Sowiecki trop

Wiemy, że tzw. bułgarski trop, przez lata dezawuowany przez służby
medialne bloku komunistycznego, a także przez życzliwe Sowietom rzesze
publicystów i "historyków", nie może już być podważony. Nie ulega bowiem
wątpliwości, że Ali Agca był tylko wykonawcą zamachu na Ojca Świętego Jana Pawła
II. Logistyką zajmowała się rezydentura komunistycznych służb bułgarskich w
Rzymie.

– Może nie jest przypadkiem to, że Ali Agca to obywatel turecki, muzułmanin,
który groził Janowi Pawłowi II, że go zabije w czasie jego podróży do Turcji już
w listopadzie 1979 roku. Czy za nim stali fundamentaliści? Tego nie wiemy.
Wszelako, post factum islamski trop wydawałby się najbardziej logiczny –
powiedział niedawno Wojciech Jaruzelski jednej z włoskich gazet. Czego boi się
komunistyczny dyktator, skoro aktywnie włącza się w akcję dezinformacyjną
dotyczącą zamachu na Jana Pawła II?

Szczegółów nie poznamy
Powodem niepokoju, jak można sądzić, jest publikacja "Papież musiał zginąć.
Wyjaśnienia Mehmeta Ali Agcy" Instytutu Pamięci Narodowej (oddział katowicki),
przygotowana przez dr. Andrzeja Grajewskiego przy współpracy prokuratora Michała
Skwary. Książka trafi do rąk czytelników 17 maja. Autorzy pieczołowicie
przeanalizowali tysiące stron zeznań Mehmeta Ali Agcy zebranych przez włoski
wymiar sprawiedliwości i podjęli próbę ukazania kulis zamachu na Jana Pawła II.
Doktor Grajewski podkreśla specyfikę zeznań Agcy, który wielokrotnie zmieniał
wyjaśnienia, odwoływał je, prezentował coraz to nowe wersje przebiegu wypadków.
Sprawia to, że wiedzy o niektórych detalach nie uzyskamy już pewnie nigdy, choć
warto poczekać na efekty śledztwa prowadzonego przez katowicki oddział IPN.
Krytyczna analiza zeznań, żmudne konfrontowanie ich ze sobą, weryfikowanie
podawanych przez Agcę nazwisk, wymienianych miejsc, opisywanych zdarzeń
umożliwia odtworzenie historii przygotowań i przeprowadzenia zamachu. Nie jest
to opowieść w pełni kompletna. W odniesieniu do niektórych osób możemy mieć
pewność, jaką rolę odegrały w przygotowaniach do zbrodni, co miały robić w
czasie jej przeprowadzenia, w wypadku innych możemy tylko podejrzewać, w jakie
działania były zaangażowane. Co więcej, nie mamy nawet do końca pewności, czy
tylko Agca strzelał do Papieża. Do Jana Pawła II oddano trzy strzały. Nie jest
pewne, czy trzecia kula pochodziła z pistoletu Agcy (co jest raczej wątpliwe),
czy też strzelał inny zamachowiec. Jeśli tak, to który? Z zebranego materiału
wynika, że najprawdopodobniej był to Oral Celik, stojący na placu św. Piotra
nieopodal Agcy.
Mimo tych wątpliwości – odnoszących się do kwestii ważnych, ale bardzo
szczegółowych – na podstawie dowodów zebranych przez włoskich śledczych możliwe
jest odtworzenie logiki wydarzeń.

Turecki "cyngiel"
Kim był ten, którego wytypowano do roli zamachowca? Mehmet Ali Agca urodził się
nieopodal Malatyi w Turcji. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął w Ankarze
studia na dwóch kierunkach: pedagogice i geografii ekonomiczno-historycznej. Nie
ukończył ich jednak, szybko związał się z Ruchem Wyzwolenia Narodu Tureckiego (RWNT)
– lewicową organizacją terrorystyczną. Jako jej przedstawiciel przeszedł w Syrii
szkolenie terrorystyczne. Nie bez znaczenia był fakt, że RWNT miał powiązania z
bezpieką bułgarską i sowiecką. Z kolei szkolenie w Syrii prowadzili specjaliści
z NRD, a prawdopodobnie także z Bułgarii.
W listopadzie 1979 r. Agca uczestniczył w zamachu na Abdiego Ipekciego,
redaktora naczelnego tureckiego dziennika "Milliyet". Ujęty i skazany za to
zabójstwo, uzyskał pomoc od zleceniodawców mordu i zbiegł z więzienia. Następnie
pojawił się w ogarniętym rewolucją Iranie. Jaki był cel tej niezwykle ryzykownej
wyprawy, nie możemy być do końca pewni, choć nie ulega wątpliwości, że Agca
nawiązał w Teheranie kontakt z rezydenturą sowieckiego wywiadu…
Z Iranu wyjechał wiosną 1980 r. i przez Turcję dotarł do Sofii. Posługiwał się
wówczas fałszywym indyjskim paszportem na nazwisko Yoginder Singh. W stolicy
Bułgarii nawiązał – co znamienne – kontakt z ambasadą sowiecką, a konkretnie z
funkcjonariuszem wywiadu zalegendowanym jako pracownik ambasady. O jego wizycie
wiedziała też bułgarska bezpieka uprzedzona o przybyciu terrorysty przez Teslima
Tore – ważną postać RWNT, człowieka, który wysyłał Agcę do Syrii i Iranu, oraz
Abuzera Ugurlu – tureckiego mafiosa, zlecającego wcześniej Agcy zamach na
Ipekciego. Obaj mieli powiązania z bułgarskimi służbami.
To w Sofii Agca dowiedział się, że wytypowano go do przeprowadzenia zamachu na
Ojca Świętego. Za skonstruowaniem planu przedsięwzięcia i zapewnieniem jego
powodzenia stały trzy siły: służby bułgarskie (których zaangażowanie było
decydujące), turecka mafia oraz organizacja terrorystyczna "Szare Wilki", z
którą powiązany był kolejny z tureckich mafiosów – Abdullah Catli. W zapewnienie
powodzenia zamachu zaangażowanych było jeszcze wiele osób, spośród których warto
wymienić Omera Mersana, tureckiego przedsiębiorcę z firmy Vardar Company –
również powiązanego z Bułgarami. Turecką mafię z Bułgarami wiązały interesy
gospodarcze – wspólne czerpanie zysków z nielegalnego handlu, między innymi
bronią. Z punktu widzenia bułgarskiej bezpieki zamachowiec powiązany z turecką
mafią i organizacjami terrorystycznymi był bezpiecznym rozwiązaniem – odsuwał
podejrzenia od Sofii.
Plan zamachu przygotowany został pieczołowicie, a jego bezpośredni wykonawcy
zgarnęli wynagrodzenie w kwocie 3 mln marek zachodnioniemieckich. Szczegóły
"dogrywane" były już w Wiecznym Mieście, w którym Agca nawiązał kontakt z
Bułgarami mającymi zabezpieczyć techniczną stronę zamachu i zapewnić zabójcom
możliwość bezpiecznego "odskoku".

Bułgarscy "dyplomaci"
W Rzymie Agcę – posługującego się już paszportem na nazwisko Ozgun Faruk –
wspierało, w różnym zakresie, czterech Bułgarów. Pierwszym był Todor Stojanow
Ajwazow (znany Agcy pod nazwiskiem operacyjnym Sotir Kolew) – formalnie kasjer
ambasady bułgarskiej w Rzymie. Drugim – Żelju Kolew Wasilew (znany Agcy jako
Petrow) – zastępca attaché wojskowego. Trzecim – Siergiej Iwanow Antonow (znany
Agcy jako Bajramik) – zastępca dyrektora bułgarskich linii lotniczych Balkan Air
w Rzymie. Czwartym – Iwan Donczew (znany Agcy jako Tomow) – trzeci sekretarz
ambasady, a faktycznie prawdopodobnie kierownik rezydentury wywiadu bułgarskiego
w Rzymie, a więc zwierzchnik wymienionych poprzednio "dyplomatów" i Antonowa.
To Bułgarzy mieli zapewnić logistykę zamachu. Zaopatrzyli zamachowców w broń –
poza Agcą, który skorzystał z własnych źródeł. Uczestniczyli też w wizjach
lokalnych placu św. Piotra i typowaniu miejsca, z którego najlepiej byłoby oddać
strzał.
Ostatecznie ustalono, że na placu św. Piotra znajdzie się czterech Turków: Agca,
Oral Celik (przyjaciel Agcy, współuczestnik zamachu na Ipekciego, uczestnik
akcji uwolnienia Agcy z więzienia, blisko związany z "Szarymi Wilkami"), Sedat
Sirri Kadem (znany Agcy jeszcze z czasów licealnych, związany z tureckimi
lewicowymi organizacjami terrorystycznymi, szkolony z Agcą w Syrii) oraz Omer Ay
(związany z tureckimi prawicowymi organizacjami terrorystycznymi). Strzelać miał
Agca, a gdyby nie było to możliwe – Celik. Bowiem, jak podkreślał Agca, "nasze
uzgodnienia były takie, że w każdym przypadku papież musiał zginąć". Celik i Ay
mieli rzucić granaty hukowe, które wzbudzając panikę, miały umożliwić
zamachowcom ucieczkę z placu św. Piotra. Mieli dobiec na via Rubens pod siedzibę
ambasady kanadyjskiej, gdzie czekał na nich w aucie Antonow vel Bajramik.
Stamtąd mieli jechać do ambasady bułgarskiej i wsiąść do tira, zaplombowanego
dyplomatycznymi pieczęciami i zwolnionego z kontroli celnej – o co zadbali
Ajwazow vel Kolew i Wasilew vel Petrow – i wyjechać z Włoch. Prawdopodobnie w
ten sposób Italię rzeczywiście opuścili Celik, Kadem i Ay.
Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem. 13 maja 1981 r. Jan Paweł II
wjechał na plac św. Piotra odkrytym samochodem, w którym – oprócz kierowcy –
siedzieli także jego sekretarz ks. Stanisław Dziwisz i kamerdyner Angelo Gugel.
O godz. 17.19, gdy Papież przejeżdżał koło sektora E, padły strzały. Agca oddał
je z odległości 3-5 metrów. Jedna z kul trafiła Jana Pawła II w brzuch, druga w
dłoń i lewe przedramię, a następnie zraniła dwie kobiety. Agca przekonany, że
wykonał zlecenie i zabił Papieża, zaczął uciekać – po kilku krokach został
jednak powalony na ziemię, a następnie oddany w ręce włoskiej policji.

Zacieranie śladów
Agca, złapany na gorącym uczynku, szybko stanął przed sądem. Już w lipcu 1981 r.
został przez włoski sąd skazany na dożywotnie więzienie. Do tego czasu dość
konsekwentnie ukrywał swe powiązania z Bułgarami, krył także swych tureckich
przyjaciół. Udawał islamskiego fanatyka, niepowiązanego z tajnymi służbami. Ta
"legenda" została z góry ustalona na wypadek aresztowania. To dlatego broń, z
której strzelał Agca, pochodziła ze źródeł niezależnych od Bułgarów. Wiele
miesięcy po procesie zapytany, czemu na własną rękę kupił broń, zeznał: "Aby
ukryć prawdziwe źródło zamachu, czyli zleceniodawców. To miało na celu zmylenie
śledztwa i skierowanie odpowiedzialności za ten fakt na organizację "Szare
Wilki", której byłem członkiem. W cieniu pozostałyby więc wszystkich osoby,
takie jak Petrov [właśc. Wasilew], Bajramik [właśc. Antonow], Kolev [właśc.
Ajwazow] i wszyscy, którzy byli za ich plecami". Wersja Agcy została przyjęta,
mimo że po jego zatrzymaniu znaleziono przy nim kartkę z pięcioma numerami
telefonów: dwoma do ambasady bułgarskiej w Rzymie, do oddziału konsularnego, do
przedstawicielstwa Balkan Air oraz jednym niezidentyfikowanym, który – jak
ustalono znacznie później – pozwalał na połączenie się z rezydentem wywiadu
bułgarskiego w Rzymie…
Agca trzymał się fikcyjnej wersji, licząc, że jego mocodawcy pomogą mu, tak jak
poprzednio, uciec z więzienia. Zeznał między innymi: "Miałem plan ucieczki,
który się nie powiódł". Dodawał także, że do trzymania się fikcyjnej wersji
motywował go "strach przed Bułgarami, którzy z powodu moich oświadczeń mogliby
przeprowadzić zamach na moje życie". Agca istotnie obawiał się Bułgarów. Podczas
aresztowania znaleziono przy nim kartkę, na której zanotował między innymi:
"bardzo duża uwaga na jedzenie". Jak wyjaśniał, oznaczało to, że "po dokonaniu
zamachu mogłem umrzeć otruty przez Sotira [Kolewa – czyli Ajwazowa – przyp. F.M.],
biorąc pod uwagę fakt, że są rzeczy trujące, które mają powolne działanie i mogą
prowadzić do śmierci wiele czasu po ich zażyciu".
Uciec się jednak nie udało, więc w grudniu 1981 r. Agca zaczął "sypać". O
Bułgarach wspomniał po raz pierwszy blisko rok później – w październiku 1982
roku. Efektem nowych zeznań był drugi proces – z lat 1985-1986. Oskarżono w nim
po raz kolejny Agcę, a także Bułgarów – Antonowa, którego aresztowano, oraz
zaocznie Ajwazowa i Wasilewa – obaj zdążyli bezpiecznie uciec do Bułgarii, i
Turków: Omara Bagci, Musę Serdar Celebiego, a także zaocznie Orala Celika i
Bekira Celenka.
Jednak proces stał się farsą. W jego trakcie Agca odwołał złożone wcześniej
zeznania, po raz kolejny mataczył, mieszał wątki, kłamał. Symboliczne dla tego
postępowania stało się przesłuchanie jednego z uczestników zamachu na Papieża –
Sedata Sirri Kadema. Pokazano mu fotografię z placu św. Piotra w dniu zamachu,
na której był wyraźnie widoczny, z prośbą o identyfikację osoby będącej na
zdjęciu. Kadem stwierdził, że nie wie, kto to jest… Proces zakończył się
uniewinnieniem oskarżonych, ale – co podkreślono w wyroku – nie dlatego, że byli
niewinni, ale dlatego, że nie potrafiono im winy udowodnić. Jedynie Omarowi
Bagci wymierzono karę 3 lat, a Agcy dodatkowo rok więzienia za nielegalne
posiadanie broni.
Dlaczego proces nie zakończył się skazaniem osób zaangażowanych w przygotowanie
zamachu? Odpowiedź kryje się w wydarzeniach ostatniego kwartału 1983 roku.
Wówczas, po aresztowaniu przez Włochów Antonowa, Bułgarzy szukali możliwości
dotarcia do Agcy. Ostatecznie wszczęli wobec niego śledztwo w sprawie fikcyjnego
przestępstwa, jakiego miał się dopuścić w Sofii. Z końcem 1983 r. kilkakrotnie
przesłuchiwali go bułgarscy "sędziowie" – Jordan Ormankow i Stefan Markow Petkow.
Gdy Petkow został sam na sam z Agcą, miał go ostrzec, że jeśli nie zmieni swych
zeznań, zostanie zgładzony on i jego rodzina.
Tuż przed procesem niemiecka Stasi realizowała operację "Papst", która miała na
celu zdyskredytowanie wątku bułgarskiego. Co ciekawe, z ramienia bułgarskiej
bezpieki ze Stasi kontaktował się w tej sprawie… Jordan Ormankow. Efektem
działań tajnych służb NRD i Bułgarii była seria artykułów kwestionujących
prawdomówność Agcy i powracających do wersji o islamskim fundamentalizmie,
ukazały się one między innymi w prasie amerykańskiej ("Washington Post"),
tureckiej ("Milliyet") oraz włoskiej ("La Repubblica", "Sette Giorni").
Także w Polsce ukazywały się publikacje mające na celu udowodnienie, że
komunistyczne służby nie miały nic wspólnego z zamachem. Jednym z najbardziej
zaangażowanych w tę działalność dziennikarzy był Eugeniusz Guz, autor książek:
"Zamach na Papieża", "Strzały na placu św. Piotra" oraz "Zamach na Papieża.
Mroczne siły nienawiści". Można dodać, że Guz pod pseudonimem "Jan Zdrowy" i "Gustek"
był zarejestrowany jako kontakt operacyjny Departamentu I SB.

Wygodne rozwiązanie
Zamach na Jana Pawła II kryje jeszcze wiele tajemnic. Odpowiedź na pytanie, kto
faktycznie go zlecił, jest możliwa tylko na poziomie logicznego odpowiedzenia na
pytanie, kto zyskałby na śmierci Papieża. Przecież nie Bułgaria. Warto w tym
kontekście wspomnieć, że obiecane 3 mln marek zamachowcy mieli dostać za
pośrednictwem Bekira Celenka, ten z kolei miał je otrzymać z… ambasady
sowieckiej w Sofii.
Kilku Bułgarów, którzy mogliby mieć coś do powiedzenia, zginęło. Już w 1986 r. w
wypadku samochodowym poniósł śmierć kierujący wywiadem bułgarskim gen. Wasyl
Kocew. Z końcem lat 80. bułgarskie służby zniszczyły większość dokumentów
operacyjnych. W kolejnych latach umierali ludzie, którzy mieli wiedzę
wybiegającą poza zachowane strzępy akt. W 1992 r. samobójstwo popełnił gen.
Stojan Stojanow, nadzorujący operacje specjalne bułgarskich służb – potencjalnie
najlepiej orientujący się w całości sprawy zamachu. W 1995 r. w wypadku
samochodowym zginął Wasilew vel Petrow, a w 1997 r. śmiertelnie postrzelony na
polowaniu Ajwazow vel Kolew.
Wyjaśnienie sprawy mocodawców zamachu jest niezwykle trudne ze względu na brak
dostępu do źródeł. Wobec zniszczenia akt bułgarskich jednoznacznych dowodów
trzeba szukać w archiwach KGB. Jednak na przeszkodzie wyjaśnieniu sprawy stanęła
nie tylko niedostępność dokumentów, ale także brak woli. Jak bowiem kiedyś
ocenił włoski sędzia Ferdinando Imposimato, który w latach 1986-1995 prowadził
trzecie śledztwo w sprawie zamachu, ostatecznie – decyzją włoskiego parlamentu –
zamknięte w 1996 r. bez sformułowania aktu oskarżenia: "W 1985 r., cztery lata
po zamachu, kiedy papież spotkał się z Agcą i przebaczył mu, nie było już
potrzeby nagłaśniania oskarżeń wobec krajów wschodnich, przede wszystkim Związku
Sowieckiego i Bułgarii. Zamknięcie sprawy przez zrzucenie wszystkiego na
szaleństwo fanatyka było wygodne dla wielu osób". Chodziło wówczas o
niedrażnienie Moskwy, by nie zagrozić rozpoczynającemu się procesowi odprężenia.
I jest wciąż wygodne. Jeśli – wbrew faktom – przyjmiemy, że zamachu dokonał
samotny szaleniec z "Szarych Wilków", nie będzie trzeba stawiać pytań, kto za
nim stał. Nie usłyszymy wówczas, że morderstwa były jedną z metod działań
komunistycznych służb. Nie tylko sowieckich, ale wszystkich państw bloku
wschodniego. Nie trzeba będzie się dopytywać, czy ktoś poza Bułgarami mógł
wspierać zamach. Czy na przykład jakąś rolę mogła w przygotowaniach do niego
odegrać, wysoko oceniana przez Sowietów, rezydentura bezpieki PRL w Watykanie.
Jeśli uznamy, że zamach zorganizowali islamscy fundamentaliści, nie będziemy
musieli pytać, czy i co o przygotowaniach do niego lub o zacieraniu śladu tzw.
wątku bułgarskiego wiedzieli zwierzchnik SB Czesław Kiszczak i jego polityczny
patron Wojciech Jaruzelski. "Człowiek honoru" będzie więc mógł spać spokojnie.

 

Dr Filip Musiał
 


Pisząc artykuł, korzystałem z roboczego maszynopisu książki.

Autor jest pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, kieruje Referatem Badań
Naukowych w Oddziałowym Biurze Edukacji Publicznej w Krakowie.

drukuj