Prawo jest najważniejsze
Przyczyną wniesienia przez polskich obywateli skarg do
Europejskiego Trybunału Praw Człowieka jest umorzenie w 2004 r. przez
Główną Prokuraturę Wojskową Rosji śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej,
a następnie niemożność uzyskania sprawiedliwości przed sądami
rosyjskimi. Podstawowym zarzutem stawianym rosyjskim władzom przez
obywateli polskich jest brak skutecznego postępowania wyjaśniającego tę
zbrodnię i poniżające traktowanie krewnych ofiar zbrodni, na przykład
poprzez negowanie faktu zbrodni katyńskiej w wyrokach sądowych.
Konkretnie chodzi o naruszenie artykułów 2 i 3 Europejskiej Konwencji
Praw Człowieka. Tak więc skarga dotyczy nie tyle samej zbrodni
sowieckiej z 1940 roku, ile faktu łamania praw człowieka w toku jej
wyjaśniania, do czego doszło w Rosji już po 1991 roku. Wielu Rosjan, w
tym także prokuratorów wojskowych, wniosło bezcenny wkład w zgromadzenie
licznych informacji na temat okoliczności tej zbrodni, za co powinniśmy
być im wdzięczni. Problemem jest natomiast niechęć państwa rosyjskiego
do zakończenia postępowania wyjaśniającego zbrodnię katyńską
prawomocnymi decyzjami, a nie tylko politycznymi gestami. Polaków i
Rosjan nie dzieli zbrodnia sowiecka sprzed już ponad siedemdziesięciu
lat. Próbuje się ich natomiast skłócić przy pomocy kłamstwa katyńskiego,
które nosi charakter systemowy.
Smoleńska analogia
Trudno w tej sytuacji nie zauważyć, że katastrofa smoleńska, a
dokładniej rzecz biorąc – kłamstwo systemowe, w którą ona systematycznie
obrasta, może odegrać podobną rolę w stosunkach polsko-rosyjskich jak
kłamstwo katyńskie. Oczywiście zbrodnia prawa międzynarodowego i
katastrofa lotnicza to materialnie zupełnie różne zdarzenia, ale w
postępowaniu państwa sowieckiego i państwa rosyjskiego w obu tych
sytuacjach możemy odnaleźć wiele cech wspólnych.
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy zakończył badanie katastrofy
smoleńskiej w styczniu bieżącego roku, gdy przekazał raport końcowy
zleceniodawcy badania – "Komisji państwowej dla stwierdzenia przyczyn
katastrofy samolotu Tu-154, która miała miejsce 10 kwietnia 2010 roku w
obwodzie smoleńskim". Rosyjska komisja państwowa przyjęła raport MAK, a
następnie się rozwiązała. Zgodnie z obowiązującą praktyką raport końcowy
powinien być podpisany przez przewodniczącego komisji. W tym wypadku
przez premiera Władimira Putina. Tak się jednak nie stało, co oznacza,
że rząd Rosji nie zajął w sprawie katastrofy oficjalnego stanowiska i
nie może być stroną w ewentualnym postępowaniu odwoławczym. Ma to
istotne znaczenie, gdyż przepisy "Konwencji o międzynarodowym lotnictwie
cywilnym" z 7 grudnia 1944 r. określają zasady postępowania w razie
sporu między państwami, a MAK jest organizacją międzypaństwową i nie
jest stroną konwencji. Jeśli więc Aleksiej Morozow nazywa MAK instytucją
niezależną, to ma zapewne rację w tym sensie, że jest on niezależny od
zobowiązań prawnych.
Raport MAK nie został też przekazany Międzynarodowej Organizacji
Lotnictwa Cywilnego, gdyż do katastrofy państwowego statku powietrznego
nie ma zastosowania konwencja chicagowska, a podstawę prawną badania
stworzyło ustne porozumienie ad hoc zawarte przez premierów Polski i
Rosji pomiędzy 10 a 13 kwietnia 2011 roku, przewidujące wyłącznie
stosowanie załącznika nr 13, a nie całej konwencji. Oznacza to, że
najważniejsze ustalenia raportu MAK mają znaczenie nie tyle prawne, ile
propagandowe, i przekazane zostały w trakcie głośnej styczniowej
konferencji prasowej, przygotowanej – jak ustalił "Nasz Dziennik" –
przez renomowaną moskiewską firmę zajmującą się konsultacjami
politycznymi. W celu utrwalenia w przekazie publicznym tez styczniowych
została przeprowadzona kolejna konferencja prasowej, tuż po ogłoszeniu
wyników badań komisji Jerzego Millera. Zgodnie z tezami Aleksieja
Morozowa przyczyną katastrofy samolotu Tu-154 pod Smoleńskiem było:
podjęcie przez pilotów próby lądowania w skrajnie niesprzyjających
warunkach atmosferycznych, dowódca Sił Powietrznych generał Andrzej
Błasik samą swoją obecnością wywierał presję na pilotów, załoga samolotu
była niedostatecznie przygotowana do lotu na skutek błędów w szkoleniu i
innych uchybień organizacyjnych, a błędy kontrolerów lotów i stan
lotniska w Smoleńsku nie miały wpływu na dojście do skutku katastrofy.
Pod wpływem pytań polskich dziennikarzy Morozow i jego koledzy z komisji
technicznej nadali swoim wypowiedziom bardziej polemiczny charakter,
przynajmniej w stosunku do raportu komisji, kierowanej prze ministra
Jerzego Millera. W tej części konferencji zostały sformułowane dwie
tezy, rozwijające i uzupełniające tezy styczniowe.
Po pierwsze, "polscy koledzy" – jak stwierdził Aleksiej Morozow – nie
zrozumieli, że był to "nieregularny lot międzynarodowy", a zgodnie z
obowiązującymi w Federacji Rosyjskiej przepisami kontrolerzy lotu nie
musieli w tej sytuacji podawać precyzyjnych danych. Użycie argumentu, z
którego można wyciągnąć wniosek, że do katastrofy doszło zgodnie z
przepisami, może w pierwszym odruchu wywołać nasze zdziwienie, a nawet
oburzenie. Musimy jednak pamiętać, że mamy do czynienia z narracją
zakorzenioną w innej mentalności. Dlatego też, aby nie popaść w myślową
fikcję, powinniśmy starać się poznać realia tej mentalności, które
ukazywały nam kolejne konferencje prasowe MAK.
Po drugie, Morozow informując, że generał Błasik – idąc do kabiny
pilotów – musiał przejść przez salon "głównego pasażera", posłużył się
chwytem retorycznym, odwołującym się do inteligencji audytorium –
"wnioski każdy może wyciągnąć sam". Trudno nie zauważyć, że chwyt
retoryczny Morozowa wskazuje na istnienie politycznego wymiaru raportu
MAK, a zwłaszcza przyjętego sposobu jego prezentacji. Fatalny błąd
popełniony w Polsce w kwietniu 2011 roku polegał na uznaniu, że
tragiczna katastrofa skłoni władze rosyjskie do jak najbardziej
obiektywnego wyjaśnienia jej przyczyn i przebiegu. Nie wzięto pod uwagę,
że zgodnie z nadal dominującą w rosyjskim aparacie władzy sowiecką
mentalnością wszystko, nawet tragiczna katastrofa, może być wykorzystane
do osiągania korzyści politycznych. Wychodząc z tej przesłanki, można
zatem sformułować pytania o realia mentalne i realia polityczne, które
odsłoniła przed nami konferencja prasowa Międzypaństwowego Komitetu
Lotniczego, a w szerszym sensie – cały proces badania i opisywania
katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku.
Sowiecki relatywizm zasad
Zacznijmy od argumentów Aleksieja Morozowa, wywołujących najczęściej
zdziwienie indagujących go dziennikarzy. Jego zdaniem, już sama obecność
generała Andrzeja Błasika w kabinie pilotów była formą nacisku,
niezależnie od jego zachowania i wypowiadanych słów. Natomiast obecność
pułkownika Nikołaja Krasnokutskiego na stanowisku kontroli lotów "była
obowiązkowa", niezależnie od tego, że wielokrotnie ingerował on w proces
podejmowania decyzji przez kierownika lotów podpułkownika Pawła Plusnina,
sprowadzając zagrożenie na lądujące w Smoleńsku samoloty – najpierw
Ił-76, a potem Tu-154. Wywody Morozowa odsyłają nas do rzeczywistości, w
której nie istnieją uniwersalne kryteria oceny ludzkiego postępowania.
Noszą one bowiem cechy sytuacyjne i hierarchiczne. Przyznanie komuś
racji, pozytywna ocena jego działania, nie zależą od obiektywnych
kryteriów, a od miejsca, jakie dana osoba zajmuje w hierarchii
społecznej. Dobra materialne, prestiż, godność, normy etyczne,
zdolności, aspiracje, potrzeby, wsparcie i pomoc rozdzielane są w
społeczeństwie zgodnie z pozycją zajmowaną w strukturach władzy.
Postępowanie pułkownika Krasnokutskiego uznane zostało za prawidłowe, a
nawet obowiązkowe, ponieważ wynika to z jego miejsca w hierarchii
wojskowej, a nie z obiektywnej analizy sytuacji. Opisywaną w tym miejscu
rzeczywistość mentalną potwierdza późniejszy względem katastrofy awans
tego pułkownika na wyższe stanowisko służbowe. Dlatego też Aleksiej
Morozow kilka razy powtórzył opinię, że zgodnie ze statusem
"nieregularnego lotu międzynarodowego" kontrolerzy nie mieli obowiązku
podawania precyzyjnych danych. Postępowanie kontrolerów było pochodną
statusu lotu. Argument o statusie tego lotu miał najwyraźniej znaczenie
kluczowe. "Sam podjął decyzję – powiedział feralnego ranka 10 kwietnia
pułkownik Krasnokutski – niech sam dalej…".
Charakterystyczny dla mentalności sowieckiej relatywizm norm i zasad,
które gdzie indziej noszą uniwersalny charakter, wywołuje stałe poczucie
niepewności. W warunkach chronicznej samowoli przełożonych człowiek –
jak pisze Lew Gudkow, badacz kolejnych pokoleń ludzi sowieckich – nigdy
nie może polegać na prawidłowym działaniu instytucji formalnych, a to z
kolei powoduje zaniżoną samoocenę i brak ufności we własne siły.
Chroniczne kompleksy świadomości hierarchicznej kompensowane są przez
uczucie przynależności każdej jednostki do czegoś ponadindywidualnego,
wielkiego i wyjątkowego – narodu, "dzierżawy" lub imperium. Pułkownik
Edmund Klich zapamiętał zdanie przewodniczącej MAK generał Tatiany
Anodiny: "Rosja jest wielka, a Polska to mały kraj", wypowiedziane w
kontekście badania przyczyn katastrofy smoleńskiej. "Dziwiłem się –
mówił pułkownik Klich – bo w tej sprawie powinna być równowaga, a nie
rozważanie "po wielkości"". Zdziwienie pułkownika nie było uzasadnione,
albowiem dochodzenie do prawdy "po wielkości" to właśnie cecha
charakterystyczna mentalności sowieckiej, która wcale nie zniknęła wraz
z rozpadem Związku Sowieckiego. Kolejne konferencje MAK tylko
potwierdzają jej niezwykłą żywotność.
Uwzględnienie czynnika wielkości pozwoli nam lepiej zrozumieć, w jaki
sposób dokonuje się błyskawiczne przechodzenie od "typowo rosyjskiego
bałaganiarstwa", zwrotu ulubionego przez polskich dziennikarzy, do
sprawnego i skoordynowanego działania w sytuacjach kryzysowych. Proces
ten przekonująco opisał na stronie internetowej Grani.ru emigracyjny
dziennikarz Aleksander Bondariow: "Na listy nie odpowiadać, danych
aeronawigacyjnych i prognoz meteorologicznych nie przekazywać, tak, to
nasza specjalność", a "najważniejsze, to nie starać się, aby wszystko
poszło pomyślnie. A zwłaszcza tym, których z jakichś powodów nie lubimy.
No i nie wyszło. Najlepiej tę filozofię wyraził anonimowy obywatel na
pewnym forum internetowym: "Chcą lecieć, niech lecą. Walną się – dla nas
będzie jeszcze lepiej"". Cytowany przez Bondariowa "anonimowy obywatel"
dobrze wyraził sposób myślenia charakterystyczny dla rosyjskiego aparatu
władzy – jeśli już się uparli, to niech lecą, a jak coś stanie, to
postaramy się z tego sprawnie wyciągnąć korzyści.
Charakterystyczne dla mentalności sowieckiej kompleksy rodzą poczucie
stałego zagrożenia ze strony wrogów otaczających Rosję ze wszystkich
stron. Już w kilka godzin po katastrofie aktywiści prokremlowskiej
organizacji "Młoda Gwardia" ni stąd, ni zowąd, zaczęli bronić służby
specjalne Rosji przed oskarżeniami, że to one dokonały zamachu.
Komentatorzy strony internetowej Lenta.ru po opublikowaniu raportu
komisji Millera wyrazili zdziwienie, że w Polsce nie chcą przyjąć do
wiadomości odpowiedzialności prezydenta Lecha Kaczyńskiego za
katastrofę, stwierdzając przy tym, że Rosja oczekuje "jednoznacznego
potwierdzenia niewinności służb na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj".
Postawa, jaką zaprezentowała strona rosyjska, czyli dążenie do tego, aby
za wszelką cenę przełożyć całą odpowiedzialność na stronę polską,
powoduje skutki odwrotne, a nawet sprawia wrażenie świadomego
prowokowania reakcji nieprzychylnych Rosji. Problem wynikający z
natrętnego przerzucania odpowiedzialności na stronę polską został
zauważony w Rosji już w pierwszych godzinach po katastrofie przez
licznych obserwatorów i komentatorów sceny politycznej. Zwróciła na to
uwagę socjolog Ełła Paniejach: "Moim zdaniem jedyne, co w chwili obecnej
rzeczywiście działa przeciwko Rosji, to krętactwa, aby za wszelką cenę
przerzucić odpowiedzialność na polskich pilotów". Jeśli "krwawa gebnia
[kolokwializm odnoszący się do KGB, odpowiednik polskiej ubecji – przyp.
W.M.] już od pierwszych minuts zaczyna kręcić i usprawiedliwiać się,
jakby była winna, to ludzie niechętni zyskują prawo do zadawania pytań".
Autorka tych słów była przekonana, że w działaniach rosyjskich służb
sowiecka rutyna weźmie górę nad politycznym rozsądkiem, i nie pomyliła
się.
Wystarczy, by nas się bali
W Polsce tuż po katastrofie dosyć powszechnie sądzono, że nikomu tak jak
ludziom rządzącym Rosją nie powinno zależeć na tym, aby oczyścić się od
wszelkich podejrzeń i badanie katastrofy prowadzić maksymalnie otwarcie
i przejrzyście. To był poważny błąd, którego można było uniknąć. Cały
rozwój wydarzeń, działania Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego i
Komitetu Śledczego Prokuratury Generalnej zdają się potwierdzać tezę, że
celem rosyjskich władz nie jest bynajmniej zachowanie wiarygodności, ale
ponowne potwierdzenie aktualności starej sowieckiej zasady: "Nie muszą
nas szanować, wystarczy, żeby się nas bali".
Na wyraźny ślad podobnej prowokacyjnej postawy możemy natrafić w
przesłanym Trybunałowi w Strasburgu stanowisku rządu Rosji, który nie
tylko zanegował odpowiedzialność za mord na polskich obywatelach w 1940
roku, ale także stwierdził, że nie ma obowiązku w żaden sposób wyjaśniać
losu "osób zaginionych w wyniku wydarzeń katyńskich". Zwłaszcza to
ostanie sformułowanie wywołało duże oburzenie w Polsce i zostało
potraktowane jako "kolejny policzek wymierzony przez Rosję elementarnej
sprawiedliwości". Być może właśnie o taki efekt chodziło, tak aby nawet
ze zbrodni sprzed siedemdziesięciu lat nadal wyciągać polityczne
korzyści i umacniać w Polakach kompleks ofiary. Przecież ujawnienie
mordu na polskich oficerach w Katyniu paradoksalnie stało się korzystne
dla jego sprawców. Związek Sowiecki mógł zerwać stosunki dyplomatyczne z
państwem polskim i uzyskać dla swojego postępowania akceptację aliantów
zachodnich. Było to działanie perspektywiczne i ułatwiające – jak pisał
niedawno historyk Piotr Łysakowski – późniejszą instalację na ziemiach
polskich reżimu posłusznego imperium. Ujawnianie kolejnych informacji na
temat licznych niedociągnięć i fałszerstw w wyjaśnianiu przyczyn
katastrofy pod Smoleńskiem umacnia tylko w znacznej części Polaków
przekonanie, że Rosja nadal jest groźna i trzeba być wobec niej
ustępliwym.
W tej sytuacji szczególnego znaczenia nabiera fakt, że Trybunał w
Strasburgu przyjął do rozpatrzenia dwie skargi obywateli polskich –
jedną złożoną w 2007 roku przez Jerzego Janowca i Antoniego Rybowskiego
oraz kolejną, złożoną w 2009 roku przez Witomiłę Wołk-Jezierską i
dwanaście innych osób. Na najbliższym posiedzeniu będzie się on starał
wyjaśnić, czy masowy mord polskich obywateli w 1940 r. można uznać za
zbrodnię wojenną. Uczestnicy procesu mają także ocenić, czy państwo
rosyjskie wypełniło obowiązek przeprowadzenia skutecznego śledztwa.
Ponadto sędziowie chcą też wyjaśnić, czy Rosja wywiązała się z
zobowiązania do pomocy Trybunałowi w ramach prowadzonego postępowania.
Rząd Rosji odmówił bowiem przekazania Trybunałowi postanowienia
prokuratury wojskowej z września 2004 roku o umorzeniu śledztwa. Tak
więc Trybunał w Strasburgu uznał, że zachodzi uzasadnione podejrzenie,
iż założycielskie wartości Europejskiej Konwencji Praw Człowieka nie
były w rzeczywisty sposób chronione w toku postępowania wyjaśniającego
okoliczności zbrodni katyńskiej. Polskim obywatelom skarżącym Federację
Rosyjską nie chodzi przecież o abstrakcyjną "prawdę o Katyniu", ta jest
bowiem domeną politycznych deklaracji, które nie posiadają zresztą
żadnych konsekwencji prawnych. Polskim obywatelom chodzi o prawo i o
obowiązek. "Pragnę podkreślić – pisze Witomiła Wołk-Jezierska – że
wszystkie nasze starania w sprawie katyńskiej są oparte wyłącznie na
obowiązującym prawie i na naszym obowiązku wobec naszych najbliższych".
Postępowanie przed Trybunałem wskazuje na sposób rozumienia stosunków
polsko-rosyjskich. Powinniśmy w znacznie większym stopniu dążyć do
rygorystycznego przestrzegania prawa, a znacznie mniejsze znaczenie
przywiązywać do politycznych przełomów. Obywatele polscy wskazali
słuszną drogę postępowania, a od rządu należy oczekiwać, że wsłucha się
w ich głos i wyciągnie z tego stosowne wnioski, tak aby Rzeczypospolitej
zostało zwrócone wszystko to, co jej się słusznie należy.
Prof. Włodzimierz Marciniak
politolog Polska Akademia Nauk
Autor jest politologiem, pracownikiem naukowym Instytutu Studiów
Politycznych PAN oraz Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University
w Nowym Sączu.
