Przesłanie Raginisa to wierność słowu
Z Jackiem Królikiewiczem-Raginisem, reżyserem, scenarzystą, którego
babcia, Maria Morawska z domu Raginis, była rodzoną siostrą kapitana Władysława
Raginisa, rozmawia Jacek Dytkowski
Co w Pana rodzinnym domu mówiło się o losie kpt. Raginisa?
– Kapitan Raginis zmarł bezpotomnie w wieku 31 lat. Jego siostra – Maria
Morawska, która jest moją babcią, zmarła w czasie wojny. W związku z tym jedynym
przekazicielem tej wiedzy był jej mąż, a mój dziadek Stanisław Morawski, z
którym jednak nie miałem bliskiego kontaktu. Nie mamy o kpt. Raginisie wiedzy
dotyczącej np. jakichś rodzinnych anegdot. Zawsze jego postać była dla mnie
jakaś tajemnicza. Wiedzieliśmy, co się wydarzyło w Wiźnie w 1939 r., ale nie
znaliśmy np. jego kolegów ze szkół wojskowych. Dla jasności powiem, że moje
nazwisko brzmi Królikiewicz. Mniej więcej 15-10 lat temu zacząłem używać
pseudonimu dziennikarskiego "Raginis". Obecnie jestem w trakcie zmiany danych
personalnych, które uzupełnią nazwisko rodowe o człon Raginis. W naszej rodzinie
to nazwisko zaginęło. Mój ojciec, Grzegorz Królikiewicz, zrealizował w 1969 r.
film dokumentalny pt. "Wierność" o wuju swojej żony, a mojej mamy – Krystyny
Królikiewicz. Można powiedzieć, że to był dopiero podstawowy przekaz o kpt.
Raginisie.
Kiedy dowiedział się Pan o poszukiwaniach miejsca pochówku, które zakończyły
się ekshumacją w 2011 r.?
– Na rok przed ekshumacją, ponieważ już w 2008 r. z panem Dariuszem
Szymanowskim, prezesem Stowarzyszenia "Wizna 1939", rozmawialiśmy o różnych
działaniach, które mogą zostać podjęte. Odbywało się to niezależnie od
realizacji teledysku zespołu Sabathon, w co również byłem bezpośrednio
zaangażowany. Była wtedy mowa o sprowadzeniu tej grupy muzycznej do Wizny, co
dokonało się w 2008 roku. Wszystkich naszych planów nie udało się jednak wykonać
na 70. rocznicę bitwy w 2009 roku. Ale prezes Szymanowski jest niezwykle
konsekwentny i widzę, że krok po kroku te plany realizuje. Pomysł ekshumacji był
gruntownie konsultowany przede wszystkim z rodziną, a następnie z księdzem
proboszczem Kazimierzem Kłoskiem w Wiźnie. Pozostawała bowiem otwarta kwestia,
które z miejsc pochówku byłoby najgodniejsze. Brano pod uwagę m.in. cmentarz w
Wiźnie. Chodziło o to, żeby wszystko odbyło się w sposób godny. Z mojego punktu
widzenia dobrze się to udało zrealizować.
W czasach szkolnych koledzy i nauczyciele wiedzieli o Pana pokrewieństwie z
kpt. Raginisem?
– Nie. Kult kpt. Raginisa był absolutnie rodzinny. Zresztą kiedy byłem
dzieckiem, w samej Wiźnie nic się specjalnego nie działo, poza corocznym
składaniem wieńców. Wydawało mi się to wtedy szalenie nudne i ponure. Natomiast
zawsze zdjęcie kpt. Raginisa wisiało w naszym domu. Wiedzę o nim staram się
przekazać moim dzieciom. Natomiast w latach 60. i 70. mój dziadek w ogóle nie
mówił o tym, co robił w czasie wojny. A podczas okupacji był przecież żołnierzem
podziemia w Armii Krajowej. Moje dzieci mają obecnie znacznie większą wiedzę o
kpt. Raginisie niż ja w ich wieku.
Pana rodzina długo czekała na ten symboliczny pochówek…
– To przede wszystkim bardzo ważna uroczystość dla mojej rodziny. Wyraźnie
odczułem, że nasze wspomnienia i pamięć mają też wartość uniwersalną. Jak się
okazuje, to, co się wydarzyło w Wiźnie, jest ważne nie tylko dla nas, lecz także
dla wielu środowisk. Mam marzenie, by pamięć o postaciach kpt. Władysława
Raginisa i por. Stanisława Brykalskiego stała się trwałym elementem tożsamości
regionalnej. Żeby rzeczywiście można było nie tylko tu przyjechać, złożyć kwiaty
na grobie, wejść do makiety schronu i zobaczyć to miejsce, ale też obcować z tym
krajobrazem. W ten sposób ludzie mogą sobie uświadomić, że Polska to
fantastyczny kraj, w którym warto żyć i za który warto walczyć. Takich historii
jak kpt. Raginisa mamy wiele, ale często ich nie znamy.
Jak dramatyczne wzorce wojenne można przełożyć na życie współczesnej
młodzieży i nas wszystkich?
– Kapitan Raginis jest pewnym ideałem. Myślę, że jego przesłanie na dziś to
dotrzymywanie słowa. Sam wiem, że niejednokrotnie kogoś zawiodłem i ten ideał
jest dla mnie drogowskazem. Przyjechałem na uroczystości pogrzebowe z synami,
których mam pięciu. Trzech z nich jest harcerzami. Niedawno dowiedzieliśmy się,
że kpt. Raginis też był w młodości harcerzem, kiedy mieszkał w Dyneburgu i
Wilnie. Czyli jest to też pewna klamra obejmująca jego życie. Przyjechałem do
Wizny także ze względu na moje dzieci, żeby zobaczyły, iż w historii naszej
rodziny wydarzyło się coś istotnego. My też stoimy przed jakimiś istotnymi
wyborami, chociaż miejmy nadzieję, że nie tak dramatycznymi. Każdego dnia taka
chwila może się pojawić i wtedy trzeba podjąć decyzję.
Postacie obrońców Wizny funkcjonują dziś w powszechnej świadomości Polaków.
– Ale przez wiele lat mieliśmy sytuację, kiedy ważne wydarzenia historyczne były
poddawane obróbce propagandowej przez władze PRL-owskie. Westerplatte było tego
sztandarowym przykładem. Miejsc, gdzie Polacy stawiali desperacki, długotrwały
opór, było wiele. Wizna może nie do końca nadawała się wtedy jako sztandarowy
przykład, ponieważ Korus Ochrony Pogranicza, którego oficerem był kpt. Raginis,
wyróżnił się w czasie kampanii wrześniowej w walkach z Armią Czerwoną na
Wschodzie. Kadra oficerska KOP pochodziła zazwyczaj z rodzin ziemiańskich, a na
pewno ze środowisk, które można nazwać zdeklarowanymi antykomunistycznie. Wielu
żołnierzy tej formacji zginęło w Katyniu, więc trudno było się z takim bohaterem
identyfikować władzom PRL-owskim.
Dzięki czemu pamięć o bitwie pod Wizną była kultywowana?
– Ten kult w wymiarze lokalnym funkcjonował od końca lat 60. Powstał m.in.
pomnik w Wiźnie. Major Zygmunt Kosztyła z Muzeum Wojska Polskiego w Białymstoku
był jednym z takich strażników pamięci. Nie był to przecież do końca temat tabu.
Natomiast oczywiście nikt specjalnie nie był zainteresowany rozpowszechnianiem
wiedzy o tym wydarzeniu. Warto przypomnieć casus polskiego poety z Ustki –
Leszka Bakuły, który napisał powieść "Wizna". Było to na początku lat 70. Przez
prawie 10 lat nie mógł jej wydać. Udało się to dopiero w czasach "Solidarności"
w 1981 roku – cenzura zdjęła rękę z tego tematu. Dziś żyjemy już w kraju wolnym
i nasuwa się pytanie, czy jesteśmy zainteresowani naszą przeszłością, czy raczej
traktujemy ją jak zmurszały album. Ja tak nie uważam, ale może dlatego, że
jestem z wykształcenia historykiem. To, co się wydarzyło, bardzo mocno określa
naszą tożsamość. A tej nie poznamy, jeśli nie znamy naszej przeszłości i
przodków.
Dziękuję za rozmowę.
