Stać się jak dziecko
Synek moich przyjaciół, wówczas pięcioletni, nie cierpiał zawiązywania
sznurówek. Opór przejawiał szczególnie przed wyjściem do przedszkola, gdy czas
naglił. Pewnego poranka, już po kolejnej próbie nacisku ze strony swojej mamy,
rzucił: "Ale zawiązywanie sznurówek nie jest przecież najważniejsze na
świecie!". W odpowiedzi na to zirytowana potężnie rodzicielka zapytała: "Tak? A
co jest?". Mały spokojnie podniósł wzrok i stwierdził: "Kochać Pana Boga".
Psycholog rozwojowy zapewne stwierdziłby, że to taki etap rozwoju, który
charakteryzuje się heterogenicznością norm moralnych, co po polsku oznacza
przyjmowanie zasad moralnych z zewnątrz, więc chłopiec powielił po prostu treści
etyczne, jakich realizacje widział u swoich rodziców. Ale co powiedzieć o
sytuacjach, kiedy dzieci stają się nauczycielami wiary swoich rodziców? Jak
chociażby niespełna siedmioletnia Antonietta Meo, która umierając na raka kości
w latach 30. zeszłego wieku, pragnęła cierpieć dla Jezusa i ze spokojem
przyjmowała ból, który dla jej mamy i taty był nie do przyjęcia.
Stulecie dziecięcych świadków
Końcówka XIX wieku i wiek XX przyniosły nam wielu świętych, o których
wspominając, używamy przymiotników "mały", a o ich duchowości mówimy, że była
właśnie dziecięca. Na liście tej znajdziemy m.in. Małą Tereskę od Dzieciątka
Jezus, Małą Miriam Arabkę, dzieci z Fatimy, Antoniettę Meo czy też zmarłą w 2007
roku 11-letnią Glorię Strauss, której zmagania z chorobą przyniosły wielu
ludziom nawrócenie. Cechą, którą odnajdziemy w duchowości każdej z tych osób,
była głęboka ufność płynąca z przekonania o byciu kochanym przez Boga, Boga
Wszechmocnego, który jest w stanie uczynić cokolwiek zechce. Jednocześnie w
świadectwach o nich możemy przeczytać o intymności, bezpośredniości ich relacji
do Boga. Nieodmiennie rozczula mnie historia, jak Antonietta, po amputacji
jednej nogi, podczas modlitwy w kościele odsunęła sobie kulą zasłonkę na
tabernakulum i scenicznym szeptem zapytała Eucharystycznego Jezusa: "Pójdziesz
się ze mną pobawić?".
Na fakt, że wśród świętych obecnego czasu tak wiele jest dzieci czy też osób o
dziecięcej duchowości, patrzę jako na znak. Kiedy świat wokół nas zaczyna
chorować na "pedofobię", jak określił zjawisko lęku przed dziećmi rzymski
neonatolog dr Carlo Belieni, Bóg wydaje się stawiać jako świadków właśnie
dzieci. Przyjrzyjmy się więc bliżej, skąd dzieci czerpią wiarę? Na czym opiera
się charakterystyczna dla ich życia duchowego postawa całkowitej ufności?
Być duchowo jak dziecko
Nawet butny dwulatek pozostawiony sam sobie w obcym miejscu nagle wybucha
płaczem i goni rodziców. On wie, chociaż nie umie tego nazwać, że jest zależny
od dorosłych i ich potrzebuje. Tak przejawia się fundamentalne dla dziecięcej
wizji świata doświadczenie: bycie zależnym. Emocjonalnie, ale także fizycznie od
tych, którzy przekazali nam życie.
I to doświadczenie ma dwie twarze, bo można zależeć jako niewolnik albo jako
ktoś kochany i kochający. Tu pojawia się wyzwanie dla rodziców: podstawowym
oczekiwaniem, jakie przynosi ze sobą dziecko, jest pragnienie bycia przyjętym.
Do rodziców należy tylko i aż tyle: bezwarunkowo przyjąć dziecko. Nawet jeśli
jest chłopcem, a nie dziewczynką, poczęło się w niewłaściwym według rodziców
czasie, choruje, ma wady. Dziecko wie, że jest zależne – to rodzice muszą
sprawić, by była to zależność miłości, nie niewolnicza.
Bezwarunkowe przyjęcie nie oznacza jednak bezwarunkowej akceptacji dla
wszystkich działań podejmowanych przez dziecko. Ono szuka granic, testuje ich
wytrzymałość (przy okazji testując wytrzymałość psychiczną rodziców) i kiedy je
odnajduje, zaczyna się czuć bezpiecznie. Co ciekawe, dziecko te granice na ogół
poznaje przez obserwację. Patrzy na to, jak zachowują się rodzice, zapamiętuje,
za co było karane i nagradzane, słucha i wyciąga wnioski. Dzieci są na ogół
mistrzami kontemplacji. Potrafią długo się czemuś przyglądać czy wielokrotnie
powtarzać jakąś czynność (chociażby zabawa "Mama – aport!", polegająca na
wyrzucaniu z wózka zabawki tylko po to, by po jej oddaniu przez opiekuna znów ją
wyrzucić), aby ją perfekcyjnie opanować.
To działania instynktowne, ale znów stawiające przed rodzicami wyzwanie: nikt
rodzicieli tak skrzętnie nie dostrzeże i nie rozliczy z rozbieżności między
słowami a czynami, jak rezolutny kilkulatek. Z jednej strony warto z tych
rozliczeń korzystać dla własnego duchowego i moralnego rozwoju, z drugiej –
trzeba pamiętać, że wraz z pojawieniem się dzieci skończył się czas ascetycznego
bumelanctwa. Trzeba wziąć się za swoją moralność i życie duchowe.
Dzieci mają w sobie też naturalną ciekawość i pęd ku rozwojowi. Podważają
ogólnie znane prawdy i zadają banalne, a przez to niewygodne pytania. Domagają
się na nie prostych odpowiedzi, jednocześnie jakimś wewnętrznym zmysłem świetnie
wyczuwają, kiedy ktoś je próbuje zbyć półprawdą. Kiedy już przyjmą jakąś zasadę,
są w stanie jej bronić do upadłego, nawet za cenę płaczu z bezsilności (wersja
dziewczęca) lub leczenia siniaków wyniesionych z szarpaniny (wersja chłopięca).
Tak więc obraz duchowości dziecięctwa wychodzi od świadomości zależności
wynikającej z bycia przyjętym. To rodzi ufność i prostotę, bo kłamstwo rodzi się
z lęku i braku pewności co do intencji tego, od którego jest się zależnym.
Zaufanie uwalnia wewnętrzną ciekawość i pragnienie rozwoju, gdyż pozwala przyjąć
błędy i uczyć się na ich podstawie bez obaw o to, że zostanie się odrzuconym.
Rodzi także bardzo silną więź pomiędzy ufającym i obdarzanym zaufaniem, co
pozwala przetrwać chwile ciemności i bólu, kiedy wydaje się, że zaufanie zostało
zawiedzione.
To bardzo logiczna i prosta duchowość. I co najważniejsze, bardzo dobra na
trudne czasy i do przyjęcia przez każdego. Bez skomplikowanych zasad i
karkołomnych wymagań, przez co świetnie dostosowana do naszej kultury o
charakterze "instant & last minut w jednym".
Jak to ujął synek moich przyjaciół: najważniejsze to kochać Pana Boga. I z tej
miłości można zawiązać nawet te straszne sznurówki.
Elżbieta Wiater
