Rosja chce storpedować tarczę NATO
Z Andrzejem Wilkiem, kierownikiem Zespołu Bezpieczeństwo i Obronność
Ośrodka Studiów Wschodnich, rozmawia Mariusz Bober
Rosyjscy przywódcy grożą Zachodowi nowym wyścigiem zbrojeń, jeśli Rosja nie
zostanie włączona do projektu budowy NATO-wskiej tarczy antyrakietowej. Czy
ostatnie wystąpienia premiera i prezydenta Rosji można uznać za szantaż? Obaj
mówili o rozmieszczeniu broni jądrowej wzdłuż granic Sojuszu?
– Stały przedstawiciel Moskwy przy NATO Dmitrij Rogozin, komentując ostatni
szczyt Paktu Północnoatlantyckiego w Lizbonie, zwrócił uwagę, że Sojusz zapisał
w swoich dokumentach, iż nie jest wrogiem Rosji, ale nie zadeklarował, że nie
uważa jej za wroga… Rosjanie zachowują się cały czas "standardowo". Trudno
spodziewać się, by Moskwa bez istotnej przyczyny zmieniła swoją starą doktrynę i
swój strategiczny cel, jakim jest usunięcie USA z Europy, przynajmniej w sferze
bezpieczeństwa, a przede wszystkim niedopuszczenie do rozlokowania amerykańskich
jednostek lub instalacji militarnych w byłej sowieckiej strefie wpływów. Kreml
nadal nie traktuje nowych państw Sojuszu z Europy Środkowo-Wschodniej jako
pełnoprawnych jego członków. Wypowiedzi rosyjskich przywódców należy traktować
jako reakcję na wyniki szczytu w Lizbonie, bo przecież Rosjanie nie uzyskali tam
nic. Niektórzy mówią wprost, że podano im tam czarną polewkę.
Niektórzy twierdzą, że z powodu nacisków Moskwy Sojusz nie podjął stanowczych
rozstrzygnięć…
– Może rzeczywiście nie doszło do konkretnych uzgodnień podczas szczytu, a jego
członkowie nie mogli się zdecydować, w którą stronę trzeba iść, ale też nie
przyjęto rozwiązań korzystnych dla Moskwy. Jeśli chodzi zaś o tarczę
antyrakietową, to obiecano im tylko, że zostaną zaproszeni do rozmów w tej
sprawie, a nie do udziału w projekcie budowy tarczy. Co prawda sekretarz
generalny Sojuszu Anders Fogh Rasmussen trzy razy zmieniał zdanie w tej sprawie,
w zapisach końcowych szczytu nie ma jednak mowy o udziale Rosji w budowie tarczy
razem z NATO, i Moskwa doskonale sobie zdaje z tego sprawę. Niemniej wiele
państw odebrało informacje ze szczytu w ten sposób, że Rosja będzie brała udział
w projekcie, i teraz Kreml próbuje tym grać.
A czy nie udało mu się grać także naszym bezpieczeństwem? Niektórzy uważają,
że właśnie pod naciskiem Moskwy na szczycie nie padły – poza obietnicami –
konkrety w sprawie opracowania planów obrony Polski i nowych członków Sojuszu w
przypadku agresji. Brak też konkretów w sprawie ulokowania w krajach naszego
regionu elementów infrastruktury NATO…
– Chciałbym wierzyć, że decyzje w tej sprawie zostały jedynie zdjęte z
publicznej dyskusji, by nie drażnić Rosji. Rzeczywiście nowa koncepcja
strategiczna NATO po raz pierwszy w historii Sojuszu nie stanowi żadnej podstawy
do planowania wojskowego…
Czyli rację mają ci, którzy wskazują, że zarówno Polska, jak i pozostałe nowe
kraje NATO nie uzyskały na szczycie wzmocnienia swojego bezpieczeństwa?
– Jeśli poważnie przeanalizuje się dokumenty ze szczytu, to łatwo można
zauważyć, że satysfakcjonujące zapisy uzyskały jedynie Stany Zjednoczone. Można
też uznać za sukces to, że w nowej koncepcji pozostawiono – wzorem poprzednich –
odwołanie do art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego [mówi o tym, że atak na jedno
lub kilka państw członkowskich jest traktowany jako atak na cały Sojusz – red.].
Obecnie NATO chce zajmować się wszystkim, ze zmianami klimatycznymi włącznie. Z
drugiej strony w dokumentach ze szczytu wpisano deklaracje poczynienia
oszczędności. Na dobrą sprawę widać, że Sojusz nie wie, czego naprawdę chce.
Myślę, że zwyciężą te pomysły, które będą korzystne dla najsilniejszych członków
Paktu, i wybierze on właśnie tę drogę.
Czyli możemy uznać, że Sojusz będzie budował tarczę bez Rosji?
– Tego nie wiem. Myślę, że w przyszłości wszystko jest możliwe. Na razie wiadomo
tyle, że powstaje tarcza amerykańska, choć w innej postaci niż ta proponowana
przez administrację George’a W. Busha. Z dokumentów szczytu w Lizbonie wynika,
że europejscy sojusznicy NATO włączą się w ten projekt. Niemcy stawiali warunek,
że tarcza powinna być budowana wspólnie z Moskwą. Dziś trudno powiedzieć, czy
jeśli tarcza będzie budowana bez Rosji, Niemcy nie zrezygnują z udziału w niej.
Można mieć nadzieję, że nie będą sabotować budowania tej tarczy.
Czy nie jest to przykład rozbijania solidarności Sojuszu? Przecież udział
Rosji w budowie tarczy NATO osłabiłby zdolność Paktu do obrony państw
członkowskich przed ewentualnym zagrożeniem właśnie ze strony Rosji?
– Obserwując to, co działo się dotychczas, mogę powiedzieć, że gdyby
przeforsowano pomysł włączenia Moskwy do projektu budowy tarczy jako
równoprawnego członka, oznaczałoby to w praktyce zablokowanie projektu.
Dlaczego?
– Ponieważ gdyby Rosjanie weszli do niego, nie dopuściliby do stworzenia przez
USA tarczy w kształcie, jaki jest potrzebny temu krajowi. Moskwa chce wejść do
tego projektu tylko po to, by go storpedować. Możliwy jest jeszcze scenariusz,
że Amerykanie realizują tarczę samodzielnie, bez udziału pozostałych członków
Sojuszu. Z kolei Rosja – jak proponował ostatnio prezydent Dmitrij Miedwiediew w
Lizbonie, jako kontrpropozycję dla projektu USA – chciałaby, żeby nie tworzyć
jednego systemu, tylko podzielić odpowiedzialność za bezpieczeństwo konkretnych
obszarów. W ramach tego pomysłu Rosja miałaby chronić Sojusz od zagrożeń z
kierunku wschodniego, co przekładałoby się na objęcie rosyjskim parasolem
antyrakietowym nowych krajów członkowskich NATO z Europy Środkowo-Wschodniej, w
tym Polski…
I w ten sposób nasze bezpieczeństwo znów zostałoby oddane w ręce Rosji…
– Jeśli NATO zgodziłoby się na propozycję Miedwiediewa, to możemy tak postawić
sprawę. Rosyjski system obrony przeciwrakietowej jest zupełnie inny od
amerykańskiego i realne współdziałanie obu jest właściwie niemożliwe. Nie myślę,
by Rosja – ze swoimi mocarstwowymi ambicjami – chciała w jakikolwiek sposób
włączyć się do systemu antyrakietowego, który jest – de facto – amerykański.
Rosja zbroi się na potęgę i modernizuje armię. Czy także po to, by
zaproponować Europie realną alternatywę w sferze bezpieczeństwa dla systemu
amerykańskiego?
– Nie podejrzewam, by celem zbrojeń jakiegokolwiek państwa była chęć zapewnienia
bezpieczeństwa innym. Każda armia służy przede wszystkim zapewnieniu
bezpieczeństwa własnego, a w przypadku mocarstw – także realizacji ich
interesów. Jeśli traktować tak postawione pytanie poważnie, to rosyjska oferta
przypominałaby raczej ofertę mafii ściągającej w latach 90. haracz od drobnego
biznesu w zamian za to, że sama nie zrobi im krzywdy. A że Rosja wydaje na
zbrojenia z roku na rok coraz więcej, to fakt – w przyjętym kilka dni temu
budżecie na cele wojskowe zapisano ponad 60 mld USD, a na nową broń do 2020 r.
Kreml planuje wydać co najmniej 670 mld USD. Należy pamiętać, że do tej kwoty
nie wchodzą środki przeznaczone na bieżące funkcjonowanie armii rosyjskiej, w
pierwszej kolejności na coraz bardziej intensywne ćwiczenia. Nawet jeśli część
środków zostanie zmarnotrawiona lub rozkradziona, to należy przyznać, że
rosyjscy wojskowi mają co defraudować.
Jak w takim razie – biorąc pod uwagę nową strategię NATO – będzie kształtować
się w najbliższych latach struktura bezpieczeństwa w Europie?
– Rosja i duże państwa europejskie dążą do ukształtowania nowej wersji "koncertu
mocarstw", który będzie odpowiadał za bezpieczeństwo na kontynencie europejskim.
W tej koncepcji kilka dużych krajów europejskich – Francja, Niemcy, Włochy –
wraz z Rosją dyktują warunki pozostałym krajom. Jednak na przeszkodzie do
realizacji tego scenariusza stoją Stany Zjednoczone, które mają trochę inne
pomysły i wizje.
Jednak dotychczasowa polityka administracji Baracka Obamy wskazuje, że
chętnie ograniczyłaby ona swoją obecność w Europie…
– Stany Zjednoczone wciąż mają aspiracje globalne i nie chcą się ich wyrzec. W
ramach ich realizacji Waszyngton jest skłonny do współpracy taktycznej z Rosją w
pewnych dziedzinach. W ten sposób USA mogły uznać, że skoro ważniejsza jest dla
nich pomoc Moskwy w wywieraniu presji na Iran, to wolą częściowo lub czasowo
zrezygnować z budowy bazy tarczy antyrakietowej w Polsce, Czechach czy Rumunii.
Z punktu widzenia zarówno Waszyngtonu, jak i Moskwy w relacjach
amerykańsko-rosyjskich więcej jest punktów spornych niż zbieżnych.
Dużo będzie zależało także od tego, jaką drogę wybiorą kraje europejskie?
– Pod tym względem można wyróżnić dwa typy państw. Niemcy, Francja i Włochy
chętnie ułożyłyby sobie relacje z Rosją samodzielnie, niezależnie od
istniejących sojuszów, traktując ją jako bardzo dobrego partnera, i chciałyby po
prostu zarabiać na tym. Z drugiej strony jest Wielka Brytania, która od czasów
zabójstwa przez rosyjski wywiad Aleksandra Litwinienki – prócz interesów – ma
też urażoną dumę, że nie potrafiła zapobiec zabójstwu swojego obywatela na
własnym terytorium. Animozje nasila systematyczne naruszanie przez rosyjskie
bombowce strategiczne brytyjskiej przestrzeni powietrznej.
Rosja robi to wszystko po to, by odbudować wpływy w Europie co najmniej takie
jak w czasach Związku Sowieckiego. Czy stoi za tym jeszcze inny plan?
– Nie wiem, czy chodzi jej jeszcze o coś innego. Wracając do analogii
historycznych, można przypuszczać, że chodzi o to, by imperium rozwijało się w
sensie przestrzennym – "pożerało" sąsiednie kraje w taki czy inny sposób.
Przywódcy rosyjscy coraz częściej mówią o rozwoju wewnętrznym, modernizacji,
choć nie do końca wiadomo, o jaką dokładnie modernizację chodzi. Pewna jest
tylko modernizacja armii?
– Tak. Pytanie tylko – czy to wpłynie "modernizująco" na ich podejście do
funkcjonowania państwa, na sposób postępowania względem sąsiednich krajów. Jako
że Rosjanie mają już wiele doświadczeń historycznych, zdają sobie sprawę, że
jeśli chcą zmodernizować państwo od strony infrastrukturalnej, technologicznej,
aby mieć choćby pracownie w szkołach o wyższym standardzie, muszą od czegoś
zacząć. Uznali, że najłatwiej im będzie zacząć od modernizacji armii i przemysłu
zbrojeniowego, i jeśli to się uda, to unowocześnianie kraju będzie
prawdopodobnie postępować. Trzeba byłoby już samych Rosjan zapytać, dlaczego z
reguły idą tą drogą. Ale w orędziu prezydenta Miedwiediewa zwracają uwagę
wypowiedzi dotyczące kwestii społecznych.
Co to w praktyce oznacza? Chyba nie tylko walkę z korupcją, o czym również
mówił Miedwiediew?
– Oznacza to np., że państwo przeznaczy większe fundusze na "wychowanie
patriotyczne" młodzieży. Pytanie tylko, czy nie okaże się to powrotem do
sprawdzonych w czasach sowieckich mechanizmów wychowania "człowieka
sowieckiego", tyle że trochę innymi metodami i w imię innej ideologii niż wtedy.
Dziękuję za rozmowę.
