatem Badań
Naukowych w oddziałowym biurze Edukacji Publicznej w Krakowie.

drukuj