Rewolucja dziecięca?
Okupacja ministerstwa edukacji przez „uczniów” to przejaw swoistej pajdokratyzacji życia społecznego. Wbrew pozorom nie są to niewinne wygłupy dzieciaków, które można zbyć ironicznym uśmiechem i na które można machnąć ręką. Jeśli uczniowie mogą bezkarnie wykrzykiwać hasła wzywające do utopienia ministra w jeziorze, to jak może bronić się przed rozwydrzonymi dzieciakami zwykły nauczyciel w gimnazjum lub w zawodówce?
W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pojawił się kierunek w pedagogice zwany antypedagogiką. Jego przedstawiciele domagali się wszelkich możliwych praw dla dzieci, nie wyłączając praw seksualnych. Jeden z nich, Richard Farson, nazwał dzieci ostatnią mniejszością wymagającą wyzwolenia. (Później okazało się, że tych mniejszości jeszcze trochę się znajdzie: homoseksualiści, szympansy itp.). Dzisiaj coraz częściej mówi się o adultarchii, czyli dyskryminacji ze względu na wiek. Wojownicy walczący z prześladowaniami najmłodszych twierdzą nawet, że nie ma grupy społecznej w takim stopniu zniewolonej jak dzieci. Przyjmują takie założenia i zgłaszają postulaty zmiany represywnych instytucji: rodziny, szkoły czy Kościoła.
Manifest
Inicjatywa Uczniowska jest „oryginalnym”, polskim wkładem w ruch wyzwolenia dzieci. Próba opisania ideologii IU nie jest prosta. Na jej stronach internetowych znajdujemy niewiele tekstów, mogących stanowić ideową platformę Inicjatywy. Głównym punktem odniesienia jest „manifest” organizacji oraz linki… do stron anarchistycznych. Odnosi się wrażenie, że stamtąd młodzież czerpie swoje główne idee. Można tu zauważyć pewną sprzeczność, bo w innym miejscu odcina się od związków z anarchistami.
We wspomnianym „manifeście” uczniowie domagają się „wolnościowej edukacji bez narzucanych zakazów i nakazów, których jedynym celem jest krępowanie ucznia”. Piszą: „opowiadamy się także za prowadzeniem nauki bez narzucania jakichkolwiek ideologii (w tym religijnych), gdyż jest to szkodliwe ograniczenie wolności i samodzielności człowieka, który pragnie się rozwijać w kierunku, jaki preferuje”. Sporo tu anarcho-pedagogicznej propagandy i typowo lewicowych uprzedzeń (patrz: kwestia religii). Rzuca się w oczy również typowa dla organizacji lewicowych sprzeczność. Z jednej strony opowiadają się za nienarzucaniem społeczeństwu żadnej ideologii, z drugiej – usiłują narzucać własną jako jedynie słuszną i prawdziwą. Zastanawia jednak coś innego: skąd dzieci mają wiedzieć, w jakim kierunku powinny się rozwijać i jaką ideologię preferować? W wersji dla naiwnych „młodzież” sama z siebie to wie. Dla tych, którym wersja dla naiwnych nie odpowiada, jasne jest, że ktoś musi jej „delikatnie sugerować”, co powinna wybierać. A skoro świat bez zakazów i nakazów jest bardziej pociągający od świata, w którym trzeba z trudem pracować nad wyrobieniem własnego charakteru, dlatego „sugerowanie” nie będzie (i nie jest) skomplikowaną operacją. Powiedzieć: „rób, co chcesz”, „bądź wolny”, wiele nie kosztuje, a dodatkowo jest łatwe w realizacji, bo odwołuje się do niskich instynktów człowieka. Truizmem jest powtarzanie, że wolność nie polega na folgowaniu popędom i odruchom, ale wręcz przeciwnie – na panowaniu nad nimi. Fryderyk W. Foerster pisał, że aby młodych zmobilizować do pracy nad sobą, trzeba pokazać im klatkę zbudowaną z ich słabości. Tutaj wskazuje się na klatkę jako źródło wolności.
„Radykalny partyzant” kontra „tępy nauczyciel”
Na stronach internetowych Inicjatywy Uczniowskiej polecane jest pisemko „Buntownik. Biuletyn uczniowski z kręgów federacji anarchistycznej”. Oto cel, jaki stawiają sobie autorzy pisma: „Przybywamy, by zakłócić spokój: powiew świeżego powietrza w zatęchłych salach. Uśmiech błazna, radykalny partyzant, terrorysta podkładający bomby pod hierarchiczne społeczeństwo”. W pewnym momencie redaktorzy nie panują już nad emocjami, wyrywając się na barykady: „Przerwijcie milczenie! Zerwijcie łańcuchy! Powiecie dosyć niewygodnym ławkom i tępym nauczycielom! Kapitalistyczno-państwowej propagandzie”. Ktoś może powiedzieć, że dzieciaki się wygłupiają, ekscytują i nadmiernie emocjonują, że tak naprawdę nie będzie żadnego podkładania bomb ani zbrojnej walki z kapitalizmem. Jednak trzeba przyznać, że część tych gróźb zaczyna się ziszczać: podjęto wszak pierwsze działania prowadzące do wyzwolenia „skrępowanych uczniów”. Demonstracja przed ministerstwem jest krokiem w tym kierunku.
W „Buntowniku” mamy próbkę – powiedzmy górnolotnie – intelektualnego uzasadnienia szkolnej rewolucji. Autor podpisujący się „Krzysiek” zauważa, że szkoła jest instytucją hierarchiczną, przysposabiającą do poddaństwa. Nie jest to bynajmniej intelektualne odkrycie „Krzyśka”. Przed nim całe zastępy antypedagogów anarchistów widziały te zagadnienia podobnie. Anarcho-komunistyczna krytyka szkoły była widoczna już w pismach sowieckiego pedagoga W. Szulgina: „Szkoła jest narzędziem w rękach panującej klasy społecznej – pisał – i wraz ze śmiercią tej klasy zamiera”. Upadek kapitalizmu w sposób logiczny zwiastował nadejście kresu krwiopijczych instytucji, w tym także szkoły. Jej miejsce miała zająć fabryka, ewentualnie kołchoz, niosący „kaganek oświaty” i oświetlając życiową drogę młodym komunistom: „Nie w szkole ani w domu dziecka, nie w retorcie chemicznej pracowni. Nie. Jego [młodego człowieka – dopis: D.Z.] rodzi fabryka, rolnicze przedsiębiorstwo produkcyjne, walka klasowa” – dowodził ekscentryczny, nawet jak na warunki sowieckie, pedagog. Miejsce nauczycieli zajęli brygadziści: „Tam nie będzie pedagogów, lecz kierownicy i organizatorzy ich pracy o odpowiednim poziomie kultury i właściwym podejściu do dzieci” – wieścił Szulgin (cytaty za: Szkoły eksperymentalne w świecie 1900-1975, red. W. Okoń, Warszawa 1977, s. 315-320). W latach sześćdziesiątych Ivan Illich głosił podobne poglądy, twierdząc, że szkoła jest instytucją antydemokratyczną ze swej istoty i między innymi dlatego trzeba ją znieść. Jak widzimy, „Krzysiek” „spontanicznie” ponownie odkrył pewne prawdy.
W artykule spotykamy też dyżurne odwołanie do potrzeby dyskusji i nauki krytycyzmu w szkole. Jest to stara mantra różnych pedagogów aktywizacji. Otóż dyskusja z uczniem ma sens tylko wówczas, gdy posiadł on podstawową wiedzę na dany temat. W przeciwnym razie dyskusja staje się, pisząc łagodnie, jałowa. Wreszcie wezwanie do nauki krytycznego myślenia, choć ogólnie słuszne, również ma swój podtekst ideologiczny i bywa nadużywane do krytyki wszystkiego, co się rusza. Krytycyzm dla samego krytycyzmu niczemu nie służy. Ponadto musi istnieć kryterium, na podstawie którego można coś skrytykować lub nie. Pytanie: skąd młodzież bierze owo pierwotne kryterium? Czyżby znowu ktoś je młodym podsuwał?
Praktyczna rewolucja
Aktywiści IU zdają się kłaść większy akcent na działanie. Odnosi się wrażenie, że lepiej czują się w rewolucyjnej walce przed ministerstwem niż w pracy koncepcyjnej. W „manifeście” podkreślają potrzebę organizowania się uczniów oraz zmiany działania samorządów szkolnych tak, by szkoły w praktyce zostały przejęte przez uczniów. Przy tym starają się tłumaczyć agresję uczniowską. Przekonują, że ma ona swoje źródło „w kapitalistycznej logice wyzysku i bezwzględnej konkurencji”, prowadzącej do biedy i wykluczenia. Dodatkowo spontanicznie przeciwstawiają się dyskryminacji, m.in. ze względu na orientację seksualną.
Zanim rewolucja się ziści, przybiera formy walki pozycyjnej. Na stronach Inicjatywy można znaleźć szczegółowe instrukcje dla uczniów, jak mają walczyć, wykorzystując środki prawnie dostępne. Uczniowie z Inicjatywy znają kodeks postępowania administracyjnego. Prawdopodobnie studiują go nocami, po odrobieniu lekcji. Dzięki tej pracy mogą udzielić polskim uczniom kilku cennych rad, na przykład w jaki sposób składać skargę do dyrektora, jak i do kogo się odwoływać itp.
Pajdokracja faktyczna
Okupacja ministerstwa edukacji przez „uczniów” to przejaw pajdokratyzacji życia społecznego. Wbrew pozorom nie są to niewinne wygłupy dzieciaków, które można zbyć ironicznym uśmiechem i na które można machnąć ręką. Jeśli uczniowie mogą bezkarnie wykrzykiwać hasła wzywające do utopienia ministra w jeziorze, to jak może bronić się przed rozwydrzonymi dzieciakami zwykły nauczyciel w gimnazjum lub w zawodówce? Od kilkunastu lat prawnie i instytucjonalnie tworzono w szkołach i mediach intelektualny klimat przyzwolenia na takie działania. Dzisiaj nikt nie odważy się wyciągnąć sankcji wobec wagarujących pod ministerstwem uczniów z obawy przed eskalacją protestów i ostrzałem medialnym. W efekcie mamy pajdokrację faktyczną. Ze zdaniem i polityczną siłą dzieci trzeba się po prostu liczyć.
Tu i ówdzie te protesty, jak wynika z doniesień medialnych, wspierane są przez nauczycieli. Muszą oni zdać sobie sprawę, że gdy „walka klas” rozgorzeje na dobre, w fermencie rewolucji nikt nie będzie zważał na swoich i nie swoich pedagogów. Klasa „posiadaczy prawdy” i „szkolnych panów” będzie zmuszona odejść na śmietnik historii. W tym kontekście powstrzymanie tego szaleństwa leży w interesie wszystkich, którzy wiedzą, że rządy dzieci sprawdzają się tylko w bajkach.
Dariusz Zalewski
