Przez moment byliśmy wspólnotą

Według badań socjologicznych, dwa lata temu, bezpośrednio po katastrofie
smoleńskiej, prawie całe polskie społeczeństwo stanowiło specyficzny rodzaj
wspólnoty politycznej, wspólnoty szoku, żalu i bardzo silnych emocji. Poczucie
wspólnoty i żalu wyrażało w deklaracjach ponad 90 proc. Polaków. Około dwóch
trzecich z nas twierdziło, że media przed 10 kwietnia 2010 r. traktowały Lecha
Kaczyńskiego niesprawiedliwie. Społeczeństwo spontanicznie, masowo i niezwykle
silnie zareagowało na śmierć prezydenta, który nagle okazał się NASZ nawet dla
wielu jego dotychczasowych wrogów, a niechętne mu media w jednej chwili,
przynajmniej przez kilka pierwszych dni żałoby, diametralnie zmieniły sposób
prezentowania jego osoby. To, co było jeszcze wczoraj wyśmiewane i niedoceniane,
nagle stało się najwyższą cnotą i wartością. Ten nowy wizerunek wymusiła
uruchomiona szokiem katastrofy naturalna postawa Narodu. Mainstreamowe media w
jakimś sensie dały się zaskoczyć i nagle przemówiły głosem Narodu. Zamiast jak
zawsze manipulować i kreować rzeczywistość, przez kilka pierwszych dni po
katastrofie po prostu ją odzwierciedlały – co wywołało oczywiście określone
sprzężenie zwrotne. Dziesiątki tysięcy ludzi ruszyło do trumien pary
prezydenckiej. Okoliczności tragedii, jej skala i wymiar państwowy, niesamowita
symbolika, zupełnie wyjątkowe znaczenie międzynarodowe i niespotykane
skoncentrowanie czasu społecznego w trakcie dziewięciu długich dni żałoby na
jednej tylko najważniejszej dla wszystkich kwestii – wszystko to stanowiło o
absolutnej wyjątkowości przeżywanej ówcześnie w Polsce sytuacji. Takie
doświadczenie bywa określane przez socjologów mianem doświadczenia
pokoleniowego.

Wyjątkowość tamtej sytuacji polegała także na sile i specyfice przesłania,
jakie w tym krótkim okresie dominowało w przestrzeni medialnej i publicznej.
Było to przesłanie zmarłego prezydenta – jego patriotyzm, osobista uczciwość,
poświęcenie dla dobra wspólnego i racji stanu okazały się nagle jasne i
zrozumiałe dla olbrzymich rzesz społecznych. Jego testament, który najprościej
można określić hasłem Bóg – Honor – Ojczyzna, wzmocniony symboliką bohaterskiej
śmierci "na służbie", był prosty i trafiał w potrzebę chwili, a owa "chwila"
trwająca całe dziesięć dni żałobnego transu to przesłanie wzmocniła do rangi
oczywistości. No i okazało się, że ludzie po prostu – może zwłaszcza w momentach
żalu i trwogi – łakną przede wszystkim tych najprostszych wspólnotowych
wartości, których często na co dzień nie doceniają, a których uosobieniem był
ich prezydent. Zresztą fakt, iż Lech Kaczyński był niedoceniany i krzywdzony w
dotychczasowym przekazie medialnym, wskazywany jest jako dodatkowy mechanizm,
który – na zasadzie swoistej ekspiacji i wyrzutów sumienia – przyczynił się do
owej rewizji wizerunku prezydenta i docenienia wartości, którym służył.
Społeczeństwo polskie stało się więc w owej chwili – dość nagle i
niespodziewanie – społeczeństwem deklaratywnie patriotycznym i wspólnotowym,
odpowiedzialnym za swój historyczny los i – co najważniejsze może – w znacznej
mierze świadomym tej przemiany. Polacy potrafili – przez chwilę przynajmniej –
poważnie pomyśleć o swoim życiu, o Ojczyźnie jako wartości nadrzędnej, której
los jest nieobojętny dla naszej codziennej egzystencji, o wyrzeczeniach i o
Honorze, jakich wymaga odpowiedzialna troska o tę wartość, o Bogu wreszcie, bo
tylko w Nim można znaleźć odpowiedź na to, co trudne i niepojęte…

Byliśmy wspólnotą… ale już wtedy stawialiśmy sobie pytanie, czy ta
wspólnota ma szansę – i pod jakimi warunkami – przetrwać. Czy tragedia narodowa
jest w stanie głęboko zmienić, przeorać system wartości Polaków? Czy uzasadniona
jest nadzieja na uspokojenie polskiego życia politycznego, ucywilizowanie naszej
kultury politycznej? Czy to doświadczenie stanie się tak oczekiwanym przez wielu
z nas mitem założycielskim IV Rzeczypospolitej – tej obywatelskiej,
nieprzekupnej, sprawnej i wspólnotowej? Innymi słowy: czy szok po śmierci
prezydenta i wielu przedstawicieli polskiej elity pod Smoleńskiem oraz
spowodowana nim widoczna przemiana społeczeństwa przekują się w rzeczywistą i
trwałą zmianę społeczną? Czy ta zmiana zostanie jakoś utrwalona? Czy też będzie
– chciałoby się powiedzieć – jak zawsze… Ta nasza przemiana zniknie jak bańka
mydlana, rozpłynie się w życiu codziennym, w "grillowaniu", w medialnej młócce i
manipulacjach, w świętowaniu w galeriach handlowych, telewizyjnych serialach i
"tańcach z gwiazdami"…? I – wreszcie – co należałoby zrobić, aby tę
wspólnotową zmianę utrwalić? Chociażby tak, jak potrafił zrobić to naród
amerykański (i jego elity) po śmierci Abrahama Lincolna i po 11 września, gdy
wrogie wewnętrzne obozy zintegrowały się dla dobra kraju i społeczeństwa i w
obliczu zagrożenia zewnętrznego. Duch amerykańskiego patriotyzmu bardzo nas
dzisiaj zadziwia, kiedy oglądamy hollywoodzkie filmy, ale on służy po prostu
amerykańskiemu społeczeństwu, jego sile i powodzeniu, gdy w wolnej Polsce z
Bitwy Warszawskiej robi się bezużyteczne plastikowe szmiry…

W Polsce już cztery dni po katastrofie smoleńskiej zaczęły się rozwiewać
nadzieje na cud pojednania i wspólnoty, na prawdziwą zmianę społeczną. Ruszyła
machina propagandowa, której celem było odzyskanie "straconych pozycji",
odzyskanie "zarządzania żalem" po katastrofie, powrót do języka nienawiści i
społecznych podziałów, zniszczenie rodzącego się ogólnospołecznego poczucia
patriotycznej wspólnoty i integracji. Zaczęło się od awantury o Wawel, a później
mieliśmy już do czynienia z całym repertuarem technologii medialno-politycznych:
prezentowaniem w głównych mediach wstrętu wobec polskiej tradycji i patriotyzmu,
rozmiękczaniem tego ostatniego pojęcia, nienawistnymi wystąpieniami szefa
polskiego rządu w kampanii prezydenckiej, haniebnym szczuciem mediów wobec
tłumów na Krakowskim Przedmieściu, małostkowością – co najmniej! – pana
prezydenta RP i pani prezydent Warszawy, postmodernistyczną tłuszczą pod
Krzyżem… Posmoleńską wspólnotę udało się ostatecznie rozbić w sierpniu 2010 r.
– to wtedy socjologowie odnotowali ostateczny spadek wyraźnie podwyższonego od
dnia katastrofy poziomu wskaźników nastrojów społecznych. Bo jedną z
najważniejszych, naturalnych reakcji społecznych na katastrofę smoleńską był
właśnie wzrost optymizmu społecznego. I nie był to wcale paradoks: tragedia w
życiu społecznym, zarówno wspólnotowym, jak i jednostkowym, bywa oczyszczająca,
konfrontuje nas ze sprawami ostatecznymi, może sprawić, że stajemy się trochę
lepsi, bardziej odpowiedzialni, poważniejsi i – widząc dodatkowo, jak po 10
kwietnia, ogólną wspólnotową mobilizację, a nawet lepsze funkcjonowanie
niektórych instytucji – zaczynamy wierzyć, że może być inaczej, lepiej… Jak
widać, nie wszystkim ten stan odpowiadał i zaczęto robić wszystko, by wróciła
nienawiść, "wyrzynanie watahy", "bydło" i prawdziwa wojna, jak określił to
wprost współodpowiedzialny za ten stan rzeczy Andrzej Wajda. Marzenie o
wspólnocie pękło.

Dziś, po dwóch latach, nie ma wspólnoty, społeczeństwo jest wciąż podzielone,
wrócił nawet jakby, zapomniany po 2005 roku, opisany przez socjolog Mirosławę
Grabowską, podział postkomunistyczny na postkomunę i postsolidarność, tyle
tylko, że w przetrzebionym obozie postkomunistycznym znalazła się teraz znaczna
część Platformy i – wbrew pozorom – oczywiście także ów palikotowy gnom zrodzony
kiedyś w partii rządzącej. Wystarczy spojrzeć, kto tak starannie dba o
wyciszenie wszelkich informacji na temat Smoleńska. Cóż za – zważywszy na
strukturę interesów wcale nie taka dziwna – polityczno-medialna koalicja
powstała wokół tego wielkiego milczenia i smoleńskiego kłamstwa. Na czele tej
nowej postkomuny stoi zaś szef polskiego rządu odpowiedzialny przecież w
najwyższym stopniu za oddanie śledztwa obcemu mocarstwu i za wszystkie
posmoleńskie skandale, które są tak niewiarygodne i w żadnej mierze
niemieszczące się w standardach cywilizacji europejskiej (żeby odnieść się do
wartości tak drogich polskiej władzy), że trzeba je wciąż unicestwiać i
zakłamywać… Jak widzimy więc, Polska nie może być jednością, bo tego
ewidentnie nie chciały rządzące w Polsce elity polityczne i opiniotwórcze, ale
niestety problem jest znacznie głębszy: Polska nie może być jednością, gdyż
żadna autentyczna wspólnota polityczna nie może być oparta na kłamstwie. Bo do
podziału Polaków posłużono się – nie po raz pierwszy – właśnie kłamstwem.

Na tyle ewidentnym i oczywistym, że lepiej o nim milczeć. To, co mogło nas
zjednoczyć, wykorzystano – nie po raz pierwszy w naszej historii – do tego, by
nas podzielić. Powstaje oczywiście pytanie, czy jest to sytuacja beznadziejna,
czy gdzieś tkwi nadzieja. Odpowiedź krzepiąca jest oczywiście bardzo trudna, tym
bardziej że nie żyjemy przecież na pustyni i na kształt polskich podziałów na
pewno w jakimś stopniu oddziałują interesy innych, potężnych podmiotów
politycznych. Tym trudniej o optymizm.

Ale możliwość zmiany, jak uczą doświadczenie historyczne i wiedza
socjologiczna, zawsze istnieje. Życie społeczne zna pojęcie cudownych,
nieprzewidzianych przemian i zwrotów historycznych. Takim cudem chociażby była
polska "Solidarność" czy odzyskanie i obrona niepodległości w latach 1918-1920.
Zmiany w społeczeństwach dokonują się na ogół odgórnie i/lub oddolnie. W sensie
politycznym zmiany odgórne mogą w polskim przypadku polegać na zadziałaniu
wahadła demokracji. Widzimy symptomy tego procesu: zadufana i arogancka władza,
mimo triumfów wyborczych i sondażowych, słabnie, pęka wewnętrznie, jakby
zatraciła instynkt samozachowawczy, pakując się w coraz to nowe kłopoty i
głupstwa, ograne manipulacje medialne stają się coraz mniej skuteczne…
Pamiętajmy, że pierwsza postkomuna przegrała głównie na skutek personalnych –
ale ściśle związanych z interesami – walk wewnętrznych. Premier Donald Tusk, gdy
przestanie być skuteczny, najprawdopodobniej skończy podobnie. A kiedyś
przestaniemy się wreszcie nabierać jako społeczeństwo na medialne wrzutki i
stroskane oblicze pana premiera…

Ale ważniejsze wydają się zmiany oddolne. Media mainstreamowe zachłystywały
się ostatnio nieistniejącym polskim ruchem tzw. oburzonych, podziwiały
mobilizacje polskich "aktawistów", rozprawiały o kolejnej "Wielkiej Manifie"
(która im mniejsza się staje, tym używa większych kwantyfikatorów); nie
dostrzegały natomiast dość konsekwentnie wykluczonych z polskiej demokracji
milionów wyborców Jarosława Kaczyńskiego oraz Prawa i Sprawiedliwości, nie
relacjonowały nie tylko Marszu Niepodległości, ale i prawie żadnej
wielotysięcznej manifestacji w obronie Telewizji Trwam, nie relacjonowały
świetnego merytorycznie i frekwencyjnie Kongresu "Polska – Wielki Projekt"
zorganizowanego przez Instytut Sobieskiego, nie pisały o ruchu Klubów "Gazety
Polskiej", które nie otrzymują przecież dotacji publicznych, jak lewackie kluby
"Krytyki Politycznej", nie można z nich dowiedzieć się niczego o wielomilionowym
już w Polsce drugim obiegu kultury, o publiczności zapełniającej sale kinowe w
całej Polsce na pokazach niedopuszczanych do telewizji publicznej filmów o
Smoleńsku (i nie tylko), o powstałym po wyborach prezydenckich Stowarzyszeniu
Polska Jest Najważniejsza czy o Ruchu Społecznym im. Lecha Kaczyńskiego, o
niezłomnych Solidarnych 2010 czy nawet o apolitycznym w zasadzie wielotysięcznym
ruchu "Ratujmy Maluchy", który opóźnił nieco idiotyczną reformę wieku inicjacji
szkolnej. Na próżno też szukać na przykład w telewizji publicznej poważnych
reportaży o największym być może polskim ruchu społecznym, jakim jest Rodzina
Radia Maryja. Ta obywatelska rzeczywistość w znacznej mierze powstała po
katastrofie smoleńskiej ma oficjalnie nie istnieć. Ma być unieważniona. To
jeszcze jeden istotny fragment kłamstwa smoleńskiego. Powstaje też na naszych
oczach potężny ruch społeczny przeciwko rządowej reformie wieku emerytalnego i
narasta równie ważny i dramatyczny społeczny protest przeciwko rugowaniu
historii z polskiej szkoły.

Po katastrofie smoleńskiej nie powstała narodowa jedność i wspólnota, ale
tragedia ta nadała w jakiejś mierze sens wielkiej wspólnocie oporu,
zinstytucjonalizowała aktywne, obywatelskie, drugie społeczeństwo, drugi obieg
kultury, informacji, tożsamości wreszcie… Tego posmoleńskiego społeczeństwa
nie da się zakłamać i zamilczeć. Ono zbudowało już i wciąż buduje swoje
niezależne, obywatelskie instytucje. Te instytucje – może niektórym trudno w to
uwierzyć – oparte są przede wszystkim na wartościach, na prostych i naturalnych
dla każdej ludzkiej wspólnoty wartościach: na dążeniu do wolności i prawdy, na
solidarności międzyludzkiej, na odpowiedzialności za los własny, rodziny i
wspólnoty, na obowiązku zaangażowania publicznego i samoorganizacji, na Bogu,
Honorze i Ojczyźnie. Nietrudno zauważyć, że ten zrodzony w znacznej mierze po 10
kwietnia obywatelski ruch oporu nawiązuje wprost do najlepszych polskich
tradycji opozycyjnych, zarówno XIX-wiecznych, jak i z okresu lat 70. i 80. XX
wieku: wszak idea samoorganizacji, budowy paralelnego społeczeństwa czy
godnościowej antypolityki była formułowana i realizowana przez polską i
wschodnioeuropejską opozycję demokratyczną i ruch "Solidarności". Ich wielką
siłą było wyrzeczenie się przemocy, wierność wartościom i niezłomna cierpliwość:
oni działali w zasadzie w sytuacji braku nadziei na realną zmianę; współcześni
Polacy – mimo wszystko – ją mają. Wystarczy brać przykład, "być wiernym i
iść…".

Coraz więcej ludzi w Polsce czuje i wie, że zwłaszcza w dobie oszalałych
zmian kulturowych, technologicznych i cywilizacyjnych rozwój społeczny nie może
być oparty na wąskich interesach i indywidualistycznym egoizmie, a sensu naszego
życia społecznego i jednostkowego musimy szukać w wartościach wspólnotowych.
Tego nauczyła nas także smoleńska lekcja. Szkoda, że nie wszystkich.

Prof. Piotr Gliński socjolog

Socjolog, prof. dr hab., pracownik Instytutu Filozofii i Socjologii PAN,
kierownik Katedry Socjologii Struktur Społecznych Instytutu Socjologii
Uniwersytetu w Białymstoku, b. przewodniczący Polskiego Towarzystwa
Socjologicznego (2005-2011). Współredaktor (wraz z Jackiem Wasilewskim) książki
"Katastrofa smoleńska. Reakcje społeczne, polityczne i medialne", Wydawnictwo
IFiS PAN, Polskie Towarzystwo Socjologiczne, Warszawa 2011.gt

 

drukuj