Stocznia stała się dla nas oazą wolności


Z Alojzym Szablewskim, członkiem Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r., pierwszym przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańskiej, byłym żołnierzem AK i działaczem Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, posłem na Sejm I kadencji, rozmawia Justyna Wiszniewska

W sierpniu 1980 r. był Pan członkiem Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża – opozycyjnej organizacji, z której inicjatywy została podjęta decyzja o rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej. Jakie były okoliczności tej decyzji?

– W lipcu 1980 r. wybuchły strajki w Świdniku i w Lublinie, które stopniowo zaczęły się rozszerzać na cały kraj. Społeczeństwo polskie protestowało przeciwko podwyżkom cen żywności. Z drugiej strony dochodziły do nas informacje, że z Polski wywożona jest żywność na olimpiadę w Moskwie. Rosjanie chcieli pokazać całemu światu, że w Sowietach panuje dobrobyt. Kiedy dowiedzieli się o tym kolejarze w Lublinie, rozplombowali wagon, otworzyli jeden z pojemników i okazało się, że rzeczywiście były w nim wędliny, mięso itd. Na Wybrzeżu zaczęła się rodzić myśl o podjęciu strajku na większą skalę. Powoli stawało się to możliwe, gdyż byliśmy do tego coraz lepiej przygotowani. Nastąpiła już bowiem pewna konsolidacja środowisk pracowniczych, głównie dzięki Wolnym Związkom Zawodowym. Ostatecznie zapadła decyzja, że strajk rozpocznie się w Stoczni Gdańskiej, 14 sierpnia. Bezpośrednią przyczyną podjęcia akcji strajkowej było zwolnienie z pracy Anny Walentynowicz, działaczki WZZ. Postanowiliśmy, co było bardzo ważne, że nie wyjdziemy na ulicę, tak jak to miało miejsce w 1970 roku, ale pozostaniemy w zakładzie, żeby nie doprowadzić do masakry.

Dlaczego na przywódcę strajku wyznaczono Lecha Wałęsę?

– Dlatego że był robotnikiem i był poszkodowany, gdyż został wyrzucony z pracy w stoczni w 1976 roku, poza tym współpracował z WZZ, skąd otrzymywał pomoc finansową. Wychodziliśmy z założenia, że z jednej strony władza ludowa powinna uszanować właśnie robotnika, a z drugiej, że to właśnie za robotnikiem prędzej ujmą się miliony niż za przedstawicielem inteligencji. Powiem szczerze, że w sierpniu 1980 roku Wałęsa nam wszystkim imponował. Był odważny, wiedział, jak postępować, docenialiśmy to tym bardziej, że przeciwstawianie się władzy było bardzo ryzykowne. Żyliśmy w ciągłym napięciu, że zakład zostanie spacyfikowany. Obawialiśmy się, iż zostaną zrzuceni spadochroniarze, że przyjadą czołgi.

Jak w świetle późniejszych wydarzeń czy dokumentów IPN patrzy Pan na fakt przywództwa Lecha Wałęsy?

– Dziwne, że Wałęsa spóźnił się na strajk 4 godziny. Polecono mu stawić się w stoczni o godzinie 6.00, a zjawił się tam dopiero o godzinie 10.00, kiedy strajk był już w pełni. Mimo to na mocy wcześniejszego porozumienia został przewodniczącym Komitetu Strajkowego. Kiedy byłem posłem I kadencji Sejmu, dziwiłem się, że Wałęsa sprzeciwiał się lustracji. Dlaczego tak nerwowo reagował? Nie chcieliśmy przecież budować szubienicy i nikogo na niej wieszać, chcieliśmy jedynie sprawdzić, do kogo możemy mieć zaufanie, a do kogo nie. W Sejmie byłem inicjatorem ustawy, na mocy której miały być odebrane byłym funkcjonariuszom UB i SB wysokie, uprzywilejowane emerytury. Sejm i Senat ustawę przyjął, a Wałęsa jej nie podpisał. W tych i innych okolicznościach Lech Wałęsa sam sobie wystawiał niechlubne świadectwo.



Czego domagali się strajkujący stoczniowcy?


– Zawiązaliśmy Komitet Strajkowy, w którym znalazł się m.in. Jan Koziatek, Henryk Jagielski (nazywał się tak samo jak ówczesny wicepremier), Anna Walentynowicz. Liczyliśmy na to, że jeśli w strajku weźmie udział 17 tys. ludzi zatrudnionych w stoczni, to odbije się on szerokim echem i przyłączą się do nas pozostałe stocznie i inne zakłady pracy. Zostały sformułowane pierwsze postulaty. Na kawałku dykty stoczniowcy napisali: „Żądamy przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz”. Drugim postulatem było żądanie podwyżki 1 tys. zł jako dodatku drożyźnianego. Już wtedy pojawił się postulat, aby powołać niezależne od władzy wolne związki zawodowe. Po wydarzeniach Poznania ’56, Gdańska ’70 czy Radomia ’76 stało się jasne, że komuniści na chwilę się reflektują, idą na pewne ustępstwa, a później wracają do tego, co było przedtem. Tę praktykę miało ilustrować popularne wówczas powiedzenie, że władza odkręciła śrubę, posmarowała ją, ale po to, żeby lepiej ją dokręcić. Potrzebne więc były wolne związki zawodowe, które patrzyłyby władzy na ręce i w razie czego mogły się jej przeciwstawić. Pojawił się też postulat, aby władza zgodziła się wreszcie na postawienie pomnika lub umieszczenie tablicy pamiątkowej ku czci poległych stoczniowców w 1970 roku. Ostatni postulat dotyczył zagwarantowania strajkującym, że nie będą represjonowani. Strajk rozpoczął się w czwartek, a w sobotę w godzinach południowych właściwie było już po strajku. W piątek, solidaryzując się z nami, stanęła komunikacja miejska. To było bardzo znaczące, gdyż każdy, kto przyjeżdżał do Gdańska, od razu widział, że dzieje się coś poważnego. Później stanęły Stocznia Gdynia, Stocznia Północna, Stocznia Remontowa. Władza widziała, że coraz więcej zakładów nas popiera. Przestraszyła się i czym prędzej zgodziła się na nasze postulaty. Gdy Wałęsa otrzymał zapewnienie, że ma zagwarantowaną ich realizację, ogłosił w sobotę, 16 sierpnia, przez radiowęzeł zakończenie strajku i stoczniowcy zaczęli opuszczać stocznię. Czy ze strony Wałęsy było to zamierzone posunięcie, czy tylko niedopatrzenie?



Nie został przecież zatwierdzony ważny postulat domagający się powołania niezależnych od władz wolnych związków zawodowych…


– Rzeczywiście. Stało się tak może dlatego, że strajk miał charakter miejscowy i w związku z tym w pewnym momencie wycofano się z tego… W każdym razie, kiedy komunikat o zakończeniu strajku wyszedł poza stocznię, przyjechali przedstawiciele komunikacji miejskiej i powiedzieli: „Co wyście zrobili? Zakończyliście strajk, uzyskując realizację swoich postulatów, a co z nami? Przecież to my was popieraliśmy”. Panie Walentynowicz, Alina Pienkowska pobiegły zamknąć bramy, prosiły wychodzących, aby zostali, bo strajk musi trwać dalej, by wywalczyć postulaty dla innych. Ponowne zebranie ludzi było utrudnione, bo w momencie, gdy Wałęsa ogłosił zakończenie strajku, wyłączono nagłośnienie i nikt już nie usłyszał wezwania do kontynuowania protestu. Robotnicy wychodzili poza bramę przekonani, że spełnili swój obowiązek. Dopiero rozsyłano do nich gońców z wiadomością, że strajk trwa nadal. W sobotę niewiele osób wróciło do stoczni. Dla tych, którzy zostali, ks. Henryk Jankowski, proboszcz parafii św. Brygidy w Gdańsku, odprawił przed bramą stoczni niedzielną Mszę Świętą. Oprócz stoczniowców wzięło w niej udział kilka tysięcy mieszkańców Gdańska. Postawiono na placu krzyż, mniej więcej w tym miejscu, gdzie stoją obecne krzyże. To był decydujący moment, w którym ludzie zaczęli wracać do stoczni. W poniedziałek, m.in. Jan Koziatek i ja, stanęliśmy przy bramie i mówiliśmy przychodzącym do pracy stoczniowcom: „Prosimy was bardzo, nie rozpoczynajcie pracy, dlatego że walczymy w dalszym ciągu o spełnienie postulatów dla innych zakładów pracy”.



W ten sposób nieoczekiwanie strajk zaczął nabierać charakteru solidarnościowego…


– Tak. W poniedziałek, 18 sierpnia, stocznia ponownie stanęła. To był początek strajku solidarnościowego. Poprzedniego dnia, w niedzielę wieczorem, zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Został utworzony z przedstawicieli ok. 20 największych zakładów, m.in. takich jak Siarkopol, PKS, Stocznia Północna, Stocznia Gdynia itd. W godzinach nocnych wspólnie ustalono 21 najważniejszych postulatów. W pewnym momencie ktoś powiedział: „Dosyć, mamy 21 postulatów, to jest szczęśliwa liczba – pokerowe oczko – na tym poprzestańmy. Kiedy będziemy mieli wolne związki, to będziemy stawiać następne”. Na drugi dzień postulaty zostały wydrukowane w formie ulotki i rozpowszechnione, żeby było wiadomo, o co walczymy. Przez cały poniedziałek przyjeżdżały delegacje z kolejnych zakładów. Nowe komitety strajkowe rosły jak grzyby po deszczu. Przyjeżdżała delegacja, składała swoją deklarację, że przystępuje do strajku solidarnościowego. Każdy delegat – przewodniczący dostawał przepustkę, która upoważniała go do udziału w posiedzeniach MKS. Rozmowy odbywały się w słynnej sali BHP.

Jaki wpływ miało nauczanie Jana Pawła II na Polaków strajkujących w sierpniu 1980 roku?

– Cały Naród Polski był zafascynowany I pielgrzymką Jana Pawła II do Polski w 1979 r. i papieskim przesłaniem. Stoczniowcy spontanicznie przynosili portrety Papieża, obrazy Matki Bożej i wieszali je na bramie, dlatego że uważali, iż tylko w ten sposób mogą odnieść zwycięstwo. Jan Paweł II traktowany był jako nasz przywódca, który zainicjował tę sprawę. Zaledwie rok wcześniej na placu Zwycięstwa wezwał Ducha Świętego, aby odnowił oblicze naszej polskiej ziemi. Polacy zobaczyli wtedy, że razem stanowią siłę. Zarówno podczas pielgrzymki, jak i w czasie strajku czuło się jednomyślność w Narodzie. To mi imponowało. Wszyscy wtedy czuliśmy się braćmi.

Czy można powiedzieć, że podczas strajku w stoczni nastąpiło moralne przebudzenie Polaków? Na ile świadomość konieczności zmian szła w kierunku odzyskania przez Polskę wolności?

– Polacy w latach PRL pragnęli, aby Polska stała się wolnym krajem. Naszym celem była walka o niezależność narodową i społeczną. Nic zatem dziwnego, że większość Polaków tak spontanicznie popierała strajk sierpniowy. Po podpisaniu porozumienia z rządem ludzie entuzjastycznie wstępowali do „Solidarności”. W ciągu zaledwie kilkunastu dni w całym kraju do nowego związku zapisało się ok. 10 milionów ludzi pracujących! Wówczas wszystkich pracujących Polaków było ok. 12 milionów. Takiego entuzjazmu w Narodzie później już nie spotkałem. „Solidarność” zyskała rozgłos w całym świecie. Podczas strajku miałem pełne ręce roboty, ale bywało, że inni robotnicy trochę się nudzili i czasami robili składkę na alkohol. Nasza straż przechwytywała to i od razu rozbijano butelki o bruk. Zażądaliśmy od wojewody, żeby w ogóle zakazał sprzedawania w sklepach alkoholu na czas trwania strajku. Przez to załoga była zdyscyplinowana, trzeźwa i panował porządek. Potrzebowaliśmy olbrzymiego zaopatrzenia w żywność. Została uruchomiona stołówka i trzeba było wydawać jedzenie strajkującym stoczniowcom. Rolnicy przywozili nam mięso, przetwory, warzywa itd. Mieszkańcy Gdańska przynosili jedzenie w siatkach. Nikt nie odczuwał głodu. Aby ludzi podtrzymać na duchu, organizowano dla nich pogadanki, codziennie były nabożeństwa różańcowe, ludzie masowo się spowiadali, odprawiano Msze Święte. Tak więc atmosfera podczas strajku była cudowna. Stocznia stała się dla nas oazą wolności.

Przejdźmy może do samego momentu podpisania porozumienia. Jak Pan wspomina ten dzień?

– Pertraktacje trwały już bardzo długo. Władza zwlekała z decyzją, być może licząc na to, że strajk wygaśnie – trwał przecież 18 dni! W pewnym momencie powiedziałem do Lecha Wałęsy: „Poślij delegację na Śląsk, żeby kopalnie stanęły. Strajk się przeciąga, ludzie są już zmęczeni, zaczynają chorować”. Posłano delegację i w Jastrzębiu również został zorganizowany strajk. Kiedy stanęły kopalnie, wśród komunistów zapanowała bardzo nerwowa atmosfera. W sobotę, 30 sierpnia, rano wicepremier Mieczysław Jagielski podpisał porozumienie w sprawie dwóch postulatów, a więc powołania wolnych związków zawodowych – w tej sprawie był ze strony władzy największy opór – oraz postulat dotyczący prawa do strajku. Kiedy wrócił w niedzielę, 31 sierpnia, rano w ciągu ok. godziny podpisał 19 pozostałych postulatów. Nie było już żadnej dyskusji, żądań ustępstw z naszej strony. Miał widocznie polecenie, aby wszystko podpisać, bo komunistom grunt palił się pod nogami. Oficjalne zakończenie i podpisanie porozumień odbyło się po południu, ok. godz. 17.00.

Stocznia Gdańska stanowiła prężne środowisko, zdolne do zainicjowania kluczowych przemian w Polsce. Co decydowało o jego sile?

– W stoczni skupiła się śmietanka polskiego społeczeństwa, ludzie młodzi, prężni, odważni. Na skutek zawirowań wojennych przyjechali z różnych stron, np. z Kresów. Miałem kolegów z Wołynia, z Wileńszczyzny… wielu było w AK. To oni byli najbardziej zaciekli w oporze wobec komuny. Poza tym w dużym zbiorowisku, takim jak stocznia, łatwiej było zorganizować protest, bo wszyscy byli razem. Gorzej sytuacja wyglądała w małych zakładach, gdzie władza mogła zdusić strajk od razu. A stocznia stanowiła potężną siłę. Dlatego komuniści postanowili ten duży zakład zlikwidować. Już Mieczysław Rakowski w 1988 roku dążył do tego, aby po ówczesnych strajkach zniszczyć stocznię, bo była dla nich zakałą. Dziwię się tylko, że inni nie bronili tego zakładu. Najboleśniejsze jest to, że i dziś władza jest tak niemrawa, iż nie potrafi walczyć. Dlaczego niemieckie stocznie otrzymują dotacje, a my jesteśmy karani? Żyjmy we wspólnocie narodów, ale wolnych, a nie w sytuacji, że jeden naród narzuca swoją wolę drugiemu. To musi się skończyć. Czym dla rządzącej PO jest Polska? Walczą z patriotyzmem i z wiarą katolicką. Jeśli Polacy tego nie zrozumieją, to niech nie oczekują lepszych czasów. Mówię to z racji tej rocznicy, bo myśmy walczyli o inną Polskę.

Nawet jeśli założymy, że strajk był sprowokowany na szczytach władzy, to czy w jakimś stopniu nie przerósł jej przewidywań?

– Dla władzy komunistycznej to był nokaut. Dla mnie najważniejsze było to, że wywalczyliśmy wolne związki zawodowe. Z tego się bardzo ucieszyłem.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj