Rosyjski cios
Treść raportu MAK oraz sposób jego prezentacji i zachowanie politycznych
władz Rosji to dowód na klęskę polityki polsko-rosyjskiego pojednania. Rzekomy
pragmatyzm i nadzieja na "ocieplenie" relacji z Rosją nie przyniosły pozytywnych
rezultatów ani w sprawach historycznych – jak śledztwo katyńskie – ani
gospodarczych.
Tragedia smoleńska, śmierć polskiego prezydenta, wielu polityków, wojskowych i
działaczy społecznych wywołały jedynie krótkotrwałą refleksję na temat dyskursu
politycznego i stanu państwa polskiego. Tylko w ciągu kilku dni po 10 kwietnia
2010 r. przez media przetoczyła się refleksja na temat rzeczywistego charakteru
prezydentury i wizerunku prezydenta, a przez Pałac Prezydencki i okolice
przeszedł wielotysięczny tłum żałobników. Niestety krótkotrwała refleksja nie
odmieniła kraju na lepsze. Nie wyciągnęliśmy pozytywnych wniosków. Wiele
środowisk politycznych uznało ten moment za dogodny do rewanżu i przejęcia
władzy. Ten nadzwyczajny stan został wykorzystany do niezasłużonej i
niesprawiedliwej zmiany, do stworzenia nierównowagi politycznej w państwie.
Byłem chyba pierwszym urzędnikiem szczebla ministerialnego, który przybył do
Kancelarii Prezydenta po zapoznaniu się za pośrednictwem mediów z tą tragiczną
wiadomością 10 kwietnia ubiegłego roku. To z mediów dowiadywaliśmy się o tym, co
zaszło, gdyż od 2008 r. zarówno prezydent, jak i jego urzędnicy nie byli
należycie informowani przez rząd i podległe mu instytucje o życiu kraju. Po
sprawdzeniu, kto towarzyszył prezydentowi w delegacji do Smoleńska i odliczeniu,
kto i kiedy może powrócić do pełnienia obowiązków służbowych, ok. godziny
jedenastej przed południem skontaktowałem się telefonicznie z marszałkiem Sejmu
Bronisławem Komorowskim. Poinformowałem o sytuacji w Kancelarii i Biurze
Bezpieczeństwa Narodowego. Już w czasie tej krótkiej rozmowy telefonicznej
zwróciłem uwagę na suchy ton wypowiedzi marszałka, który kontrastował z
atmosferą w Pałacu Prezydenckim. My byliśmy w rozpaczy, żałobie, osamotnieniu.
Po tamtej stronie telefonu był chłód i zastanawianie się, kiedy możemy przyjść
do Kancelarii Sejmu. To znaczy, kiedy marszałek będzie gotowy nas przyjąć i
powiadomić o swoich decyzjach. W godzinach popołudniowych kilku ministrów
Kancelarii Prezydenta zostało przyjętych wreszcie przez marszałka tylko po to,
aby zapoznać się z nowym szefem Kancelarii. Nie przyjęto naszych tłumaczeń, iż
zarówno zastępca szefa kancelarii, jak i zastępcy szefa BBN normalnie
funkcjonują. Przejęcie obu urzędów nastąpiło prawie natychmiast. Ten brak
empatii nowych władz został dostrzeżony wówczas również przez media. A ja już
wtedy zrozumiałem, że lansowane przez marszałka Komorowskiego, kandydata PO na
prezydenta, hasło wyborcze "Zgoda buduje" było pustym zabiegiem propagandowym.
Wrogie przejęcie
W obliczu tak niespotykanej tragedii tu i ówdzie dało się słyszeć głosy o
potrzebie stworzenia technokratycznego, eksperckiego rządu jedności narodowej.
Oprócz prezydenta zginęli również dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych.
Były zatem uzasadnione obawy o stan bezpieczeństwa państwa. Inni komentatorzy
zwracali uwagę na niezwykłą sytuację marszałka Sejmu w kontekście wyborów
prezydenckich. Po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego marszałek Komorowski w
kampanii na urząd prezydenta mógł korzystać ze wsparcia obozu rządzącego, tj.
partii PO i całego zaplecza rządowego, Kancelarii Sejmu i Senatu, oraz być
beneficjentem podporządkowania sobie Kancelarii Prezydenta i BBN.
Bezprecedensowe wsparcie otrzymał również spoza Polski, gdyż należy przypomnieć
rolę Jerzego Buzka, szefa Parlamentu Europejskiego. Pojawiły się zatem zasadne
sugestie dotyczące rezygnacji z jednej z tych funkcji dla dobra procesu
demokratycznego i w imię uczciwości kampanii wyborczej.
Niestety, w następnych tygodniach mogliśmy tylko obserwować szybkie przejmowanie
centralnych urzędów państwowych przez osoby związane politycznie i towarzysko z
obozem rządzącym. Nikt i nigdzie nie przestrzegał wyborczego sloganu PO "Zgoda
buduje". Nie respektowano zasad kadencyjności. Nie stosowano zasady kooptowania
przynajmniej części kadry poprzedniego kierownictwa osieroconych instytucji
państwowych.
W takiej sytuacji trudno uznać, że kampania prezydencka odbyła się w atmosferze
fair play. Jedna ze stron korzystała ze wszystkich atrybutów przejętej władzy i
instytucji państwowych. Po drugiej stronie byli adwersarze wyrzuceni z urzędów,
niesprawiedliwie zdemonizowani i napiętnowani mianem antysystemowej opozycji.
Pod wpływem konglomeratu mediów i "salonu" rozpętano bezprecedensową akcję
propagandowo-dyskredytacyjną wobec opozycji. Rozpoczęto wszczepianie
społeczeństwu jedynie słusznych poglądów na rozwój i modernizację Polski. Nie
było już ośrodka, który mógłby weryfikować rządowe pomysły i oceny przedstawiane
społeczeństwu.
Ku monopolowi
Konsekwencją tragedii smoleńskiej jest zatem sytuacja, w której całkowita władza
w państwie została przejęta przez bezideowy obóz polityczny PO, spajany głównie
antypisowskimi sloganami, który nie czuje już jakichkolwiek ograniczeń. Z
różnych powodów, w tym i błędów opozycji, obóz władzy zdobył olbrzymie wsparcie
mediów, które nie rozliczają rządu z trzech lat sprawowania władzy i
niespełnionych obietnic, zaś z niespotykaną gorliwością albo roztrząsają rządy
PiS sprzed lat, albo obecny stan tej partii i dokonują egzegezy każdej
wypowiedzi jej liderów. To zjawisko było szczególnie widoczne w okresie kampanii
samorządowej. Władze zablokowały całkowicie informacje o złym stanie państwa,
zaś sprzyjające im media i salony rozwinęły debatę o kryzysie i rozłamie w
partii opozycyjnej.
Dyskurs polityczny przestał być areną ścierania się poglądów i merytorycznych
racji. Stosując propagandowe chwyty i dyskredytując racje opozycji bez
podejmowania jakiejkolwiek debaty, obóz władzy zdołał zawłaszczyć,
zmonopolizować sposób myślenia społeczeństwa o funkcjonowaniu państwa. Liderzy
polityczni obozu rządzącego, wykorzystując celebrytów oraz sprzyjające media,
wyszydzali poglądy opozycyjne, aby usunąć je z dyskursu politycznego. Czyniono
tak, aby przekonać społeczeństwo, że główna partia opozycyjna jest siłą
antysystemową, a tym samym niedemokratyczną i nie posiada legitymacji istnienia
w demokratycznym państwie. Nie używano w tych potyczkach merytorycznych
argumentów. Kiedykolwiek dyskusja miała toczyć się o podatkach, emeryturach czy
infrastrukturze pastwa, argumenty i pytania opozycji kwitowano zwykle epitetami
i osobistymi napaściami, insynuacjami, często o charakterze wulgarnym.
Przykładem takiego działania był sposób, w jaki obóz władzy przez wiele miesięcy
podchodził do tragedii smoleńskiej i śledztwa w tej sprawie. Nie tylko opozycja
i sympatycy poległego prezydenta, ale i rodziny ofiar byli poddani
polityczno-medialnej presji, aby pozostawali poza procesem wyjaśniania przyczyn
katastrofy, aby czasem nie odkryli, że popełnione zostały błędy w funkcjonowaniu
państwa kierowanego od ponad trzech lat przez rząd PO.
Zmiana charakteru prezydentury
Zdobycie prezydentury przez Bronisława Komorowskiego znacząco zmieniło charakter
tego urzędu i zakres działania głowy państwa. Poprzedni prezydenci postrzegali
swój urząd jako instytucję stojącą na straży Konstytucji, jako instytucję
monitorującą pracę centralnych urzędów państwowych, szczególnie tych, które
odpowiadały za bezpieczeństwo państwa i politykę zagraniczną. Tamci prezydenci
byli audytorami poczynań rządu. Bronisław Komorowski przyjął odmienną postawę –
adoratora rządu. Zrezygnował z zadań monitorowania kluczowych dziedzin polityki
państwowej, o czym świadczy m.in. dobór współpracowników. Nie ma tam byłych
ministrów czy wysokich urzędników państwowych, jak to miało miejsce za
poprzedników. Urząd prezydencki stał się instytucją uzupełniającą działania
rządu, który przejął pełną kontrolę nad państwem.
Istotna zmiana zaszła również w samej polityce prezydenta. Nie stara się już
utrzymywać, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Taki slogan nawet nie został
wypowiedziany w celach propagandowych. Prezydenckie działania wobec krzyża przed
pałacem, gesty wobec gen. Jaruzelskiego i przygarnięcie środowiska po byłej Unii
Demokratycznej świadczą o świadomym planie zbudowania własnego zaplecza
politycznego.
Rezygnacja z funkcji konstytucyjnego rozliczania rządu z jednej strony oraz
zabiegi zmierzające do stworzenia własnego obozu politycznego z drugiej
oznaczają, że urząd prezydenta przestaje pełnić funkcję strażnika narodowych
interesów zdefiniowanych przez Konstytucję. Co więcej, liczne lapsusy i wpadki
sytuacyjne, jak groteskowa wizyta w USA i dywagacje o bigosie, grożą, iż
prezydentura ta zmierza do samomarginalizacji na scenie politycznej.
Kompromitacja polityki pragmatyzmu i empatii
Śmierć Lecha Kaczyńskiego umożliwiła obozowi rządzącemu dokonanie radykalnej
zmiany w polityce zagranicznej. Rząd całkowicie zerwał z ambicjami zabiegania o
podmiotową pozycję Polski w Unii i NATO. Zasadnicza zmiana nastąpiła na kierunku
wschodnim. Bazując na koncepcji, iż liczy się tylko "tu i teraz", zerwano z
ambitną koncepcją polityki jagiellońskiej, wspierania demokratycznych i
integracyjnych ambicji państw postsowieckich. Jej zwolenników obrzucono epitetem
postzimnowojennych i antymodernizacyjnych ideologów. Zastąpiono ją rzekomo
polityką piastowską, zorientowaną na modernizację kraju. Na Wschodzie zaś
uznano, że wobec Moskwy należy zachowywać się pragmatycznie, przyjąć Rosję taką,
jaka jest, i po prostu dogadać się i robić interesy. Wyciszono kwestie
historyczne, gdyż ceną za nie były przyjazdy do Polski Putina i Miedwiediewa. Po
katastrofie smoleńskiej dorzucono jeszcze rzekomą empatię rosyjskich władz jako
kolejny argument na uległość wobec Moskwy, co miało przynieść szybkie i
pozytywne zmiany w relacjach polsko-rosyjskich. Już w czasie grudniowej wizyty
Miedwiediewa w Polsce polityka ta poniosła klęskę. Rosyjski prezydent nie
przyjechał z konkretami w żadnej sprawie. Kolejny cios tej polityce zadały treść
raportu MAK oraz sposób jego prezentacji i zachowanie politycznych władz Rosji.
Tragedia smoleńska doprowadziła zatem do radykalnych przemian w Polsce. Z
polskiej sceny politycznej zniknęła znaczna grupa prominentnych polityków, w tym
charyzmatyczny prezydent z wyraźnie określonymi poglądami i determinacją w ich
realizacji. W konsekwencji odejścia części elity politycznej i szefów urzędów
państwowych nastąpiło monopolistyczne przejęcie władzy przez obóz rządzący. Ta
sytuacja wypaczyła proces demokratyzacji kraju, który zaczął się ledwie 21 lat
temu. Jaskrawo odbija się to na polskim rynku medialnym. Wreszcie doszło do
marginalizacji Polski na arenie międzynarodowej. Porzucenie ambitnej,
podmiotowej postawy skończyło się polityką klienta wobec Niemiec i
kompromitującym upokorzeniem przez Rosję.
Witold Waszczykowski
Autor jest dyplomatą, byłym zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego
(2008-2010); w latach 2005-2008 pełnił funkcję podsekretarza stanu w MSZ, a
także głównego negocjatora w rozmowach z USA dotyczących tarczy antyrakietowej.
