Przeciw kłamstwu

Co czytam? Co warto przeczytać? Najbardziej mnie chyba ostatnio poruszył
niewielki objętościowo tomik wierszy.

"Dobre – nowiny.pl. Wiersze smoleńskie" Romana Misiewicza

najważniejsza może książka minionego roku. Niezwykłe jest już to, że książkę
polskiego autora, mieszkającego w Tarnowie, wydano w Kanadzie (Sooni Project),
bo – jak czytamy na okładce – w kraju odrzucono ją w… 23 wydawnictwach. Łatwo
się domyślić, co było przyczyną – wystarczy zerknąć na podtytuł zbiorku
Misiewicza. A przecież napisał on o najbardziej dramatycznym wydarzeniu naszej
najnowszej historii rzecz znakomitą. Wojciech Wencel pisze nawet we wstępie, że
"Dobre-nowiny.pl." to jedna z najważniejszych książek poetyckich po II wojnie,
że jest to tom porównywalny z "Niepokojem" Tadeusza Różewicza czy "Raportem z
oblężonego miasta" Zbigniewa Herberta. Coś jest na rzeczy. Tom Misiewicza jest
rodzajem dziennika poetyckiego. Jego lapidarne, powściągliwe, chwilami jakby na
pograniczu jawy i snu, czasem jakby już na granicy milczenia kreślone notatki
poetyckie składają się na wstrząsający zapis dramatu przeżywanego od 10 kwietnia
2010 roku. Dramatu Polaków, dramatu Narodu, dramatu jednostek… Drga ta piękna
książka chwilami od płaczu, bólu, poczucia winy. Rozpacz miesza się w niej z
nadzieją, ale ostatecznie wpisana jest w nią wiara w sens polskiej historii, ale
też w siłę modlitwy i pamięci. Mocny jest tu, z ducha Herberta jakby
wywiedziony, gest niezgody na kłamstwo, które jest jednym z kluczowych przecież
doświadczeń Smoleńska.

Może też dlatego ten gest niezgody na kłamstwo tak mocno mnie uderzył w
trakcie lektury powieści Georgesa Bernanosa wydanych niedawno przez Wydawnictwo
Frondy:

"Pod słońcem szatana" oraz "Pamiętnik wiejskiego proboszcza"

To już klasyka XX-wiecznej literatury, arcydzieła powieści katolickiej,
piękne i trudne zarazem, chyba trochę zapomniane, bo też po raz ostatni wydano
je ponad 20 lat temu. Swego czasu Bernanos wzbudził zresztą swymi powieściami
sensację, a nawet skandal. Odchodził od "ucukrowanego" wizerunku katolicyzmu i
kapłana, pokazywał wiarę jako nieustającą wojnę ze złem, obecnym, agresywnym,
atakującym nieustannie, nawet, a może przede wszystkim, świętych. Katolicyzm i
wiara są u Bernanosa poddawane nieustannej próbie, nie są dane na zawsze, często
towarzyszy niepokój, zwątpienie, niepewność, nawet pokusa rozpaczy. Intrygowała
francuskiego pisarza świętość, dorastanie do niej, które odbywa się w
samotności, jest jakby nierozpoznane przez otoczenie i samego świętego i któremu
często towarzyszy szyderstwo "dobrze myślących", nowoczesnych mędrków,
filozofów, ironistów czy rozleniwionych, zadowolonych z siebie "bezwstydnych
burżujów", dla których "jedynym sprawdzianem sumienia jest księga rachunkowa", a
sam katolicyzm stał się pustym rytuałem. Dlatego katolik u Bernanosa jest, jak
to kiedyś zauważył Jan Dobraczyński, gwałtownikiem, co oznacza, iż często
buntuje się on wobec otaczającego go świata. Z jak subtelną precyzją zresztą
Bernanos odsłania przed nami duchowe dramaty swoich bohaterów! W powieści "Pod
słońcem szatana" niezwykła jest historia upadku i nawrócenia Żermeny czy
kuszenia przez szatana księdza Donissan; w "Pamiętniku wiejskiego proboszcza"
zaś wstrząsająca jest dysputa tytułowego bohatera z hrabiną, która straciła
nadzieję w Boże miłosierdzie, albo rozmowa proboszcza z Olivierem, oficerem
Legii Cudzoziemskiej. Wtedy padają sławne słowa, najpierw, że "piekło to znaczy
już nie kochać", a potem, że "poza chrześcijaństwem nie ma na Zachodzie miejsca
ani dla ojczyzny, ani dla żołnierza". Mnie dzisiaj najbardziej uderzyła waga,
jaką w swoim rozumieniu katolicyzmu przywiązywał Bernanos do szczerości i
prawdy. I jak mocno przeciwstawiał się kłamstwu. "Nie mogę już żyć ani oddychać,
ani chociażby patrzeć na światło dzienne poprzez te okropne kłamstwa", wyznaje
jedna z jego bohaterek. Z kolei wiejski proboszcz mówi Chantal, iż "świat nie
jest buntem, jest pogodzeniem się i jest przede wszystkim pogodzeniem się z
kłamstwem". Dlatego też każe jej: "Niech się pani rzuca naprzód, ile chce, mur w
końcu musi ustąpić, a przez wszystkie wyłomy widać niebo". Ociekający szminkami,
lśniący od olejków szatan jest u Bernanosa przede wszystkim perfidnym kłamcą.
Ale i – to też ciekawe – kimś "śmiejącym się wszystkimi nowymi zębami". Jakże
aktualny jest ten Bernanosowski motyw "złego śmiechu", śmiechu szatańskiego!

Bernanosa łączy się niekiedy z ważnym w XX-wiecznym katolicyzmie nurtem
personalistycznym. W polskiej krytyce na pewno jego reprezentantem jest Wiesław
Paweł Szymański, który niedawno świętował jubileusz 80-lecia. Z tej okazji
nakładem Księgarni Akademickiej ukazał się tom jego szkiców po Norwidowsku
zatytułowanych

"Przeszłość jest to dziś"

Mówię o personalizmie, bo osoba to ważna, może najważniejsza, wartość w
aksjologii literackiej Szymańskiego. Z personalizmem łączyłbym wyrazistą
obecność badacza w jego tekstach, swoisty etyzm, polemiczność, np. wobec Wisławy
Szymborskiej czy Czesława Miłosza. To zaś bierze się m.in. z przekonania, iż "w
hagiografii nigdy nie mieści się cała prawda". Bliskie są Szymańskiemu tytułowe
słowa Norwida, albowiem w tym, jak postrzega kulturę, istotna jest świadomość
jej ciągłości, przekonanie, że "kultura nie podlega trybom czasowym" i że
przeszłość wciąż odciska się na naszej teraźniejszości. Dlatego obowiązkiem
badacza literatury jest gest pamięci oraz walka z (anty)kulturą niepamięci. Stąd
specyficzny konserwatyzm tego wielbiciela awangardy, broniącego takich wartości
jak honor, heroizm czy Ojczyzna. Stąd wskazywanie przez Szymańskiego na
zaskakujące nieraz analogie między przeszłym a dzisiejszym czasem, w szkicu np.
o londyńskich "Wiadomościach", uwagach o polityce rosyjskiej w XIX wieku wobec
Polski czy polemice z autorami precyzyjnie "dekonstruowanego" kompendium
"Literatura polska", oskarżanymi o sprzyjanie wspomnianej kulturze niepamięci.
Pokazując nam pewne żywotne, istotne, a przecież jakby zapomniane (zob. szkic o
"Tygodniku Warszawskim") linie w polskiej literaturze, Szymański wielokrotnie
wraca do tezy o konieczności głębokiego rozliczenia się z dziedzictwem PRL i
komunizmu w polskim życiu intelektualnym. Widać zresztą wyraźnie, jak ważna dla
niego jest kwestia etosu ("czystych rąk") polskiego pisarza, jak często wracają
na kartach jego szkiców kategorie prawdy czy sumienia, czy niezależności pisarza
i ceny, jaką za to się płaci, jak wreszcie bliskie mu są postaci "heretyków",
pisarzy zapomnianych i odtrąconych.

Kimś takim jest po trosze Janusz Krasiński. Autor niezwykłej, nagradzanej
tetralogii powieściowej zainaugurowanej powieścią "Na stracenie" przypomina
czytelnikom swoje znakomite reportaże z końca lat 50., wydane przez Wydawnictwo
Arcana tym razem pod tytułem

"Metafizyka uboju"

kiedyś skasowanym przez cenzurę. To też tytuł jednego z najlepszych tekstów
całej książki opisującego podróż bydła ze skupu w Augustowie do rzeźni w
Warszawie. Z pozorną beznamiętnością opisuje Krasiński tę nieludzką, chciałoby
się rzec, podróż, odsłaniającą jakieś łagodne, a przecież tym bardziej
wstrząsające okrucieństwo tych, którzy w niej biorą udział, ich obojętność na
horror, który dokonuje się na ich oczach. Dziś wiemy, że opisuje go reporter,
który nie tak dawno wyszedł z komunistycznego więzienia, że był świadkiem rzeczy
strasznych, które ludzie zgotowali ludziom. "Mięso boli", pisze z goryczą
Krasiński, "a właściwa metafizyka uboju mieści się między zafajdaną wagą a pełną
okruchów kieszenią". Ta świadomość towarzyszy zresztą lekturze innych reportaży
Krasińskiego, w których opisywał on PRL-owską prowincję, powracał do tematyki
pracy, a zarazem – jak pisze we wstępie – po latach więzienia uczył się wówczas
na nowo rzeczywistości. Dzisiaj są te teksty dokumentem pewnej epoki, pozostając
przykładem literatury, która za cel stawia sobie dawać świadectwo widzialnemu
światu, która nie chce kłamać.

Prof. Maciej Urbanowski krytyk literacki
 


Autor jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktorem
dwumiesięcznika "Arcana".

drukuj