Sikorski już Tuskowi nie zagrozi

Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, filozofem i socjologiem, wykładowcą
na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Uniwersytecie w
Bremie, rozmawia Jacek Dytkowski

Zakończyły się prawybory w PO. Mieliśmy do czynienia z autentyczną
dynamiczną kampanią przedwyborczą czy raczej niemrawym wyreżyserowanym
spektaklem?

– Z wyreżyserowanym spektaklem, który miejscami
przeradzał się w kampanię. A to dlatego, że jeden z kandydatów, który od
początku nie miał szans, jednak potraktował swoją rolę niezwykle ambicjonalnie.
Uznał, że może liczyć na zwycięstwo, w związku z tym, od czasu do czasu
pojawiały się prawdziwe emocje, które natychmiast były tłumione przez
organizatorów kampanii. Mówię oczywiście o Radosławie Sikorskim.

Podczas kampanii doszło do debaty między kandydatami…

Ta debata była całkowicie sztuczna. Określano ją zresztą jako prezentację lub
familiadę. W sobotę natomiast, podczas ogłoszenia wyników prawyborów, odbył się
już tylko rodzaj „akademii ku czci”. Chodziło o uspokojenie tego trochę
upokorzonego kandydata, który nie wygrał w żadnym z regionów w Polsce. W zamian
musiał on jednak złożyć „hołdy” i zademonstrować „czołobitność”. Prawybory były
również pewnym procesem politycznym, bo udało się trochę Sikorskiego – który
wcześniej królował we wszystkich rankingach – sprowadzić do takiego poziomu,
żeby w przyszłości już nie mógł zagrozić Donaldowi Tuskowi. Gdyby na przykład
one się nie odbyły, wtedy łatwo by było krytykować namaszczenie Bronisława
Komorowskiego na kandydata PO w wyborach prezydenckich za – jak to określano –
„putinizm”. Poza tym, wobec popularności w sondażach ministra spraw
zagranicznych, mógłby on być dalej potencjalnym zagrożeniem.

Nie jest Pan zaskoczony wygraną Komorowskiego?
– Chyba
nikt nie jest tym zaskoczony, oprócz samego Sikorskiego i ludzi, którzy go
popierali. Prowadził on fatalną, agresywną kampanię. Na początku przecież
wygrywał w sondażach, potem natomiast stracił poparcie. Nie prezentował się
podczas prawyborów jako osoba swobodna, elegancka – wręcz przeciwnie.
Oczywiście, drugi z kandydatów jest dokumentnie pozbawiony charyzmy – ale
przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, by nie był w stanie zagrozić pozycji
premiera. Gdyby Platformie udało się wygrać wybory prezydenckie, wówczas cała
realna władza będzie skupiona w ośrodku rządowym. Teraz jednak problem tego
ugrupowania polega na tym, jak przedstawić swojego kandydata jako realnego, a
nie malowanego polityka. Słabość kandydata sprawia, że po raz pierwszy będzie to
głównie głosowanie na partię.

Frekwencja w prawyborach była niska…
– To było
kompromitujące. Przecież brali w nich udział ludzie, którzy się zajmują
polityką, członkowie partii rządzącej, a nie zwykli obywatele. Jest to sygnał,
że może rzeczywistość jednak wygląda inaczej niż ta oficjalna inscenizacja i
sondaże. Prawdziwa kampania dopiero się zacznie. Interesujące jest, jak PO
wybrnie z nadchodzącego „martwego okresu” do końca maja. To przecież partia,
której władza podbudowana jest na obecności w mediach. Platforma musi
nieustannie się w nich prezentować. Należy oczekiwać, że skoro trudno będzie
teraz wyzwolić pozytywne emocje – gdyż Komorowski nie może jeszcze prowadzić
jawnej kampanii, a poza tym jest nudny – wzmoże się atak na prezydenta Lecha
Kaczyńskiego.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj