Prawda o rodzinie i odpowiedzialnej prokreacji powinna być przekazywana wszystkim
Rozmowa z o. prof. dr. hab. Kazimierzem Lubowickim OMI, kierownikiem Katedry Teologii Małżeństwa i Rodziny Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu
Niedziela Świętej Rodziny, którą obchodzimy po Bożym Narodzeniu, jest szansą uświadomienia na nowo głębi powołania każdej rodziny. Równocześnie widzimy, jak rodzina jest dzisiaj atakowana.
– Ideologiczny atak na życie ludzkie oraz na jego kształt, jaki obserwujemy w ostatnich latach w świecie, w Europie i niestety w Polsce, dorównuje arogancją, zakłamaniem i natarczywością najczarniejszym momentom historii, w których lansowano ideologie wrogie człowiekowi. To są sformułowania niepopularne. Niektórzy będą próbowali je wykpić. Jednak jak w kolędach z wielkim zgrzytem pojawia się Herod; jak świąteczną beztroskę zakłóca w drugi dzień świąt Szaweł, który „siał grozę i dyszał żądzą zabijania”
(Dz 9, 1), tak każdy, kto chce służyć rodzinie, nie może lekceważyć ani banalizować, a tym bardziej przemilczać tych zagrożeń. W wydanym 13 maja 2006 roku dokumencie pt. „Rodzina a ludzka prokreacja” Stolica Apostolska ostrzega, że mogą one doprowadzić świat do „przyszłości postludzkiej” (RLP 6).
Ktoś powie, że to straszenie i pesymistyczne wizje…
– Kto mnie zna, ten nawet tak nie pomyśli. Całe moje życie staram się ukazywać wielkość, piękno oraz blask życia małżeńskiego i rodzinnego. Chociażby w ogłoszonym ostatnio dokumencie Dignitas personae najbardziej poruszyły mnie słowa, które całą tę dyskusję umieszczają w prawdziwej, bo nadprzyrodzonej i eschatologicznej perspektywie. W trzecim numerze dokumentu czytamy: „Spojrzenie Kościoła jest rzeczywiście pełne ufności, ponieważ 'życie zwycięży: ta nadzieja nie może nas zawieść. Tak, życie zwycięży, ponieważ po stronie życia stoi prawda, dobro, radość, prawdziwy postęp. Po stronie życia stoi Bóg, który miłuje życie i obficie nim obdarza'”.
Na razie jesteśmy jednak w drodze. Trwa walka duchowa. Realizm jest niezbędny w dojrzałym życiu chrześcijańskim. Święty Paweł powiada: „Kiedy bowiem będą mówić: pokój i bezpieczeństwo – niespodziewanie przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie ujdą” (1 Tes 5, 3).
Historia dostarcza niestety przykładów, że w obliczu zagrożenia godności człowieka ludzie nauki i inteligencja oraz politycy nie zawsze zdawali egzamin. Wielu tak, ale nie wszyscy. Obyśmy tym razem stanęli na wysokości zadania, śpiesząc odważnie i bezkompromisowo z „posługą myślenia”. Obyśmy okazali się zdolni podnieść głos w obronie życia, miłości, ciała ludzkiego, małżeństwa i rodziny. Cóż innego można życzyć światu w tych dniach, gdy wiadomości brzmią jak notatki do opowiadań „science fiction”? Oto z jednego kraju donoszą, że dla dobra obywateli ministerialne pismo zabrania używać słowa „mama” w rozmowie z pacjentami. W innym władze jednego z najsłynniejszych miast uniwersyteckich postanowiły zlikwidować administracyjnie Boże Narodzenie na rzecz Winter Light Festiwal. W Hiszpanii feministki rozdają podczas manifestacji pudełka
zapałek, gdzie na naklejce jest napisane: „Kościół, który nas oświeca, to Kościół, który płonie”. Czarę absurdów dopełnia Parlament Europejski, oskarżając Kościół rzymskokatolicki o łamanie praw ludzkich, gdyż zdecydowanie broni on życia ludzkiego i moralności małżeńskiej.
A zdawałoby się, że nie trzeba być katolikiem, aby otaczać troską życie ludzkie, głęboko cenić i otaczać szacunkiem miłość oraz popierać rodzinę. Przecież to wszystko wydaje się takie oczywiste.
– Jan Paweł II zwraca uwagę, że nie mamy tutaj do czynienia z intelektualną niemożnością poznania, ale często z przewrotnym wyborem. Popatrzmy na to oczyma wiary. Gdy mamy świadomość, z jaką precyzją i z jaką odpowiedzialnością za słowo formułowane są publiczne wypowiedzi Papieży, musi zastanowić, że Jan Paweł II aż trzy razy mówił publicznie o spisku przeciw życiu ludzkiemu i o walce o nie z mocami ciemności. W encyklice Evangelium vitae ubolewa, że „można mówić w pewnym sensie o wojnie silnych przeciw bezsilnym”, o swoistym spisku bardziej uprzywilejowanych przeciw życiu (EV 12) oraz o „zorganizowanym sprzysiężeniu” ogarniającym także „instytucje międzynarodowe, fundacje i stowarzyszenia, które prowadzą programową walkę o legalizację i rozpowszechnienie aborcji na świecie” (EV 59). Aborcja to oczywiście tylko jeden z aspektów tej mentalności. Odpowiadając natomiast na pytanie Vittoria Messoriego, Jan Paweł II stwierdza: „Wciąż na nowo Kościół podejmuje zmaganie z duchem tego świata, co nie jest niczym innym jak zmaganiem się o duszę tego świata. Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna antyewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji. Zmaganie się o duszę świata współczesnego jest największe tam, gdzie duch tego świata zdaje się być najmocniejszy. W tym sensie encyklika Redemptoris missio mówi o nowożytnych areopagach. Areopagi te to świat nauki, kultury, środków przekazu; są to środowiska elit intelektualnych, środowiska pisarzy i artystów” (Przekroczyć próg nadziei, Lublin 1994, s. 96). Do tego problemu nawiązuje też 5 marca 1992 r. w przemówieniu na zakończenie wielkopostnego spotkania z kapłanami diecezji rzymskiej, wzywając, aby rodzinie osaczanej przez siły antyewangelizacyjne pomagać odkrywać jej wzniosłe powołanie.
Jednym z istotnych elementów tego powołania jest macierzyństwo i ojcostwo.
– Oczywiście. Wbrew temu, co czasem się mówi, możemy być dumni, bo nigdzie nie spotkamy tak pięknej i dojrzałej wizji macierzyństwa i ojcostwa jak w Kościele katolickim. Ponad czterdzieści lat temu poeta Karol Wojtyła napisał, że „nie wystarczy urodzić ciało. Ktoś musi urodzić też serce”. Dokument Papieskiej Rady ds. Rodziny z 2006 roku mówi o „prokreacji integralnej”: urodzić ciało, zapewnić utrzymanie, wprowadzić w świat wiary i kultury. W tegorocznym liście Episkopatu na Niedzielę Świętej Rodziny podkreśla się, że rodzenie dzieci jest rzeczywistą i ogromnie ważną służbą dla Kościoła i dla świata. Jeden z paragrafów tego listu zatytułowano „Rodzino płodna w dzieci – bądź błogosławiona”. Episkopat sprzeciwia się tym samym mentalności dającej się zauważyć chociażby w mediach, gdzie na poczynanie i rodzenie patrzy się z pewnym cynizmem. W ogóle trzeba sobie uświadomić, że Polska znajduje się na ostatnim miejscu pod względem dzietności w całej Europie! Na statystyczną kobietę w wieku rozrodczym przypada u nas jedynie 1,2 dziecka. Tymczasem, aby została zachowana tzw. prosta zastępowalność pokoleń, na jedną kobietę musiałoby przypadać przynajmniej 2,1 urodzeń.
Wyrazem tej pogardy i cynizmu wobec rodziny jest zgoda na niegodną człowieka „produkcję” ludzi w zabiegach in vitro.
– Wspomniany dokument Rodzina a ludzka prokreacja przestrzega, że człowiek, który zechce produkować życie – co właśnie staje się rzeczywistością przy zabiegach in vitro – wkrótce zechce też decydować o tym, kiedy ludzi należy uśmiercać. Musimy zatem ukazywać małżonkom i rodzinom prawdę o życiu i miłości – ich świętość, oraz chronić przed zbanalizowaniem współżycie płciowe.
Niektórzy uważają, że prawem sprzyjającym rodzinie jest dofinansowanie zabiegów in vitro, gdyż otwiera to rodzicom szanse na dzieci.
– Niekiedy można się spotkać z sugestią, że nauczanie Kościoła w tym względzie rodzi się z niezrozumienia albo bezduszności. Tymczasem czytając chociażby bardzo mądry, głęboki, a zarazem ojcowski i pełen ludzkiego ciepła tegoroczny list Episkopatu na Niedzielę Świętej Rodziny, przekonujemy się, że to nieprawda. Biskupi mają świadomość, że „jest w Polsce bardzo wiele małżeństw, które z niewypowiedzianą tęsknotą oczekują od lat na dziecko i proszą o nie Boga, jak o największy dar”.
Biskupi widzą ich „życie szarpane tęsknotą za dzieckiem i jej niemalże podporządkowane”. Służąc jednak Prawdzie, przypominają, że nie istnieje coś takiego, jak „prawo do dziecka”. Dziecko jest darem. Chcąc mówić o „prawie”, można jedynie powiedzieć, że dziecko ma prawo począć się z miłości, w nierozerwalnym małżeństwie.
Jednak brak dzieci to bolesny problem wielu małżeństw.
– Bardzo bolesny. Gdy jednak spoglądamy na niego oczyma wiary, nie wolno nam zapominać, że to Bóg jest Panem życia. On je daje i On nim kieruje. Mrzonki, aby być jak Bóg, to diabelska pokusa. Nie wolno wyciągać ręki ku drzewu życia (zob. Rdz 3, 3-5). Nie wolno się bawić w równych Bogu, w takich, którzy produkują życie. To tylko diabeł, który jest kłamcą, zapewnia: „Na pewno nie umrzecie” (Rdz 3, 4). Bóg powiedział wprost przeciwnie: „Gdy z niego spożyjesz – niechybnie umrzesz” (Rdz 2, 17). Życie jest do przyjmowania przez człowieka, lecz nigdy do produkowania. Nieprzeniknione są drogi Boże, a my, ludzie, jesteśmy współpracownikami Boga, stworzeniem Bożym. Człowiek musi powrócić do pokory wobec życia.
Komentując niedawno założenie Instrukcji Dignitas personae, ktoś tłumaczył, że jej intencją jest doprowadzić do tego, aby zabiegom in vitro nie poddawali się katolicy. Czy tylko katolicy?
– Tak może twierdzić jedynie ten, kto życie chrześcijańskie ogranicza do formalnego przestrzegania prawa. Chociaż to zrozumiałe, że prawo kościelne obowiązuje jedynie członków Kościoła, to mądrość i prawda Ewangelii są darem dla całej ludzkości. Wbrew modnym dzisiaj w pewnych środowiskach, ale błędnym twierdzeniom, prawda, jaką Chrystus przyniósł światu i powierzył Kościołowi, nie jest tylko jedną z wielu możliwych dróg. Jak przypomina deklaracja Dominus Iesus, w Jezusie Chrystusie mamy pełne i ostateczne objawienie. Nikt go oczywiście nie chce nikomu narzucać. „Prawda nie inaczej się narzuca, jak tylko mocą samej prawdy” (DWR 1). Nie wolno jednak ukrywać światła pod korcem.
W dokumencie Rodzina a ludzka prokreacja wyraźnie zostało powiedziane, że Kościół ze swoją posługą myślenia o rodzinie kieruje się do całego świata w imię wierności mandatowi misyjnemu, jaki otrzymał od Chrystusa, oraz w imię odpowiedzialności za współczesny świat. W szóstym numerze czytamy tam: „Kościół jest dzisiaj wezwany, by ukazywać wszystkim ludziom naszych czasów myśl chrześcijańską o prokreacji odpowiedzialnej i dokonującej się w rodzinie. Ten obowiązek spoczywa na nim z dwóch powodów. Pierwszy bardzo trafnie ukazuje Kościołowi encyklika Redemptor hominis, w której czytamy: 'człowiek (…) jest pierwszą i podstawową drogą Kościoła’. Bóg powierzył mu misję zbawienia i posłał Apostołów na cały świat. Kościół jest katolicki. Jego magisterium – tak samo, jak Ewangelia – jest dla wszystkich ludzi. Wszystko, co dotyczy człowieka, należy do Kościoła. Prawda o rodzinie i o odpowiedzialnej prokreacji musi być ukazywana wszystkim. Ten obowiązek wchodzi w zakres posługi Piotra w służbie człowieczeństwu człowieka. (…) Na zakończenie soboru Watykańskiego II Paweł VI prosił humanistów naszych czasów, aby uznali, że Kościół służy człowiekowi i jest promotorem tego, co ludzkie”.
Drugi powód, „który sprawia, że trzeba koniecznie proklamować prawdę o odpowiedzialnej prokreacji, stanowią dewiacje kulturowe naszych czasów, zarówno w podejściu do rodziny, jak i w podejściu do prokreacji. Pozostająca pod wpływem racjonalistycznego oświecenia współczesna kultura zapomniała swoich korzeni religijnych i humanistycznych, a – zostawiając na boku Boga oraz duchowy wymiar człowieka – stała się techniczno-naukowa. Wiedza nie szuka prawdy ani dobra, lecz władzy i panowania. Współczesny człowiek okazuje jeszcze bardziej zdecydowaną tendencję, by zająć miejsce Boga i aby Go zastąpić. Jak Ewa uwierzył kusicielowi, który obiecuje 'będziecie jak Bóg’ (Rdz 3, 4). Tym, co się liczy, nie są już magnalia Dei [wielkie dzieła Boże], jak w Starym Testamencie, lecz magnalia hominis [wielkie dzieła ludzi]”.
Nigdy w historii prokreacja ludzka, a równocześnie rodzina, która jest jej naturalnym miejscem, nie były tak zagrożone, jak w dzisiejszej kulturze – mówi wspominany dokument.
– Jak podkreśla Jan Paweł II, komunizm upadł przede wszystkim dlatego, że wpisany był weń błąd antropologiczny. W encyklice Centesimus annus czytamy: „podstawowy błąd socjalizmu ma charakter antropologiczny”. Socjalizm „rozpatruje (…) bowiem pojedynczego człowieka jako zwykły element i cząstkę organizmu społecznego, tak że dobro jednostki zostaje całkowicie podporządkowane działaniu mechanizmu ekonomiczno-społecznego” (CA 13).
Błąd antropologiczny doprowadził, na naszych oczach, do upadku całego systemu. Ten błąd nie jest jednak – niestety – tylko sposobem myślenia o człowieku w socjalizmie. On ciągle stanowi realne zagrożenie dla świata. W przeddzień naszego trzeciego tysiąclecia, 27 sierpnia 1999 r. Jan Paweł II mówił do uczestników Tygodnia Studiów nad Małżeństwem i Rodziną: „Chciałbym teraz razem z wami skierować wzrok ku przyszłości, rozpoczynając od wnikliwego rozważenia najpilniejszych problemów w tej dziedzinie, jakie stają dziś przed Kościołem (…). W porównaniu z okresem sprzed 18 lat, (…) sprzeciw zsekularyzowanej mentalności wobec prawdy o człowieku, o małżeństwie i o rodzinie stał się dziś w pewnym sensie jeszcze bardziej radykalny. Nie polega już tylko na podważaniu poszczególnych zasad etyki seksualnej i małżeńskiej”. Dzisiaj już nikt się nie zadawala propagowaniem stosunków przedmałżeńskich, rozwiązłości czy rozwodów. Dzisiaj, w sposób o wiele bardziej przewrotny idzie się dalej: „Wizerunkowi mężczyzny i kobiety, wypracowanemu przez rozum naturalny, a zwłaszcza przez chrześcijaństwo, przeciwstawia się alternatywną antropologię”. Inną, zupełnie inną, sprzeczną z dotychczasowym – nawet zupełnie świeckim – pojmowaniem człowieka. „Odrzuca się więź między płciowością a osobą”, neguje się to, co Paweł VI pisał w swojej profetycznej encyklice Humanae vitae, że współżycie seksualne musi być prawdziwie ludzkie, czyli prawdziwie cielesne i prawdziwie duchowe. „Odrzuca się także więź między małżeństwem a rodzicielstwem”. Można być rodzicem – powiadają – niekoniecznie w małżeństwie. „Odrzuca się więź między wolnością a naturą”. Jesteście wolni – powiadają – zdecydować, że dwie kobiety bądź dwóch mężczyzn to małżeństwo. „Odrzuca się więź między płodnością a powołaniem”. Zapomina się, że ludzka prokreacja to nie to samo, co rozrodczość jakiegokolwiek innego gatunku. Zapomina się, że być płodnym to realizować powołanie otrzymane od Boga. „Wreszcie odrzuca się więź między płodnością a człowieczeństwem. W ten sposób – kończył
Papież tamto wystąpienie na końcu ubiegłego tysiąclecia – odbiera się prokreacji status współpracy z Bogiem Stwórcą i degraduje się ją do poziomu technicznie kontrolowanej „re-produkcji” kolejnego przedstawiciela gatunku, przez co zatraca się niepowtarzalna osobowa godność dziecka”.
Niestety, papieska diagnoza sprawdza się na naszych oczach. Na szeroką skalę lansuje się dzisiaj spojrzenie na człowieka, na miłość, na małżeństwo, na rodzinę jako na miejsce realizowania wyłącznie przyjemności. Jeśli chcemy uratować człowieka, musimy na niego spojrzeć spojrzeniem Boga. „W promieniowaniu ojcostwa” Karol Wojtyła mówi, że Bóg stworzył człowieka „niedomkniętym”, to znaczy, że człowiek nie jest w stanie zamknąć się sam w sobie, by Pan Bóg nie miał do niego dostępu. To pewne „niedomknięcie” to miłość, ciało człowieka, życie seksualne. Również ludzie niewierzący, jeśli przeżywają je uczciwie, chodzą w obecności Boga.
Zatem na tej drodze poczucia pewnej normalności jesteśmy w stanie dotrzeć do Bożego zamysłu wobec małżeństwa i rodziny?
– W pewnym sensie, przy uczciwych poszukiwaniach, tak. Lecz wzmogła się obecnie medialna akcja, by sprofanować miłość, odrzeć ją ze świętości, by sprofanować ciało ludzkie. Jesteśmy świadkami „rewolucji genderowej”, która chce przedefiniować płeć, małżeństwo, rodzinę. Jest to bardzo głęboki atak. Skończyła się epoka Gutenberga, gdzie się rozważa słowa, myśli, a nastał czas emocji, wrażeń. I dzisiaj środki społecznego przekazu często nie wchodzą w dyskusję, tylko wykorzystują swoją wielką możliwość, by wpływać na emocje i wrażenia. Wówczas nie ma miejsca na dyskusję, kto ma rację, lecz wypracowuje się pewne wrażenia, że coś jest śmieszne, niemodne, niepoważne, i w taki sposób niszczy się rodzinę.
Co daje nadzieję na przebudzenie duchowości w rodzinach?
– W moim odczuciu w XX wieku pojawiło się kilka takich kamieni milowych w teologii duchowości. Jednym z nich jest św. Joanna Beretta Molla. Symbolicznie można powiedzieć, że dzięki niej pełne miłości listy małżeńskie i narzeczeńskie weszły do literatury duchowej. Joanna, która została kanonizowana nie tylko za to, iż oddała życie za dziecko (to było szczytem jej poświęcenia), ale dlatego, że będąc przeuroczą kobietą i kompetentną lekarką, potrafiła życie małżeńskie i rodzinne przeżywać jako powołanie i drogę do świętości. Jeżeli my, chrześcijanie, jesteśmy dzisiaj do czegoś wezwani w imię służby światu, to przede wszystkim do tego, aby pokazać, że życie seksualne oraz codzienne życie w małżeństwie przeżywane w wierności Bogu jest cudowne. Niedawno ukazała się książka pt. „Drżenie czystości”. Jej autorka, Eden Dawn, pokazuje, że by tak naprawdę „drżeć” w miłości, potrzebna jest czystość myśli i ciała.
Czy można współczesne rodziny przekonać do tej wizji małżeństwa proponowanej przez Kościół, że ona daje radość, spełnienie?
– W pewien sposób Jan Paweł II od tego rozpoczął nauczanie w Polsce. Gdy po raz pierwszy stanął na placu Zwycięstwa, mówił: „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa, to znaczy klucz do zrozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek”. I kontynuował: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa i człowiek sam siebie nie może zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani jaka jest jego godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”. Nie są to słowa tylko poety. One wynikają z duszpasterskich przemyśleń. Jeżeli bowiem nie zrozumiemy Betlejem, gdzie prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, to nie zrozumiemy, jaka jest godność człowieka ani jakie jest jego powołanie, ani jakie jest jego ostateczne przeznaczenie. Tych, którzy zawierają sakrament małżeństwa, Kościół przyprowadza przed ołtarz i mówi im: patrzcie, co to znaczy naprawdę kochać! Bez Chrystusa nie jesteśmy w stanie nie tylko w pełni zrozumieć miłości małżeńskiej, ale też w pełni przeżyć życia seksualnego. Ze sfery tylko „przyrodniczej” trzeba przenieść się w wymiar osobowy. To właśnie pokazuje nam Chrystus. Musimy z drugą osobą zbudować jedność na płaszczyźnie ducha, myśli, serca i codziennego życia, bo jedność ciała zakłada tę jedność. I tego uczy nas Chrystus.
Jak rozpocząć drogę ku świętości we własnym małżeństwie?
– Jestem głęboko przekonany, że podstawą życia małżeńskiego jest życie sakramentalne. Przede wszystkim Eucharystia. Życie sakramentalne pozwala nam spotykać Boga żywego. To jest początek drogi do świętości. My świętości nie zbudujemy w oparciu o rady psychologów czy nasze postanowienia. Psycholog powie tylko, czego nam brakuje, ale nie da mocy, by to osiągnąć. Tę moc daje jedynie Bóg.
Następnym krokiem do świętości małżeńskiej jest wspólna walka o czas, aby być ze sobą. Nie jest możliwe, by człowiek zaczął się dzielić głębią swoich uczuć na poczekaniu, w biegu zdarzeń. Więc ważne są takie proste sprawy, jak chociażby wspólnie spożywany w rodzinie niedzielny obiad, podczas którego rozmawiamy, jesteśmy ze sobą.
Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Jędrzejczyk
