Prezydent na piątą kadencję

Prezydent Islandii Olafur Ragnar Grimsson, który sprawuje urząd już
czwartą kadencję z rzędu, ogłosił w tym tygodniu, że wystartuje po raz piąty w
wyborach prezydenckich w czerwcu tego roku. Zmienił tym samym własną decyzję o
rezygnacji z kandydowania, którą ogłosił na początku tego roku. Zrobił to, jak
wyjaśnił, pod wpływem petycji podpisanej przez 30 tysięcy obywateli, w której
poprosili go, aby ponownie kandydował na urząd prezydenta. Cała ludność Islandii
liczy 220 tysięcy.

Grimsson piastuje urząd głowy państwa przez cztery pełne kadencje,
nieprzerwanie od 1996 r., kiedy to pokonał trzech innych kandydatów, zbierając
ponad 41 proc. głosów. W kolejnych wyborach, w 2000 r., nie miał żadnego
kontrkandydata, więc objął urząd automatycznie. W wyborach 2004 r. poparcie dla
niego wzrosło do 67,5 proc., a w kampanii prezydenckiej 2008 r. po raz kolejny
nie miał kontrkandydata. Popularność Grimssona niezmiernie wzrosła po
bankructwie Islandii w 2008 r., które nastąpiło w wyniku przejęcia przez rząd
premiera Geira Haardego trzech największych banków w stanie niewypłacalności. W
ten sposób wielomiliardowe zobowiązania sektora bankowego zostały przerzucone na
islandzkich podatników. Prezydent Grimsson, opierając się naciskom
międzynarodowym oraz płynącym ze strony islandzkiego rządu i części parlamentu,
dwukrotnie doprowadził w kraju do ogólnonarodowego referendum. Islandczycy mogli
zdecydować, czy chcą przez dziesięciolecia spłacać długi wygenerowane przez
prywatne banki, czy też wolą ich nie spłacać, narażając się na reperkusje
międzynarodowe. Jak należało się spodziewać, przygniatająca większość obywateli
Islandii opowiedziała się przeciwko spłacie długów. Dzięki decyzji Grimssona,
który miał przeciwko sobie wiele rządów i międzynarodową finansjerę, Islandia po
bankructwie nie poszła w ślady Grecji, w której do referendum nie dopuszczono.
Kraj normalnie się rozwija, odrabia straty, notuje wzrost gospodarczy, jego
waluta jest stabilna, aczkolwiek znacznie osłabiona, co ułatwia eksport.
Tymczasem były premier Geir Haarde został pociągnięty do odpowiedzialności przed
sądem, odpowiednikiem polskiego Trybunału Stanu. Jest oskarżony o
niegospodarność i rażące zaniedbania obowiązków, które doprowadziły do krachu
bankowego w 2008 roku. Wtedy to trzy największe banki na wyspie, w następstwie
nadmiernej ekspansji kredytowej, popadły w niewypłacalność, co pociągnęło za
sobą bankructwo kraju. Haardemu grozi do dwóch lat więzienia. Nie przyznaje się
on do winy i twierdzi, że nie mógł przewidzieć tego, co nastąpi.

– Nikt z nas nie miał wtedy pojęcia, że z systemem bankowym jest coś nie tak,
co teraz wyszło na jaw – oświadczył Haarde podczas kolejnej rozprawy, która
odbyła się w tym tygodniu. Były premier odpowiadał na wstępne pytania
specjalnego prokuratora.

Geir Haarde jest pierwszym i na razie jedynym politykiem w świecie zachodnim,
który z powodu kryzysu został przez własny naród postawiony przed sądem. Jest
pierwszym politykiem sądzonym przez islandzki trybunał stanu od chwili jego
powstania w 1905 roku. Jego proces, jako precedensowy, wzbudza duże
zaniepokojenie wśród europejskich i islandzkich polityków, więc agencje prasowe
unikają informowania o jego przebiegu, także w mediach rzadko pojawiają się
relacje. W połowie grudnia grupa islandzkich posłów z rządzących i opozycyjnych
partii politycznych – od Partii Niepodległości po socjaldemokratów i Zielonych –
usiłowała przerwać proces, składając wniosek do prokuratora, aby wycofał się z
zarzutów. Jednak Islandczycy chcą osądzenia osób odpowiedzialnych za krach, więc
do przerwania procesu nie doszło. Sam Haarde twierdzi, że proces jest "zemstą
jego politycznych wrogów".

Małgorzata Goss

drukuj