Służby w prokuraturze
Nie wszystko, co wydaje się proste, można zamknąć w jednej, niebudzącej
kontrowersji formule. Gdy 24 maja 2006 roku w Sejmie RP uchwalano ustawę o
Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego, nic nie
zapowiadało późniejszych konfliktów związanych ze sprawą likwidacji Wojskowych
Służb Informacyjnych. Na 423 biorących udział w głosowaniu za przyjęciem ustawy
było 375 posłów. Zaledwie 48 (z tego 46 posłów SLD) głosowało przeciw; nikt nie
wstrzymał się od głosu. Z dzisiejszej koalicji rządowej tylko jedna osoba
znalazła się wśród obrońców postkomunistycznej instytucji – poseł PO Bronisław
Komorowski. Trudno podejrzewać, by przytłaczająca większość głosujących za
likwidacją WSI nie wiedziała, co w istocie rzeczy czyni. Ówczesne stanowisko
Sejmu było po prostu przejawem właściwego rozumienia interesu narodowego oraz
troski o bezpieczeństwo kraju i państw sojuszniczych.
Epitafium dla WSI
Powodów, by rozwiązać WSI i od podstaw rozpocząć tworzenie nowych służb, było
dostatecznie dużo. Powołane do życia w 1991 roku służby wojskowe III RP w
składzie osobowym niczym prawie nie różniły się od swoich komunistycznych
poprzedniczek. WSI przejęły po Zarządzie II Sztabu Generalnego LWP i Wojskowej
Służbie Wewnętrznej prawie wszystkie kadrowe zasoby i do momentu rozwiązania w
roku 2006 nie przeszły żadnej weryfikacji. Już sam fakt, że ich kadrę
kierowniczą współtworzyli wychowankowie sowieckiego GRU, stanowił zagrożenie dla
bezpieczeństwa narodowego. Służby rosyjskie dobrze wiedziały o peerelowskiej
przeszłości osób sprawujących ważne funkcje w nowo powołanej instytucji i mogły
w sposób trudny do skontrolowania używać swojej wiedzy. W opublikowanym przed
rokiem w "Glaukopisie" artykule "Towarzyszom z Informacji" (nr 19-20)
wspomniałem między innymi o wymazywaniu i wycinaniu podpisów w dokumentach
sygnowanych przez pracowników peerelowskich attachatów wojskowych, którzy
kontynuowali służbę w III Rzeczypospolitej. Proceder ów świadczył o tym, jak
bardzo w gruncie rzeczy środowisko to było podatne na szantaż. Każdy, kto znał
prawdę o ich przeszłości i miał za sobą wsparcie obcego wywiadu, mógł żerować na
ich obawach i niepewności co do przyszłych losów.
Zadaniem służb wojskowych było zapewnienie bezpieczeństwa potencjału
obronnego Rzeczypospolitej. Problem w tym, iż pojmowano je i wykonywano w sposób
dość osobliwy. WSI zupełnie nie radziły sobie z rosyjską infiltracją wyłonionych
z PZPR środowisk politycznych i kontrolowanych przez nie kluczowych sektorów
polskiej gospodarki. Podejmowały za to działania, które stanowiły zagrożenie dla
obronności państwa, takie jak nielegalny handel bronią we współpracy z
międzynarodowymi grupami przestępczymi. Regułą stało się ingerowanie w sferę
polityki wewnętrznej. W trosce o "bezpieczeństwo potencjału obronnego"
prowadzono inwigilację mediów, polityków i ludzi Kościoła. Krótko mówiąc, osoby
z gremiów kierowniczych WSI stanowiły grupę wysokiego ryzyka, którą należało raz
na zawsze odsunąć od sprawowanych funkcji.
Obrońcy postkomunistycznego porządku wielokrotnie usiłowali przekonać opinię
publiczną, że usunięcie ze służb specjalnych osób z peerelowską przeszłością
było uderzeniem skierowanym w profesjonalistów i szkodziło obronności kraju.
Jednak bogata w dokumentację książka Sławomira Cenckiewicza "Długie ramię
Moskwy" ów mit profesjonalizmu kompletnie dezawuuje. Gdy jako przewodniczący
Komisji ds. Likwidacji WSI dr Cenckiewicz studiował dokumenty przekazane do
archiwum wywiadu w latach 1990-2006, żadnej z opisanych w nich spraw nie mógł
zakwalifikować jako operacji przeprowadzonej profesjonalnie i zarazem
przynoszącej pożytek Polsce. Bo tak jak w PRL wywiad WSI był aktywny w kraju, za
granicą natomiast nie odnosił żadnych poważnych sukcesów.
Porachunki z nagonką
Co więc sprawiło, że część środowisk wypisujących na swych sztandarach hasła
niepodległości, wolności i demokracji stanęła jesienią roku 2007 po stronie
ludzi, których działalność była, delikatnie mówiąc, zaprzeczeniem owych
szczytnych haseł? Zaczęło się od prowokacji pod adresem Komisji Weryfikacyjnej.
Po przejęciu władzy przez koalicję PO – PSL postkomunistyczne media zaczęły
rozpowszechniać kłamstwa o pozytywnym weryfikowaniu żołnierzy rozwiązanych służb
za korzyści majątkowe, o możliwości kupna tajnego Aneksu do Raportu o
działaniach żołnierzy i pracowników WSI… na bazarze i o nielegalnym wywożeniu
ściśle tajnych dokumentów z siedziby SKW. W nowo powołanej Służbie Kontrwywiadu
Wojskowego przeprowadzono czystki.
13 maja 2008 roku o godz. 6.00 do mieszkań dwóch członków Komisji wkroczyli
umundurowani i uzbrojeni funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Na
podstawie nakazów wydanych przez Prokuraturę Krajową dokonali przeszukań
zajmowanych przez nich pomieszczeń. Za pretekst posłużyło śledztwo prowadzone
przeciw funkcjonariuszowi peerelowskiej WSW Aleksandrowi Lichockiemu oraz
dziennikarzowi Wojciechowi Sumlińskiemu, którzy rzekomo mieli pośredniczyć w
załatwianiu pozytywnej weryfikacji pracowników WSI za łapówki, tudzież oferować
dziennikarzom Agory sprzedaż Aneksu. Nikomu z członków Komisji Weryfikacyjnej
prokuratorzy nie byli dotąd w stanie przedstawić ani w tej, ani w jakiejkolwiek
innej sprawie żadnych zarzutów, choć minęły już cztery lata.
Okazuje się, że fakty, o których wspomniałem, nie wyczerpały jednak
repertuaru represji, po które sięga dziś wymiar sprawiedliwości III
Rzeczypospolitej. 19 grudnia znalazłem w internecie informację, która wprawiła
mnie w zdumienie. Zastępca prokuratora apelacyjnego w Warszawie Waldemar Tyl
podał wiadomość o skierowaniu do Prokuratury Generalnej wniosku o wszczęcie
procedury, która skłoniłaby Sejm do odebrania Antoniemu Macierewiczowi
immunitetu poselskiego w związku z tym, iż prokuratorzy prowadzący śledztwo w
sprawie raportu z weryfikacji chcą mu zarzucić "ujawnienie tajemnicy,
przekroczenie uprawnień i poświadczenie nieprawdy". Przy okazji w sposób
zawoalowany sformułowana została pogróżka pod adresem członków Komisji, jako że
prokurator Tyl nadmienił, iż "obecnie w śledztwie w sprawie nieprawidłowości
przy weryfikacji WSI nie ma żadnych osób z zarzutami. Macierewicz byłby pierwszą
osobą, która takie zarzuty mogłaby w nim usłyszeć – o ile wniosek o uchylenie
immunitetu zyskałby akceptację Prokuratury Generalnej i sejmowa większość
wyraziłaby na to zgodę".
Nie wiem, jak panowie prokuratorzy apelacyjni zamierzają pogodzić "ujawnienie
tajemnicy" z "poświadczeniem nieprawdy", nie mam natomiast wątpliwości, że łamią
obowiązujące w Polsce prawo.
Scen myśliwskich ciąg dalszy
Czy dziś ktoś pamięta, jak w latach sześćdziesiątych europejskie środowiska
lewicowe walczyły o prawo do odmienności? Był taki film niemieckiego reżysera
Petera Fleischmanna zrealizowany w 1969 roku. Nosił tytuł "Sceny myśliwskie z
Dolnej Bawarii" i opowiadał o losie młodego mechanika, który bezskutecznie
próbował zaadaptować się w rodzinnej wsi. Otaczała go niechęć przeradzająca się
we wrogość i agresję, jako że jego rodacy (którzy najwidoczniej odziedziczyli
swoje uprzedzenia w spadku po III Rzeszy) podejrzewali go o jakieś nieprzyzwoite
zabawy z niedorozwiniętym synem sąsiadów.
Sięgam do wspomnień z tamtych czasów dla podkreślenia kontrastu. W
dzisiejszej Europie odmienność obyczajowa zyskała rangę normalności. Za
odmieńców uważa się natomiast często osoby przywiązane do tradycyjnych systemów
wartości. Mało kto kręci dziś filmy w ich obronie; z całą pewnością nie czynią
tego przedstawiciele lewicy. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu owe przemiany
mentalności ogarnęły kraje Europy Środkowej, gdy obserwuję jednak zza oceanu to
wszystko, co wyprawia dziś polska klasa polityczna, zaczynam mieć poważne obawy
o losy mojej starej Ojczyzny.
Antoni Macierewicz jest bez wątpienia politykiem łatwo rozpoznawalnym,
postkomunistyczne media uczyniły wszakże bardzo dużo, by jego temperament
przysparzał mu więcej wrogów niż przyjaciół. Przewodniczący Zespołu
Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 r.
ma dziś przeciw sobie nie tylko koalicję rządzącą, ale również eseldowskich
pogrobowców PZPR i neobolszewików z partii Janusza Palikota. Jego przeciwnicy od
lat bezskutecznie próbują wyeliminować go z życia politycznego. Po przegranej
przez PiS wyborów parlamentarnych w 2007 roku był wielokrotnie pozywany przez
osoby ujawnione w Raporcie o działaniach żołnierzy i pracowników WSI… Jak
dotąd wygrał co najmniej siedemnaście spraw w sądach różnej instancji,
najwidoczniej jednak ktoś doszedł w końcu do wniosku, że skoro nie można go w
sposób legalny "odstrzelić", trzeba sięgnąć po metody kłusownicze.
Zadaniem Komisji Weryfikacyjnej było, ogólnie rzecz ujmując, badanie akt
personalnych i innych materiałów dotyczących byłych żołnierzy i funkcjonariuszy
WSI, którzy ubiegali się o przyjęcie do pracy w nowo powołanych służbach. W
sytuacjach gdy zachodziło podejrzenie, iż kandydat złożył niezgodne z prawdą
oświadczenie, pracujący w czteroosobowych zespołach członkowie Komisji mieli
obowiązek go wysłuchać, zbadać przedstawione dowody na zgodność jego
oświadczenia z prawdą i wydać stosowne orzeczenie. Ich stanowiska nie miały
jednak formy decyzji administracyjnej ani nie wiązały żadnego organu przy
wyznaczaniu osoby zweryfikowanej (czy to pozytywnie, czy negatywnie) na
stanowisko służbowe. Zasady pracy Komisji regulowała ustawa z 9 czerwca 2006
roku. – Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz
Służbie Wywiadu Wojskowego, a także ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby
Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego, której wersję ogłoszoną
i ujednoliconą można znaleźć na stronie internetowej Sejmu RP pod adresem
http://isap.sejm.gov.pl/ DetailsServlet?id=WDU20061040711. Te same przepisy (w
wersji ujednoliconej art. 70a) regulowały zasady przygotowania raportu z
weryfikacji przez przewodniczącego Komisji.
Przekraczanie uprawnień, niedopełnianie obowiązków i świadczenie w
dokumentach nieprawdy to (zgodnie z artykułami 231 i 271 kodeksu karnego) typowo
urzędnicze przestępstwa, które ściga się w przypadku funkcjonariuszy
publicznych. O tym, kogo można zaliczyć do tej kategorii, mówi art. 113 par. 16
kodeksu. Antoni Macierewicz mógłby w oparciu o tenże artykuł zostać uznany za
funkcjonariusza publicznego jako minister i szef SKW czy nawet jako poseł, ale z
całą pewnością nie był nim jako przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej
odpowiedzialny za przygotowanie i opublikowanie wspomnianego raportu.
Oszustwo w majestacie władzy
Gdyby nawet ustanowiono nowe prawo pozwalające zbadać, czy podczas
weryfikacji żołnierzy WSI nie doszło przypadkiem do przekroczenia jakichś zasad,
prokuratura mogłaby tylko i wyłącznie opierać się na analizowanych przez Komisję
Weryfikacyjną dokumentach (o ile te zostałyby jej udostępnione przez właściwy
organ) i na zeznaniach strony pozywającej. Cała reszta objęta jest klauzulą
tajności, jako że ściśle tajny charakter miało wiele związanych z weryfikacją
spraw.
Prokuratorzy apelacyjni stosują w tej sytuacji różne wybiegi, by wydobyć od
członków Komisji informacje, na podstawie których można by postawić
przewodniczącemu jakieś zarzuty. Wzywają ich w charakterze świadków w sprawach
niższego rzędu i w zależności od tego, przez kogo zostali powołani do Komisji,
przedstawiają im podpisane przez premiera lub prezydenta zwolnienie z obowiązku
zachowania tajemnicy państwowej. Jest to działanie pozbawione podstaw prawnych i
ani Prezydent RP, ani Prezes Rady Ministrów nie powinni takich dokumentów
podpisywać i wspierać autorytetem piastowanych urzędów. Artykuł 179 par. 1
kodeksu postępowania karnego mówi wyraźnie, iż osoby obowiązane do zachowania
tajemnicy państwowej mogą być przesłuchane co do okoliczności, na które rozciąga
się ten obowiązek, tylko po zwolnieniu tych osób od obowiązku zachowania
tajemnicy przez uprawniony organ przełożony. Zgodnie z przepisami regulującymi
zasady działania Komisji Weryfikacyjnej (art. 58 ust. 1 pkt 3 wspomnianej ustawy
z dnia 9 czerwca 2006 r.) prezydent i premier powoływali członków Komisji, nie
rozszerzało to jednak ich kompetencji w innym zakresie. Prezydent jest "organem
uprawnionym" wobec szefa kancelarii prezydenckiej; premier wobec swoich
ministrów, wojewodów i szefów wszystkich urzędów, którzy mu podlegają. Komisja
działała niezależnie od organów państwa, bo tylko to mogło zapewnić skuteczność
jej działań.
Agenturalny garb
Podawanie do publicznej wiadomości czegoś, co do niedawna uznawano za
niejawne, zawsze łączy się z ryzykiem potknięcia, ujawnienia detali, które
powinny pozostać niedostępne dla opinii publicznej. Takim przypadkiem mogłoby
być ujawnienie w opublikowanym Raporcie o działaniach żołnierzy i pracowników
WSI… nazwisk agentów prowadzonych przez oficerów podlegających weryfikacji,
jeśli byłyby to osoby faktycznie i w sposób legalny działające w imieniu
Rzeczypospolitej. Prokuratura takiego przypadku jednak nie wskazała, a prasa
powtarza za byłymi pracownikami i żołnierzami WSI rewelacje o zniszczeniu przez
autora Raportu sieci agenturalnej, pieczołowicie tworzonej przez służby wojskowe
w krajach wspierających terroryzm.
Sissela Bok, autorka książki "Secrets: on the Ethics of Concealment and
Revelation" (New York, Pantheon Books, 1983) podsumowała kiedyś swoje uwagi
odnośnie do kwestii związanych z potrzebą ochrony tego, co w różnych dziedzinach
życia społecznego obejmuje się klauzulą tajności, niezwykle przenikliwym i
godnym przemyślenia zdaniem: "Konflikty związane z rozumieniem tajności mogą być
ponadczasowe, ale wzrastające tempo rozwoju technologicznych innowacji (…)
burzy i tak już wątpliwe standardy ochrony, badania i ujawniania spraw
tajemnych". Nabierający coraz większej szybkości rozwój technologii informacji
całkowicie zmienił priorytety i formy pracy służb specjalnych. W krajach
technologicznie lepiej rozwiniętych niż Polska większość informacji potrzebnych
do pracy operacyjnej czerpie się dziś z otwartych źródeł. Negatywnie
zweryfikowani oficerowie WSI mogą jednak tego nie rozumieć, skoro ich mentalność
uformowana została w czasach, gdy jako funkcjonariusze Zarządu II Sztabu
Generalnego LWP bądź Wojskowej Służby Wewnętrznej pracowali de facto dla
sowieckiego GRU.
A miało być lepiej
Próba odebrania Antoniemu Macierewiczowi immunitetu poselskiego nosi wszelkie
znamiona politycznego skandalu i tak zapewne zostanie oceniona przez większość
zainteresowanych rozwojem wypadków w Polsce obywateli wolnego świata. Trudno
uznać za przypadkowy fakt, że prokuratura podjęła się jej w sytuacji, gdy nie
było ku temu żadnych istotnych podstaw prawnych i gdy kierowany przez pierwszego
szefa SKW zespół parlamentarny ujawnił matactwa w sprawie katastrofy
smoleńskiej. Prawdopodobnie nie bez znaczenia jest tu również fakt
systematycznego pogarszania się wizerunku rządowych specjalistów od spraw
bezpieczeństwa potencjału obronnego. Miało bowiem być dużo lepiej i o wiele
bardziej profesjonalnie niż za czasów PiS, fakty i liczby mówią jednak coś
innego.
Podczas gdy Ministerstwem Obrony Narodowej i wojskowymi służbami specjalnymi
kierowały osoby z PiS-owskich nominacji (w latach 2005-2007), w Afganistanie
zginął jeden polski żołnierz. W ciągu czterech lat sprawowania władzy przez rząd
Donalda Tuska życie straciło tam 36 Polaków z Polskiego Kontyngentu Wojskowego.
W samym tylko okresie, gdy funkcję ministra obrony sprawował Bogdan Klich,
zginęło 26 żołnierzy i jeden ratownik medyczny. Cyfry te nie wynikają jedynie ze
wzrostu aktywności terrorystycznej na Bliskim Wschodzie. Są w dużej mierze
następstwem nieprzemyślanej decyzji ministra Klicha, który przy braku
dostatecznych sił i środków zgodził się na rozszerzenie strefy polskiej
odpowiedzialności w Afganistanie.
Daleki jestem od obarczania odpowiedzialnością za dzisiejszy stan rzeczy
jednej tylko partii, ale przywódcy Platformy Obywatelskiej zrobili szczególnie
dużo, by zniszczyć wizerunek całej polskiej klasy politycznej i uczynić z III
Rzeczypospolitej kraj przypominający Białoruś i Rosję. Profesor Jadwiga
Staniszkis określiła arbitralny stosunek premiera Tuska do procedur prawnych i
demokracji mianem putinizacji. Dostrzegła ją w wielu decyzjach politycznych,
zarówno przy wyborze ścieżki śledztwa w katastrofie smoleńskiej, jak i w
zachowaniach polskiego rządu w odniesieniu do projektów w strefie euro.
Współdziałanie premiera z prokuraturą apelacyjną podczas śledztwa w sprawie
Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI… gładko wpisuje się w owe
trendy i, jak by go nie nazwać, jest jeszcze jednym świadectwem, iż III
Rzeczpospolita schodzi pod rządami Donalda Tuska na manowce bezprawia.
Najsmutniejsze jest jednak to, że koszty odejścia od demokratycznych procedur
okażą się, jak zwykle, najbardziej dotkliwe dla Polaków.
Dr Tadeusz Witkowski
