Raport Millera do raportu

Z Ewą Błasik, żoną gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP,
który zginął na pokładzie rządowego Tu-154M nieopodal Katynia, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler.

Wysłuchanie publiczne w Brukseli pod hasłem "Katastrofa smoleńska –
odrzucona prawda" wywołało w Polsce ostrą krytykę pewnej grupy mediów. W TVN24
spotkanie, w którym wzięła Pani udział, zostało nazwane "niepoważnymi
dywagacjami", zaś "Gazeta Wyborcza" posunęła się do określenia "kłamstwa
smoleńskie".

Chyba nie ma drugiego takiego kraju jak nasz, w którym z taką nienawiścią
odnoszono by się do poległych w katastrofie smoleńskiej rodaków i tych, którzy
chcą dowiedzieć się prawdy o jej przyczynach. Nasuwa się analogia do tego, jak
zdrajcy traktowali w naszej Ojczyźnie żołnierzy wyklętych. Podobnie agresywnie
zachowują się te media w stosunku do pilotów, którzy zginęli pod Smoleńskiem. Od
początku, mimo iż mówili o osobach już nieżyjących, ci dziennikarze nie
potrafili zachować umiaru w przekazywaniu swoich "sensacyjnych informacji",
które były perfidnymi kłamstwami, godzącymi przy tym w wizerunek naszej
Ojczyzny.

Ciągle jednak słyszeliśmy, jak powołują się na "fakty", do których
rzekomo dotarli.

– Dziś wiemy, jaką one mają wartość. Wystarczy wspomnieć, że to od programu
redaktora Andrzeja Morozowskiego w TVN24 z 24 maja 2010 roku zaczęło się nasze
piekło. To w programie "Teraz My" płk Edmund Klich z satysfakcją, że dołoży
nieżyjącemu dowódcy, niemalże wydał wyrok – twierdząc, że mój mąż był w kokpicie
samolotu Tu-154M i wywierał presję na pilotów. Powiem więcej, już za życia
mojego męża pan Morozowski zachowywał się w stosunku do niego bardzo
prymitywnie. Przykład – bezpodstawne atakowanie mojego męża w tym samym
programie, w którym znalazł się Andrzej po katastrofie CASY na polecenie
ówczesnego ministra obrony narodowej Bogdana Klicha. Mąż musiał wtedy tłumaczyć
się z nie swoich win. Sprawa dotyczyła wdowy po śp. gen. Andrzeju Andrzejewskim,
który zginął pod Mirosławcem, a odpowiedzialny za sprawy mieszkaniowe był gen.
Czesław Piątas. I to gen. Piątas prosił mojego męża o wykonanie telefonu do pani
Andrzejewskiej. Mój mąż, znając wrogi stosunek gen. Piątasa do pilotów i ich
rodzin, w dobrej wierze, dla dobra sprawy zatelefonował i po przyjacielsku
doradził pani Małgorzacie Andrzejewskiej, żeby może rzeczywiście przed rocznicą
katastrofy CASY pod Mirosławcem wstrzymała się z nagłośnieniem tej sprawy. Za co
został w sposób dla mnie do dzisiaj niezrozumiały i niepojęty przez rodzinę
przyjaciela mojego męża – śp. gen. Andrzeja Andrzejewskiego w programie "Teraz
My" – oskarżony o naciski. To na podstawie tego programu nieuczciwi dziennikarze
TVN gorliwie budowali obraz złego generała wdzierającego się do kokpitu i
wydającego rozkaz pilotom do lądowania. Przez wiele długich miesięcy
bezwzględni, wyzuci z wszelkich uczuć dziennikarze tej stacji, oderwani od
faktów i rzeczywistości budowali narrację pasującą pod kłamliwą tezę Rosjan, z
premedytacją przedstawiając mojego męża w złym świetle. Osobiście chciałabym
zapytać pana Morozowskiego i pastwiących się nad moim mężem dziennikarzy TVN,
czy mają odwagę spojrzeć w oczy moim cierpiącym dzieciom i zacnej rodzinie
mojego męża.

Tego typu narracja była na rękę władzy, która nie dopuściła do
powstania międzynarodowej komisji, dającej gwarancję na obiektywne dochodzenie
na temat tego, co stało się na Siewiernym.

– Rządzącym nie zależy na prawdzie, tak jest najwygodniej, żeby zamknąć ten
temat raz na zawsze. Ja jednak nigdy się nie poddam, zawsze będę wspierać ludzi,
którzy chcą odnalezienia prawdziwych przyczyn katastrofy. W moim przekonaniu
raport pana ministra Millera, a tym bardziej raport gen. Anodiny nie zawierają
prawdy. Są tak skonstruowane, by przede wszystkim wygładzić Rosjan i wszystko
zrzucić na naszych nieżyjących pilotów. Rządzący, na czele z panem prezydentem,
poświęcili ich dla dobra własnych interesów i "przyjaźni polsko-rosyjskiej".

Słyszałem, jak Andrzej Morozowski przedstawioną w Brukseli hipotezę
australijskiego naukowca, że destrukcja maszyny była dwufazowa i odbyła się w
powietrzu, skwitował stwierdzeniem: "przecież wszyscy widzieli, że była mgła, to
był wypadek".

– To jest żenujące i świadczy tylko o złej woli ludzi, którzy w ten sposób
się wypowiadają. Na jakiej podstawie ten pan to mówi, skoro nawet nie mamy
źródłowych materiałów? Poza tym jak można bezkrytycznie wierzyć Rosjanom? Mam
nadzieję, że historia właściwie kiedyś oceni takich bezmyślnych dziennikarzy.
Nie mają pojęcia, o czym mówią, nie znają wojska i działania służb specjalnych.
Przede wszystkim nie znamy przyczyn katastrofy CASY i wielu innych katastrof,
które były w polskiej armii, bo zawsze nam brakowało dobrych, rzetelnych
członków komisji badania wypadków lotniczych. Dlatego w przypadku tych dwóch
katastrof – CASY i Tu-154M – niezbędna jest komisja międzynarodowa. To nie są
żarty – poza prezydentem, najwyższymi dostojnikami w państwie i generalicją
zginęli najlepsi piloci, a przecież we współczesnym świecie siła armii opiera
się na lotnictwie. Nie możemy mieć pewności, że nie były to działania
bezwzględnych, wrogich służb specjalnych.

To źle, gdy dziennikarze wypowiadają się autorytatywnie w sprawach, o
których mają co najwyżej mgliste pojęcie.

– Oczywiście. Pan redaktor Morozowski nie jest żadnym autorytetem, w mojej
ocenie on i dziennikarze jemu podobni często przez swoje krzywdzące i niemające
nic wspólnego z prawdą sądy bardzo szkodzą Polsce i jej wizerunkowi za granicą.
Jak już wspomniałam, to właśnie m.in. od stacji TVN24 zaczęły się te wszystkie
ataki na polskie lotnictwo i mojego męża. Dziennikarze tej stacji pierwsi
przekazywali takie sensacje, jak domniemana kłótnia między moim mężem a
kapitanem statku powietrznego mjr. Arkadiuszem Protasiukiem, do której miało
dojść na Okęciu. W relacjach tych nieuczciwych dziennikarzy mój mąż miał używać
wulgarnych słów. Bardzo chciałabym na temat pracy i metod pozyskiwania takich
newsów porozmawiać z prezesem tej stacji. Słyszałam, że BBC ma nakręcić film o
katastrofie smoleńskiej na podstawie raportu MAK. Takim pomysłom trzeba
wszelkimi sposobami przeciwdziałać. Wyobraża pan sobie teraz film – po tym, jak
uznano, że mojego męża w ogóle nie było w kokpicie – gdzie pokazane będzie, jak
"pijany, polski generał wchodzi do kabiny pilotów i wydaje rozkaz lądowania we
mgle"?! Takie zachowania, jak mówili sami Rosjanie na konferencji prasowej, są
możliwe w Federacji Rosyjskiej – u nich w ten sposób zabito kilku gubernatorów.
Ale to nie ma nic wspólnego z zachowaniami polskich generałów, a już na pewno
mojego męża.

W relacjach z wysłuchania w Brukseli był kolportowany przekaz, że
oprócz Polaków na sali było obecnych tylko dziesięciu obcokrajowców.

– To nieprawda, sala była pełna. Podchodzili do nas także dziennikarze z
zagranicznych stacji. Był taki moment, że wszystkie stacje do mnie podeszły –
było tak dużo mikrofonów jak na konferencji. Mówiłam o Andrzeju i śledztwie,
oczywiście w Polsce tego nie puścili. Dla mnie to jest szok, jak niektóre media
manipulują faktami. W Brukseli czułam się bardzo dobrze, bo widać było, że
wszyscy mówią uczciwie to, co myślą, co czują. Ogromnie bolesne było dla mnie
zderzenie z rzeczywistością polską, takich stacji jak chociażby wspomniana już
TVN. Gdy wróciłyśmy z Brukseli do domu z moją córką Joanną, która była razem ze
mną, córka włączyła telewizor i powiedziała: "Mamo, o czym oni mówią?". W
Brukseli była wspaniała atmosfera, czuło się, że jesteśmy jedną rodziną, że się
wspieramy i rozumiemy. A tutaj? Tu okazuje się, że oni już wszystko wiedzą,
wierzą Rosjanom i w żywe oczy kpią z naszych wysiłków w dążeniu do prawdy. Cały
czas podkreślam we wszystkich wywiadach, że oni stoją po stronie Rosji,
bezkarnie manipulują informacjami i faktami. Drwią z ludzi myślących inaczej niż
to, co prezentuje ich przekaz. Ich strategia może działać na emocje
niezorientowanych ludzi – którzy ślepo wierzą w to, co mówią ludzie kreujący się
na dziennikarskie "gwiazdy", i nie zauważają, że te ich newsy wręcz urągają
logice i zdrowemu rozsądkowi.

Uważa Pani, że jest jeszcze szansa na umiędzynarodowienie śledztwa
smoleńskiego?

– Osobiście niestety wątpię w to, bo kto stanie przeciwko Rosji? Przecież w
Polsce wszystko zostało już pozamiatane pod dywan. Ogromną szkodę wyrządził tu
akredytowany przy MAK płk Edmund Klich, który – jak mówił w jednym z wywiadów
gen. Anatol Czaban – wszystko zaprzepaścił, źle doradzał premierowi, a pan
Morozow dobrze go znał i wiedział, że można mu wszystko wmówić. To Edmund Klich
jako pierwszy po katastrofie dostał telefon od pana Morozowa i dalej wszystko
już sami Rosjanie rozgrywali na niekorzyść Polski. Co chcieli, to z nami
zrobili. Na szczęście są jeszcze ludzie, którzy – mimo że są w Polsce ośmieszani
– chcą szukać prawdziwych przyczyn katastrofy smoleńskiej. Wszyscy za granicą
dziwią się temu, jaki jest stosunek i podejście do wyjaśniania przyczyn tragedii
smoleńskiej większości mediów i polityków w naszym kraju. Mimo to będziemy
wszelkimi możliwymi sposobami dociekać prawdy. Ja wierzę w to, że jednak nasz
głos w Brukseli zostanie przez świat zauważony.

W październiku odbędzie się w Polsce duża konferencja naukowa
dotycząca katastrofy. Do tej pory już 24 uczelnie i 52 profesorów z Polski
zgłosiło chęć wzięcia w niej udziału.

– Bardzo się z tego cieszę. Ja intuicyjnie czuję, że to jest niemożliwe, by
to był zwykły wypadek, ten samolot nie miał prawa spaść. Rosjanom nie można
wierzyć, oni po prostu kłamią. Do czego są zdolni, aż nadto dobitnie widać na
przykładzie mojego męża, nie mówiąc już o tym, że tyle lat nie przyznawali się
do zbrodni w Katyniu. Wierzą im tylko jacyś naiwni ludzie lub ci, którzy źle
życzą Polsce. Raz na jakiś czas przecież eliminują nam elitę, ludzi, którzy z
serca pragną dobra naszej Ojczyzny. Dla mnie niepoważni są ci, którzy już
zadowolili się prawdą rosyjską i polskich ekspertów, którzy na siłę wkładali
mojego męża do kokpitu, bo tak im pasowało do kontekstu sytuacyjnego. Od 25 lat
jestem w środowisku lotniczym i wiem, że polscy eksperci mają nie najlepszą
opinię, jeżeli chodzi o rzetelność badania wypadków. Przecież przyjęli wzorce z
czasów Układu Warszawskiego, gdzie winą obarczano tych, którzy nie żyją – bo tak
jest najwygodniej. Powtarzam, nadzieja jest w zwykłych ludziach, którzy chcą
poznać prawdę, bo na rządzących liczyć nie można. Im więcej ludzi na świecie
słyszy nasz, rodzin, głos – tym większa nadzieja, że sprawa Smoleńska nie
zostanie zamknięta, zanim nie poznamy jej rzeczywistych przyczyn.

Po wystąpieniu w Brukseli, gdy ucichły długo trwające brawa, dostała
Pani ogromny bukiet róż. Od kogo?

– Od przedstawicieli Polonii brytyjskiej. Zapewniali mnie, że wierzą moim
słowom, wspierają, a nawet podziwiają, i będą pamiętać o tym, jaki naprawdę był
mój mąż. Chciałabym w tym miejscu podziękować tym wszystkim wspaniałym ludziom,
którzy tam byli z nami, oni dodają nam skrzydeł do walki o prawdę. W Brukseli
byli także przedstawiciele Stanów Zjednoczonych, Kanady, a także belgijska
Polonia, z którą spotkaliśmy się wcześniej po Mszy Świętej w kościele Polskiej
Misji Katolickiej. Homilię wygłosił o. Waldemar Gonczaruk z Radia Maryja. Była
tak wzruszająca, że nie mogłam powstrzymać łez, a kiedy wszyscy śpiewaliśmy
piękną, patriotyczną pieśń "Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana" –
rozpłakałam się na dobre… Jeszcze nigdy w kościele tak nie płakałam, nie
mogłam w ogóle powstrzymać łez. Po Eucharystii podchodziło do mnie wiele osób,
które zapewniały mnie o solidarności. Bardzo mnie to podbudowało, bo wśród nich
było wielu młodych ludzi, którzy obiecali, że przyjadą 10 kwietnia na drugą
rocznicę katastrofy do Polski.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj