Przełamać syndrom wodza
Z dr. Sergiuszem Trzeciakiem, ekspertem ds. marketingu politycznego,
autorem książki "Kampania wyborcza – strategia sukcesu", rozmawia Justyna
Wiszniewska
Po czterech latach nieudolnych rządów wyborcy dają kredyt zaufania ekipie
Donalda Tuska. Czy zwycięstwo Platformy Obywatelskiej to triumf inżynierii
społecznej nad racjonalną oceną rzeczywistości?
– Wyborcy kierowali się pragnieniem spokoju. Nawet jeśli według nich PO nie jest
idealna, to przynajmniej wiedzą, czego mogą się po tej partii spodziewać. Dla
Platformy jest to sytuacja komfortowa. Żadne inne ugrupowanie w historii
ostatniego 20-lecia nie sprawowało władzy przez drugą kadencję, nie miało po
swojej stronie prezydenta i większości mediów oraz osób kształtujących opinię
publiczną. Z drugiej strony komfort ten może zostać zakłócony drugą falą
kryzysu. W tej sytuacji, oprócz samego kryzysu, trudno będzie kogokolwiek winić
za wysokie koszty społeczne reform, które będą wprowadzane. W przypadku
poprzedniej kadencji można było zawsze uzasadniać to brakiem woli politycznej
opozycji.
Afery: hazardowa i stoczniowa, blamaż śledztwa smoleńskiego obciążające
Platformę i całą ekipę rządzącą nie są bynajmniej symbolem spokoju…
– Pamiętajmy, że afery hazardowa czy stoczniowa miały miejsce już jakiś czas
temu i większość wyborców dobrze ich nie pamięta. Natomiast w ostatniej fazie
kampanii Platforma dość zręcznie zagrała, przypominając opinii publicznej takich
polityków, jak Jerzy Buzek i Janusz Lewandowski, którzy będąc w Parlamencie
Europejskim, nie wchodzili w ostatnim czasie w doraźne spory polityczne. Przekaz
był następujący: "Jest kryzys, musimy więc uzyskać środki z Unii Europejskiej.
Jedynie PO może to zrobić, gdyż ma swojego przewodniczącego Parlamentu
Europejskiego oraz komisarza ds. budżetowych". Myślę, że dla wielu wyborców mógł
to być argument. Nie oznacza to, że byli zachwyceni rządami PO, ale mieli
poczucie, iż Platforma ma swoich ludzi w PE i dlatego lepiej będzie walczyć o
fundusze unijne. Do tego doszły jeszcze elementy straszenia PiS-em oraz bardzo
silnej mobilizacji wyborców PO. Paradoksalnie fakt przybliżenia się PiS do PO w
ostatnich sondażach przedwyborczych był korzystny dla Platformy. Gdyby ta
różnica była np. kilkunastoprocentowa, wielu jej wyborców mogłoby nie pójść
głosować. Tymczasem pomimo dużego prawdopodobieństwa wygranej PO nie popadała w
triumfalizm, ale wysyłała sygnał, że sprawa nie jest jeszcze przesądzona i
wyborcy muszą koniecznie zagłosować, co zmobilizowało jej elektorat. Było to
bardzo zręczne, taktyczne posunięcie.
Jarosław Kaczyński po ogłoszeniu wyników powiedział, że będzie pracował nad
tym, aby przekonać część Polaków głosujących na PO o konieczności zmian.
Dlaczego nie udało się ich przekonać podczas kampanii?
– To jest bardzo złożony problem. Trzeba by zanalizować poszczególne grupy
elektoratu, każda kierowała się trochę innymi przesłankami. Natomiast Platformie
udało się rozbudzić w wyborcach poczucie strachu przed zmianami w sytuacji
kryzysowej. Wiele osób ceni sobie bowiem stabilizację i przewidywalność: wiemy,
czego możemy się spodziewać. PO cały czas wskazywała na to, że jak przyjdzie
PiS, to popsuje wszystko, co do tej pory rządowi udało się osiągnąć.
Paradoksalnie ludzie chcą eksperymentów, zmian, gdy sytuacja w kraju i na arenie
międzynarodowej jest stabilna, natomiast gdy sytuacja ta jest niepewna,
obietnice poprawy i zmian nie są postrzegane jako atrakcyjne. Po prostu ludzie
nie chcą w tej sytuacji ryzykować.
Jakie reformy wewnętrzne powinno podjąć PiS, aby w końcu wygrać?
– PiS powinno przekonać do siebie ludzi młodych – to jest cały czas bariera dla
tej formacji. Partia ta próbowała tego dokonać, ale robiła to w zbyt małym
zakresie i za późno. To jest problem każdej formacji politycznej, która ma
potencjalnie starzejący się elektorat. Przed podobnym wyzwaniem stoi np. PSL. Z
kolei dobry wynik Janusza Palikota wiąże się właśnie m.in. z tym, że udało mu
się przekonać znaczącą liczbę ludzi młodych. Kluczem do sukcesu jest
niewątpliwie umiejętność stałego pozyskiwania młodego elektoratu. Myślę też, że
w przypadku PiS konieczne jest otwarcie na szersze środowiska i umiejętność
pokazania, że ma zaplecze intelektualne, że partia ta to nie tylko Jarosław
Kaczyński. Platformie udało się przekonać wyborców, że jest partią
pluralistyczną, natomiast Prawo i Sprawiedliwość to partia wodzowska i na tym
wizerunku PiS straciło. Przekaz Platformy sprawił, że wyborcy mogli pytać o to,
kto poza Kaczyńskim ma realny wpływ na działania tej partii i kto będzie jego
następcą, co w tej chwili rzeczywiście nie jest jasne.
W samym PiS panuje takie przekonanie, że nie ma alternatywy dla Jarosława
Kaczyńskiego, nie ma kogoś, kto tak naprawdę cieszyłby się autorytetem wśród
różnych frakcji tej partii. Nawet osoby, które potencjalnie chciałyby zawalczyć
o przywództwo w PiS, mają świadomość, że to oznacza wewnętrzną wojnę i że to
może się źle skończyć dla tej formacji.
Co przeoczyli ci wszyscy, którzy są zaskoczeni 10-procentowym wynikiem Ruchu
Palikota?
– Wynik Palikota świadczy o tym, że nasze społeczeństwo się zmienia. Choć na tle
Unii Europejskiej Polacy postrzegani są jako społeczeństwo konserwatywne, to w
przypadku ekipy Palikota mamy do czynienia z grupami, które będą się domagały
np. praw dla par homoseksualnych czy będą stawiały na państwo świeckie.
Palikotowi udało się przejąć część elektoratu lewicowego i za to powinien
podziękować Napieralskiemu. Dla osób, które na niego zagłosowały, ważne były nie
tylko hasła antyklerykalne czy związane z mniejszościami seksualnymi, ale spora
grupa osób (i to mogą być właśnie młodzi ludzie) zagłosowała trochę na złość
"bandzie czworga". To mogą być osoby, które normalnie nie poszłyby na wybory,
ale odpowiadał im styl happeningowy Palikota, to, że "facet zrobi zamieszanie i
w Sejmie będzie się działo". I to nie są osoby, które byłyby jakoś szczególnie
przywiązane do kwestii ochrony tzw. praw mniejszości seksualnych czy
antyklerykalizmu, ale które chciały trochę namieszać. Palikot, będąc do niedawna
w Platformie Obywatelskiej oraz przez kilka lat bardzo aktywnym medialnie
parlamentarzystą, zastosował zręczny zabieg, przedstawiając siebie jako osobę,
która nie jest z establishmentu; jako tego, który broni praw wyborców przeciwko
złym politykom. To było bardzo zręczne, bo istnieje spora grupa osób, która ma
dość polityki.
Jaką rolę odegra w Sejmie ugrupowanie skandalisty z Biłgoraja? Walka o
realizację haseł "sił postępu" nabierze niespotykanej wcześniej ostrości?
– Jeżeli Palikot znajdzie się w opozycji, to wtedy będzie musiał atakować PO, a
z drugiej strony zabiegać o sprawy swojego elektoratu. Myślę, że będziemy mieć
do czynienia z takimi wystąpieniami, jakich do tej pory nie było. Na pewno będą
ataki na Kościół, walka o tzw. prawa mniejszości i z tego punktu widzenia czegoś
takiego jeszcze w Polsce nie było. Do tej pory był np. Piotr Gadzinowski czy
kilka innych osób, ale myślę, że tu retoryka może być jeszcze bardziej ostra.
SLD podkreślał konieczność świeckości państwa, ale nie atakowało Kościoła
frontalnie.
Przewiduje Pan jakieś scenariusze koalicyjne?
– Jeżeli będzie stabilna większość PO i PSL, myślę, że w niczyim interesie nie
będzie dołączanie trzeciego partnera, np. SLD. Koalicja z PSL i Ruchem Palikota
wydaje mi się zupełnie egzotycznym scenariuszem. Podobnie koalicja z SLD i
Ruchem Palikota też jest mało prawdopodobna, dlatego że w PO panuje przekonanie,
iż Palikot ich zdradził. To, co napisał on o Grzegorzu Schetynie, z pewnością
nie zostanie mu wybaczone. Jest to więc scenariusz sytuacji absolutnego
przymusu. Poza tym z punktu widzenia Palikota nie jest korzystnie być w koalicji
rządzącej, gdyż tylko będąc w opozycji, będzie mógł coś ugrać na zasadzie
politycznego happeningu.
Trudno na koniec nie odnieść się do frekwencji i nadal potężnej grupy
"nieobecnego elektoratu".
– Wielu Polaków jest rozczarowanych elitami władzy i czuje dużą niechęć do
polityki jako takiej i do polityków. W wyborach samorządowych politycy lokalni
bardzo unikali słowa "polityka" i określali się np. samorządowcami. W Polsce
wszystko, co jest związane ze sferą polityki, źle się kojarzy i to nie sprzyja
frekwencji. Dochodzi jeszcze powszechne odczucie izolacji tej grupy od reszty
społeczeństwa. Myślę, że to na pewno nie sprzyja aktywności obywatelskiej. Pod
tym względem niewiele się zmienia. Wielu Polaków wkłada wszystkich polityków do
jednego worka.
Dziękuję za rozmowę.
