Rosja przekształca się w dyktaturę

Z prof. Włodzimierzem Marciniakiem, politologiem z Instytutu Studiów Politycznych PAN, rozmawia Mariusz Bober

Czy wybory parlamentarne w Rosji będą rzeczywiście plebiscytem poparcia dla prezydenta Władimira Putina? Czy może cesją poparcia na jego partię Jedna Rosja?

– Będzie to referendum w sprawie poparcia dla Putina. Wyniki tego plebiscytu, a przede wszystkim frekwencja mogą mieć znaczne skutki i wyznaczyć dalszy kierunek rozwoju Rosji. Swoje dalsze decyzje co do sposobu uczestniczenia w polityce rosyjskiej prezydent uzależni zapewne właśnie od tego, czy to referendum da mu wystarczająco wysokie poparcie. Najważniejsza będzie frekwencja, ponieważ i tak wiadomo, że większość będzie głosowała na partię Jedna Rosja, czyli właściwie na Putina.

Jakie będą jego decyzje, gdyby okazało się, że frekwencja jest niska? Jakie wnioski wyciągnąłby z tego rosyjski przywódca, a jakie wyciągnie opinia publiczna na Zachodzie?

– Rosja coraz wyraźniej podąża śladami Białorusi i charakterystycznego dla Aleksandra Łukaszenki sposobu rozwiązania problemu ciągłości władzy poprzez zapewnienie właściwie dożywotniego sprawowania rządów. Moskwa już odrzuciła model ukraiński dokonania reformy instytucjonalnej. Podobieństwa między sposobem sprawowania rządów w Rosji i na Białorusi są rażące – zarówno jeśli chodzi o metodę zapewnienia ciągłości władzy, jak i sposoby rozprawiania się z opozycją. Jeśli w referendum będzie wysoka frekwencja, potwierdzi to siłę Putina i jego zdolność do mobilizowania elektoratu. Wzmocni też jego pozycję względem najbliższego otoczenia. To może mieć istotne znaczenie z punktu widzenia pewnej wewnętrznej gry, w której obie strony są wzajemnymi zakładnikami. Jego otoczenie naciskało na niego, aby został. On opierał się temu przez pewien czas, jednak musiał ulec tym naciskom. Obecnie Putin walczy o stopień swojej samodzielności od systemu, który sam stworzył.

Kto tworzy ten system?

– Najogólniej rzecz biorąc, to po prostu otoczenie, zarówno służby specjalne, jak i oligarchowie. Trudno powiedzieć, kto ma tam ostatni głos. Jednak jeśli do więzienia wysłano Michaiła Chodorkowskiego, a na wolności są i robią gigantyczne interesy tacy oligarchowie jak Roman Abramowicz, Giennadij Timczenko czy bracia Jurij i Michaił Kowalczukowie, blisko związani z Putinem, może to wskazywać, że właśnie oni stanowią najbliższe otoczenie. Sytuacja wygląda trochę tak jak w greckiej tragedii. Bohatera otacza szary chór pułkowników. Mówią mu, co ma robić, a on musi im ustępować. To grupa posługująca się prezydentem jako wyrazicielem swoich interesów. Ona korzysta z jego poparcia i pewnych umiejętności, które zaprezentował. To trochę tak jak sowieckie Biuro Polityczne…

…przypominające „grupę trzymającą władzę”?

– Być może to dobre porównanie. Najważniejsze decyzje mogą zapadać właśnie w tym gronie.

Kim w takim razie jest tak naprawdę Putin – carem czy matrioszką?

– Jest wiernym funkcjonariuszem skorumpowanego, oligarchicznego reżimu, który rządzi Rosją. Rzeczywiście posadził do więzienia niektórych oligarchów, ale inni niezwykle się wzbogacili w okresie jego rządów. Jednak wszystko to dzięki dobrej koniunkturze gospodarczej udało się ukryć. Dokonano tego również dzięki fałszywej postawie Zachodu, który przez kilka lat wysyłał do Rosji sygnały, że Putin jest demokratą. Robił to zarówno były prezydent Francji Jacques Chirac, ekskanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, jak i prezydent USA George W. Bush. Na początku rządów prezydenta Rosji społeczeństwo przyjmowało te komunikaty i wierzyło w nie. Ale dziś, gdy z Zachodu płynie krytyka pod adresem władz, społeczeństwo już jej nie przyjmuje. Odpowiadając na pana pytanie, powiem, że w dużej mierze Putin jest już marionetką. Nie ma wyboru, on musi zostać. Jednak toczy jeszcze dramatyczny bój o to, by zachować jakąś swobodę manewru.

Wracając do sprawy frekwencji – może to po prostu problem rosyjskiego prezydenckiego systemu sprawowania władzy? Może ludzie po prostu zrozumieli, że i tak rządzi prezydent, a parlament zatwierdza tylko jego decyzje, więc wybieranie jego przedstawicieli jest bez znaczenia?

– Rzeczywiście widać tendencję spadku frekwencji w wyborach parlamentarnych, i być może jest to taka bierna forma protestu przeciwko temu, co się dzieje w Rosji. Dlatego właśnie użyto przemocy, by zapobiec temu. Taka demonstracja siły bez żadnego uzasadnienia, bo przecież opozycja jest zbyt słaba, by mogła zagrozić władzy, miała skłonić społeczeństwo do pójścia na głosowanie. Badania prowadzone kilka miesięcy temu ujawniały specyficzną sytuację: wielu respondentów przyznawało, że wybory nie będą uczciwe, ale jednocześnie wielu z nich uznało, że trzeba pójść na wybory, bo jest ważne, jak się będzie głosować. Społeczeństwo rosyjskie ma bowiem bardzo dwuznaczny stosunek do władzy. Z jednej strony ocenia ją źle, ale jeśli są zapewnione pewne minimalne standardy, jest gotowe ją popierać. Właśnie do tego obecne władze w sposób świadomy się odwołują. Dotychczasowa niska frekwencja w wyborach parlamentarnych świadczy o apatii społeczeństwa, co zresztą jest konsekwencją dotychczasowej polityki Kremla – odsuwania ludzi od wpływu na politykę. Do pewnego stopnia to zniechęcenie jest zrozumiałe choćby z powodu trudnych i nieudanych reform z początku lat 90. Jednak taka postawa świadczy również o konformizmie. Przeciwko opozycyjnym demonstrantom użyto niedawno siły właśnie po to, aby zademonstrować społeczeństwu, kto tu rządzi, aby zrozumiało, że czy chcą, czy nie chcą, muszą być posłuszni. W ten sposób władze zamierzały sprowokować takie konformistyczne zachowanie, że w gruncie rzeczy nic innego ludziom nie pozostaje niż głosować na wskazanych ludzi, bo innych nie ma.

Ale przecież gdyby na Zachodzie władze spałowały opozycję, zwłaszcza tydzień przed wyborami, każdy rząd byłby skończony.

– Tak, ale rozegrało się to w społeczeństwie, które nie widzi alternatywy, bo jeśli nie Putin, to kto? Garri Kasparow? Z drugiej strony obecny reżim pracował 8 lat, by ten brak alternatywy wytworzyć, ale społeczeństwo to usankcjonowało. Teraz, by uniknąć chaosu, uzna, że trzeba poprzeć władzę. To otwiera drogę do totalitarnej ewolucji tego reżimu.

Więc to już nie jest demokracja sterowana? To rzeczywiście początek dyktatury? Jeśli tak, to czyjej?

– Obserwujemy właśnie przekraczanie pewnej granicy. To, co obserwowaliśmy tydzień temu, to użycie represji na skalę dotychczas niespotykaną. Do tej pory dochodziło tylko do pojedynczych incydentów na mniejszą skalę. Do niedawna mieliśmy do czynienia z silnymi rządami prezydenckimi. Teraz ich struktury są demontowane, a władza jest przekształcana w nową instytucję, która dopiero się wyłania i na której czele może stanąć Putin, ale już jako przywódca narodu. Zmiana byłaby fundamentalna, ponieważ byłaby to instytucja niewybieralna i niekadencyjna. Dlatego możemy powiedzieć, że jest to przechodzenie od autorytarnych rządów do dyktatury. Drugą sprawą jest ocena postępowania Putina. Gdy obserwowałem jego zachowanie podczas niedawnego wystąpienia w Łużnikach, zauważyłem, że jego przemówienie było równie histeryczne, jak spotkanie z rodzinami ofiar marynarzy z zatopionej przed kilkoma laty łodzi podwodnej Kursk. Równie histeryczne było zresztą zachowanie zgromadzonych tam tłumów, krzyczących: „Zostań, zostań!”. Widać było przerażenie w oczach prezydenta i histerię w słowach, z których wynikało, że wszystkiemu są winni „oni”, którzy są finansowani przez Zachód, że to obca ręka i że trzeba ich posadzić na ławie oskarżonych. Można z tego wyciągnąć wniosek, że poprzez umiejętne sterowanie histerią społeczną Putin został zmuszony przez swoje otoczenie do pozostania u władzy. Obecny przełom prowadzi zapewne do dożywotnich rządów Putina.

Zostanie dożywotnim prezydentem?

– Obecnie jest propagowany projekt utworzenia urzędu przywódcy narodu, powołanego przez zgromadzenie obywateli.

Ale przecież na 2 marca wyznaczono datę wyborów prezydenckich?

– To może być jedynie problem techniczny. Do momentu formalnego opublikowania daty wyborów w „Rosyjskiej Gazecie” (28 listopada) Putin teoretycznie mógł złożyć urząd i wystartować w wyborach prezydenckich. Teraz nie jest to już możliwe. W każdym razie chcę podkreślić, że został on postawiony niemal przed faktami dokonanymi – jeśli odmówi pozostania, grozi mu los Aleksandra Litwinienki [zamordowanego przed rokiem najprawdopodobniej przez rosyjskie służby byłego agenta ZSRS, żyjącego od lat na emigracji w Wielkiej Brytanii – red.]. Zostało mu to jasno i wyraźnie powiedziane…

…skąd Pan to wie?

– To jest oczywiście moja interpretacja zdarzeń. Wiadomo, że Putin był bardzo zaniepokojony po zabójstwach Anny Politkowskiej i Aleksandra Litwinienki. Traktował te wydarzenia jako wymierzone bezpośrednio w niego.

Odmawiając wydania Brytyjczykom Andrieja Ługowoja, podejrzewanego o zatrucie Litwinienki, wziął na siebie polityczną odpowiedzialność za tę zbrodnię i odciął sobie drogę odwrotu. Od tego momentu jest jasne, że Putin musi zostać. Szczegółowo ten problem analizuje politolog Andriej Piontkowski, którego książki prokuratura rosyjska uznała za ekstremistyczne.

Nikt inny nie mógłby zastąpić Putina? Przecież już wymieniano kandydatów na jego następców?

– Nazwiska następców pojawiały się wtedy, gdy Putin rzeczywiście chciał odejść. Teraz nie ma już takiej możliwości. Putin musi zostać. Problem polega jedynie na technicznym rozwiązaniu tego problemu oraz na osamotnieniu Putina. Po formalnym publikowaniu daty wyborów prezydenckich nie może on brać w nich udziału. Ponieważ ufa tylko wujkowi Wiktorowi, czyli premierowi Zubkowowi, z którym robił interesy jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, dlatego też najprawdopodobniej jemu przekaże władzę. Natomiast czy Zubkow zapewni bezpieczeństwo Putinowi i ustąpi po pewnym czasie, pozostaje zagadką natury ludzkiej.

Czyli byłby to dożywotni marionetkowy dyktator w ręku grupy oligarchów i służb specjalnych?

– Nie do końca. Cała kombinacja z Zubkowem to próba rozwiązania kwadratury koła – jak odejść, żeby zostać. Putin toczy dramatyczną walkę o zachowanie swobody rąk w ramach systemu, który sam stworzył. Myślę, że zdaje on sobie sprawę z tego, że los dożywotnich władców sowieckich był tragiczny – Lenina trzymano pod aresztem domowym, Stalin dwie doby konał w kałuży moczu, a Breżniewa faszerowano narkotykami i jak kukłę wystawiano na pośmiewisko gawiedzi. Przypuszczam, że to musiał mieć przed oczami, gdy słyszał fanatyczne krzyki swoich zwolenników w Łużnikach.

Z Pana wypowiedzi wynika, że Rosjanie tkwią w swoistej schizofrenii. Z jednej strony źle oceniają swoją władzę, z drugiej pozwalają jej rządzić w imię „świętego spokoju”. Jednak właśnie taka postawa była już nieraz powodem problemów tego społeczeństwa i stwarza sytuację błędnego koła, ponieważ usankcjonowana przez nie dyktatura blokuje mu możliwość wyboru i wyłonienia alternatywy?

– Nawet w obecnej fazie tego cyklu widać tę sprzeczność. Jest to rzeczywiście takie zamknięte koło. Teraz reżim Putina na tyle wzmocnił się, że właściwie jest już za późno na protesty.

Opozycja rzeczywiście nie ma nic do zaoferowania? A może społeczeństwo jest niedoinformowane?

– I jedno, i drugie. Gdyby opozycja działała w normalnym, pluralistycznym systemie mediów, sprzyjałoby to jej rozwojowi. Ale jeśli jednym z jej liderów jest Garri Kasparow, człowiek, który przez lata współpracował z Kirsanem Ilumżynowem, prezydentem Republiki Kałmucji, który reżim autorytarny wprowadził już dawno i dawno już dochodziło tam do morderstw dziennikarzy, to nie uwiarygodnia go jako opozycjonisty wobec Putina. Dla społeczeństwa rosyjskiego jest to człowiek, który co prawda pokłócił się z tym reżimem, ale niczym się od niego nie różni. Ludzie wolą mieć więc autorytarny „oryginał” w postaci dotychczasowego prezydenta niż nieczytelną i nieprzejrzystą „podróbkę”. Po prostu znaczna część opozycji to są odpryski systemu putinowskiego. Tak jest m.in. z Borysem Bierezowskim, który wykreował Putina, a dziś jest z nim skonfliktowany.

Właśnie, kim w takim razie jest opozycja? Co i kogo reprezentuje? Społeczeństwu rosyjskiemu kojarzy się głównie z oligarchami, którzy wypompowali miliardy dolarów z Rosji i uciekli na Zachód, skąd razem z niektórymi rekinami biznesu i służbami niektórych państw chcą wrócić, aby kontynuować ten proceder?

– Rzeczywiście to fundamentalna sprawa. Znaczna część społeczeństwa rosyjskiego ma ogromne poczucie krzywdy związane z reformami z lat 90. Obecny reżim, który zresztą reprezentuje rosyjskich milionerów, niezwykle umiejętnie eksploatuje ten temat. Sprzyja mu światowa koniunktura, dzięki której znaczna część rosyjskiego społeczeństwa odczuła poprawę poziomu życia. Ostatnio jednak zaczęło się to chwiać. Ruszyła bowiem inflacja, podrożały zwłaszcza artykuły spożywcze. Władze próbują zamrozić ceny. Obecne wydarzenia to w dużej mierze próba ucieczki reżimu przed odpowiedzialnością za to, co się dzieje w kraju, ucieczki przed potencjalnym wybuchem niezadowolenia społecznego. Może to zapowiadać poważne zmiany w Rosji. Być może kraj ten zbliża się do poważnego kryzysu, który może zdemaskować to całe oszustwo propagandy, że ta władza wyrównuje jakieś krzywdy z lat 90. Tymczasem tak naprawdę ten reżim jeszcze bardziej pogłębił rozwarstwienie społeczeństwa. Co do wpływów Zachodu – przecież to właśnie politycy zachodni wspierali w dużej mierze reżim Putina i uwiarygodniali go. Nawet Unia Europejska nie stawia Rosji jasnych wymagań dotyczących przestrzegania praw człowieka. Także premier Donald Tusk powiedział w swoim exposé, że akceptuje Rosję taką, jaką jest.

Co w takim razie mogłaby zaproponować społeczeństwu opozycja? Jaka mogłaby być ta inna Rosja, której nazwę przyjęła koalicja sił opozycyjnych? Czy rzeczywiście myśli ona, że dzięki hasłom przestrzegania praw człowieka i odsunięcia Putina od władzy wygra wybory w Rosji?

– W społeczeństwie są rzeczywiście ogromne pokłady niezadowolenia. Rozwija się np. ruch ludzi oszukanych przez firmy deweloperskie. Ale oni nie wychodzą poza swoje środowisko. Takich problemów jest mnóstwo. Jednak opozycja w ogóle nie odnosi się do nich. Nie potrafi się zjednoczyć i współpracować z ludźmi niezadowolonymi z obecnych rządów. Dlatego tak naprawdę pozostaje wciąż na marginesie rzeczywistych problemów nękających społeczeństwo. Trzeba więc chyba poczekać, aż opozycja zacznie rzeczywiście dojrzewać w tych dziedzinach, w których reżim wchodzi w konflikt z wieloma grupami społecznymi. Na razie jednak władze mają wciąż duże środki dzięki światowej koniunkturze, które mogą wykorzystać na łagodzenie tych napięć. Opozycja nie jest też dla społeczeństwa wiarygodna. Podam przykład: w Moskwie wielokrotnie dochodziło do starć między mieszkańcami a policją z powodu zabudowy terenów będących wcześniej np. placami zabaw. Wspierał ich nawet radny moskiewski, przywódca stołecznej komórki partii Jabłoko. Jednak prosto z tych protestów jechał na posiedzenie rady miejskiej i głosował tak, jak chciał mer Moskwy Jurij Łużkow…

Taka postawa jest charakterystyczna także dla innych przedstawicieli opozycji?

– W dużej mierze tak. Dlatego obecnie nie widzę dla niej perspektyw.

Dziękuję za rozmowę.



drukuj