Sfera publiczna wolna od agentów
Decyzję prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który mimo publicznie deklarowanych zastrzeżeń podpisał nową ustawę lustracyjną, przyjęto z zadowoleniem niemal we wszystkich środowiskach politycznych i medialnych. Tradycyjnie już przeciwko otwarciu i ujawnieniu esbeckich teczek znajdujących się w archiwach IPN opowiedzieli się postkomuniści i „Gazeta Wyborcza”. Ustawa o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego, która zacznie obowiązywać za trzy miesiące, daje realną szansę na oczyszczenie życia publicznego z agentów i konfidentów SB.
Przygotowana przez młodych parlamentarzystów PiS i PO ustawa o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego, nazywana też nową ustawą lustracyjną i podpisana przez prezydenta, sprawia, że za trzy miesiące, kiedy dobiegnie końca okres jej vacatio legis, otworem staną archiwa IPN. Ujawnione i upublicznione zostaną również dokumenty zebrane przez bezpiekę, a dotyczące osób pełniących kluczowe stanowiska w państwie oraz wykonujących zawód zaufania publicznego, m.in. dziennikarzy. Lustracja dziennikarzy, jaką wprowadza nowa ustawa, przez wiele miesięcy była głównym powodem ataków niektórych medialnych środowisk sprzeciwiających się odtajnieniu archiwów SB. Jednak okazało się, że próba nacisku na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, mająca skłonić go do zawetowania ustawy, a wywierana przez te same środowiska, które występowały przeciw lustracji w 1992 roku, tym razem nie przyniosła żadnych efektów. – W Czechach również część mediów sprzeciwiała się lustracji. Bardzo gorączkowo próbowano zablokować odtajnienie materiałów komunistycznych służb specjalnych. Kiedy otwarto archiwa i okazało się, kto współpracował z bezpieką, nagle protesty ucichły – mówiła w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” poseł Julia Pitera (PO), która przez cały okres pracy nad ustawą w ramach sejmowej komisji optowała za utrzymaniem zapisu wprowadzającego lustrację dziennikarzy i właścicieli mediów.
Podpis złożony przez prezydenta nie oznacza jednak bezkrytycznej akceptacji parlamentarnych propozycji. Lech Kaczyński zapowiedział bowiem nowelizację ustawy. Przewiduje się w niej powrót oświadczeń lustracyjnych, które badałby w trybie karnym odrębny czwarty pion w IPN. Wśród niedociągnięć ustawy prezydent wskazał też „zamieszanie” na liście zawierającej nazwiska osób, które były osobowymi źródłami informacji dla SB. Jego zdaniem, może dojść do zrównania osób, które z racji obowiązków służbowych nie mogły odmówić spotkania z SB, z tymi, które świadomie współpracowały z SB. – Ustawa nie była idealna, bowiem powstawała w drodze kompromisu. Zapowiedziany przez prezydenta projekt zmian to bardzo cenna inicjatywa – uważa poseł Arkadiusz Mularczyk (PiS), współautor ustawy lustracyjnej.
Podobnie jak w 1992 roku, kiedy to w brutalny sposób „Gazeta Wyborcza” atakowała rząd Jana Olszewskiego i zwolenników ujawnienia agentów SB, tak i dziś decyzja prezydenta wywołała gwałtowny sprzeciw dziennikarzy tej redakcji. Marek Beylin, szef publicystyki „Gazety Wyborczej”, w rozmowie z PAP określił nową ustawę lustracyjną jako „koszmarną” i legalizującą „dziką lustrację”. Redaktor „Wyborczej” dał się poznać również jako przeciwnik jawności życia publicznego, twierdząc, że archiwa SB powinny zostać zamknięte na 30 lat (sic!).
