Pożegnanie z Siostrą
Z płk. w st. spocz. dr. inż. Konradem Mackiewiczem, bratem Pierwszej Damy
Marii Kaczyńskiej, pracownikiem Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych,
rozmawia Marta Ziarnik
Jak wyglądało Pańskie ostatnie spotkanie z Siostrą?
– Widziałem się z Marylką w drugi dzień Świąt Wielkanocnych. To był taki nasz
rodzinny zwyczaj, żeby Święta Wielkanocne i Święta Bożego Narodzenia spędzać
razem. I od kiedy Leszek został prezydentem, spędzaliśmy je w Pałacu
Prezydenckim. To było takie świętowanie w gronie najbliższych. Te nasze ostatnie
święta były inne niż zwykle, ponieważ mniej więcej tydzień wcześniej wydarzyła
się choroba w rodzinie i mama Leszka – Pani Jadwiga, w stanie ciężkim trafiła do
szpitala. Cała rodzina bardzo to przeżywała. I pamiętam, że bardzo dodała nam
wszystkim otuchy homilia ks. Romana Indrzejczyka, prezydenckiego kapelana, którą
wygłosił podczas Mszy św. Wielkanocnej w kaplicy Pałacu. Homilia ks.
Indrzejczyka była bardzo poruszająca i głęboka w swej wymowie, skierowana
głównie do synów Pani Jadwigi, którzy żarliwie się modlili o jej zdrowie, a
jednocześnie uniwersalna, jakby ją ogarniał Duch Święty i kładł w zbolałe serca
i dusze. Ustaliliśmy też w niedzielę, że następnego dnia wraz z żoną odwiedzę w
szpitalu Panią Jadwigę. Marylka zaproponowała, żebyśmy wracając, przyjechali do
niej na obiad, z czego chętnie skorzystaliśmy. I to był nasz ostatni obiad,
który spożyliśmy wraz z żoną w towarzystwie Marylki i Leszka.
Podejmowali Państwo podczas tego spotkania temat wyjazdu do Katynia?
– Tak, to był jeden z naszych głównych tematów. Dyskutowaliśmy między innymi o
tym, jakie będzie przemówienie Prezydenta i Pierwszej Damy w Katyniu. To była
bardzo dla nas wszystkich ważna sprawa, gdyż w Charkowie zginęli zarówno
stryjowie z rodziny Mackiewiczów, jak i Kaczyńskich. I Siostra poprosiła mnie,
żebym pomógł jej przygotować materiały na temat stryja Witka i stryja Janka.
Marylka chciała bowiem powiedzieć o nich podczas krótkiego wystąpienia i
planowanych rozmów z dziennikarzami. Chciała podkreślić, że także rodzina
prezydencka należy do Rodzin Katyńskich. I wówczas padła ze strony Marylki
propozycja, żebym wraz z nimi poleciał do Katynia, bo nigdy tam nie byłem, a
bardzo chciałem. Siostra podkreślała, że wyjazd jest w sobotę, więc nie będę
nawet musiał brać wolnego w pracy. Zaczęła też planować, że gdy wrócimy około
15.00 do Polski, zjem jeszcze z nimi obiad w Pałacu Prezydenckim i wieczorem
wrócę do domu. Muszę przyznać, że bardzo ucieszyłem się na tę propozycję i od
razu zacząłem robić plany.
Jednak Pan nie poleciał?
– Nie poleciałem tylko dlatego, że od dwóch lat miałem nieważny paszport, a było
już za mało czasu na wyrobienie nowego i na uzyskanie rosyjskiej wizy. I w ten
sposób zostałem. Zająłem się więc przygotowywaniem dla Marylki wszystkich
informacji o naszych stryjkach. W tym czasie dzwoniłem do niej kilka razy, ale
zawsze była bardzo zajęta przygotowywaniem zarówno wizyty w Katyniu, jak i
mającej nastąpić tuż po niej wizyty w Stanach Zjednoczonych. Poza tym często
odwiedzała w szpitalu chorą teściową. Powiedziała wówczas, że zobaczymy się po
ich przylocie z USA, podczas obchodów 3 maja. I kiedy w piątek zaniosłem Marylce
wszystkie zebrane informacje o stryjku, ona miała spotkanie z jakimiś dziećmi,
więc zostawiłem dla niej dokumenty w biurze. Po powrocie do domu zacząłem
dzwonić po rodzinie, żeby powiedzieć im, aby następnego dnia rano oglądali
telewizję, bo Leszek będzie miał wystąpienie na temat dokonanego przez NKDW
mordu katyńskiego, po którym Marylka będzie mówić o naszych zamordowanych tam
stryjkach.
Jak Siostra przyjmowała szykany, nagonkę na rodzinę prezydencką, które można
było zaobserwować także podczas przygotowań do ostatniej, jak się później
okazało, wizyty?
– Marylka nie chciała o tym mówić, żeby dodatkowo nie robić przykrości Leszkowi.
Ale widać było po niej, że bardzo to przeżywa i że jest przygnębiona całą tą
nagonką wokół osoby Leszka. Tutaj przypominają mi się słowa mojej żony Teresy,
która swego czasu wypowiedziała w towarzystwie osób obrażających i poniżających
prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego słowa: "Pan Kwaśniewski nie jest
prezydentem z mojej bajki. Możecie go krytykować, ale nie wolno wam go obrażać i
poniżać, bo on jest prezydentem Polski. Nie kala się własnego gniazda". Był to
zdecydowany sprzeciw mojej żony wobec obrażania i poniżania prezydenta Polski.
Natomiast nie było tego umiaru i limitu w obrażaniu, ośmieszaniu, poniżaniu i
gnębieniu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie słyszałem, żeby kiedykolwiek
premier Donald Tusk sprzeciwiał się temu procederowi. Zatem jeśli się nie
sprzeciwiał, to znaczy, że na to przyzwalał. Przyzwalał na obrażanie i poniżanie
Prezydenta Polski! I mam o to wielki żal do premiera. Podwójny żal: jako członek
rodziny prezydenckiej i jako Polak.
Wracając jednak do pani pytania, to te uroczystości w Katyniu były dla Marylki i
Leszka zbyt ważne, aby takie gadanie odciągnęło ich od wyjazdu. Marylka zawsze
powtarzała: "psy szczekają, karawana idzie dalej". I zawsze to u niej
podziwiałem, że potrafi pokazać hart ducha mimo cierpienia. Siostra była pod tym
względem bardzo silną kobietą. Silną dla męża, dla córki i wnuczek, które tak
bardzo kochała.
Naprawdę jestem pełen podziwu dla Siostry, że ona to wszystko tak dzielnie
znosiła i jeszcze pocieszała zarówno Męża, jak i tych wszystkich z rodziny i
Kancelarii, w których to również uderzało.
Myśląc o Pani Prezydentowej, wiele osób, również ja, ma przed oczami obraz
uśmiechniętej i ciepłej kobiety, która nie wstydziła się okazywać mężowi miłości
i oddania.
– Bo Marylka właśnie taka była. Uśmiechnięta, radosna i starająca się tą
radością zarażać innych. Siostra była taką "sprężyną", która pozytywnie
nakręcała innych. Poza tym miała duży dystans do siebie i potrafiła z samej
siebie żartować. Tym zjednywała ludzi.
Poprzedniczkę Pani Marii kreowano na wielką orędowniczkę biednych i
uciśnionych. Podkreślano, jakie to ma dobre serce, bo założyła własną fundację
charytatywną. Pańska Siostra, choć nie miała własnej fundacji, to jednak, z tego
co wiem, równie chętnie wspierała te już działające i faktycznie pomagające
m.in. chorym dzieciom i osobom biednym.
– Ma pani rację. Wielokrotnie się zdarzało, że dzwoniłem do Siostry, a ona nie
mogła ze mną rozmawiać, gdyż właśnie była w jakimś domu dziecka czy szpitalu,
któremu udzielała wsparcia. Czasami była tak bardzo zajęta, że gdy pytałem ją,
co dziś lub w najbliższym czasie robi i kiedy mogę się z nią zobaczyć,
odpowiadała, żebym zajrzał na jej stronę internetową (prowadziła ją Pani Izabela
Tomaszewska, Dyrektor Zespołu Protokolarnego Prezydenta RP, która razem z
Marylką zginęła w katastrofie) i zobaczył jej plan dnia, bo nie ma czasu mi
wszystkiego wyjaśniać, gdyż ktoś już na nią czeka i nie może się spóźnić. Choć
media niewiele mówiły o działalności mojej Siostry, to wcale nie znaczy, że
takowej nie prowadziła. Wystarczyło wejść na wspomnianą stronę, żeby zobaczyć,
jak napięty grafik miała Pierwsza Dama. I nie tylko odwiedzała wspomniane
ośrodki, ale pomagała też w organizowaniu wizyt Prezydenta, przyjmowała
oficjalne wizyty, a także uświetniała swoją obecnością ważne uroczystości i
wydarzenia, niejednokrotnie zastępując w tym Prezydenta.
Prezydentową można było też często spotkać na koncertach charytatywnych,
również tych kameralnych, które wspierała swoim udziałem.
– Tak. Marylka kochała sztukę, a zwłaszcza muzykę. Pięknie grała na fortepianie.
I dzięki tym zamiłowaniom z taką radością podejmowała się jej promowania.
Zwłaszcza jeśli służyła ona jeszcze innym szlachetnym celom. Marylka była
naprawdę ciepłą, elokwentną i znającą się na sztuce kobietą. I te wszystkie
umiejętności i predyspozycje sprawiały, że jak mało kto nadawała się do
pełnienia tak ważnej funkcji, jaką jest funkcja Pierwszej Damy. Bardzo dobra
znajomość kilku języków obcych dodatkowo utwierdzała tę jej funkcję.
Media kreowały jednak wizerunek Pierwszej Damy, która nie potrafi się
zachować, nie ma wyrafinowanych manier etc.
– Pewnie mówi pani o tych pokazywanych w mediach obrazach, na których Marylka
poprawia Prezydentowi krawat bądź strzepuje pyłek z jego marynarki?
Między innymi.
– Takie sytuacje faktycznie były, ale media to przejaskrawiały. Poza tym, co
złego jest w dbaniu o męża i okazywaniu mu po tylu latach miłości i
przywiązania? To przecież jest piękne. Robienie zaś z tego problemu jest
naprawdę śmieszne. I żal mi tych, którzy dają się tak wodzić mediom i dają sobie
wmawiać, że naturalne, ludzkie odruchy i przejawy miłości są czymś złym, jeśli
wypływają od Pierwszej Damy. A już szczytem było, gdy media zaczęły nagonkę na
Marylkę tylko dlatego, że zrobiono jej kilka zdjęć, gdy wsiadała do samolotu z
reklamówką. W rzeczywistości sprawa wyglądała tak, że leciał wówczas sam Leszek.
Ale ponieważ był chory, Marylka poprosiła jednego z BOR-owców, by przed wylotem
kupił Prezydentowi zaleconą przez lekarza wodę mineralną, której nie było na
pokładzie. I kiedy BOR-owiec wrócił, Marylka szybko zaniosła tę reklamówkę na
pokład, gdyż Leszek już siedział w samolocie. I kiedy Siostra weszła z tą
reklamówką do środka, media szybko to podchwyciły i podały, że Pierwsza Dama
leci do Ameryki jak przekupka. Żeby poprzeć swoje kłamstwo, dali przebitki, jak
wysiada z samolotu witana kwiatami, tyle że to były zdjęcia z ich wcześniejszej
wizyty we Włoszech. Tymczasem Marylka, gdy tylko dała wodę Mężowi i pożegnała
się z nim, zaraz wysiadła. Ale kłamstwo było pięknie zmontowane i przedstawione,
więc poszło w eter.
10 kwietnia czekająca na wystąpienie prezydenta w Katyniu rodzina dowiedziała
się o kolejnej tragedii…
– Tak. Gdy wszyscy z entuzjazmem siedzieliśmy przed odbiornikami, oglądając TV
Polonia, oczekując transmisji, chwilę po tym, gdy sprawozdawca zapowiedział, iż
samolot prezydencki już wylądował na lotnisku w Smoleńsku i najpóźniej za 20
minut rozpocznie się oficjalna uroczystość z udziałem Pary Prezydenckiej i
dostojnych gości, nagle do żony zadzwoniła nasza znajoma, mówiąc, że samolot się
rozbił. Żona stwierdziła, że to niemożliwe, bo przed chwilą dziennikarz
powiedział przecież, że samolot już wylądował. Ale jak tylko zrozumiałem, o czym
mówi, szybko przełączyłem na inny kanał i zobaczyłem na pasku tę straszną
informację… Później rozdzwoniły się telefony, ale to wszystko działo się już
jakby obok. Byliśmy jakby w malignie i tak minął nam dzień 10 kwietnia i noc.
Następnego dnia zadzwonił do nas kuzyn, mówiąc, że słyszał w telewizji, iż
przywożą do Polski ciało Pana Prezydenta. W tym całym zamieszaniu nikt nas nie
poinformował o tym wcześniej. Szybko więc wraz z żoną zebraliśmy się, by
pojechać na lotnisko. I kiedy już po wszystkich uroczystościach przywieźliśmy
trumnę z Prezydentem do Pałacu Prezydenckiego, zapadła decyzja, że to ja polecę
do Moskwy na identyfikację Siostry.
Ale nie miał Pan przecież paszportu?
– To prawda, ale w związku z taką okolicznością Kancelaria Prezydenta wraz z ABW
wyrobiły mi pospiesznie potrzebne dokumenty, bym mógł jak najszybciej polecieć
na identyfikację. O godz. 23.00 wszystko było już załatwione i następnego dnia o
6.00 rano byłem już na lotnisku. Wcześniej pobrano ode mnie próbkę DNA do
identyfikacji. Kiedy czekaliśmy na odlot, poinformowano nas, że on się znacznie
opóźni. Wówczas mąż Marty, który również wyraził chęć udania się do Moskwy,
załatwił, żebyśmy lecieli samolotem, którym transportowane miały być próbki DNA
rodzin. Takim sposobem dotarłem do Rosji.
Panu nie sugerowano, by nie lecieć na identyfikację?
– Sugerowano to wszystkim. Ale ja miałem zidentyfikować Siostrę i przywieźć ją
do Polski, niezależnie od wszystkiego.
Kto wysuwał podobne sugestie?
– Chyba funkcjonariusze, którzy przyszli poinformować nas o opóźnieniu wylotu.
Powiedzieli, że wiele zwłok jest w bardzo złym stanie i że to jest straszny
widok i że rodziny nie muszą lecieć. Mówili, że wystarczy, jak dadzą próbki DNA.
I po tym część rodzin zrezygnowała z lotu. Ja jednak byłem zdecydowany, że
spełnię tę ostatnią posługę wobec Siostry. Musiałem to zrobić dla niej, dla
Marty i dla siebie.
Ale już wówczas były chyba informacje, że zidentyfikowano ciało Pierwszej
Damy?
– Chwilę przed naszym odlotem pojawiły się takie informacje, ale nie były one
potwierdzone. Musiałem więc potwierdzić tę wstępną identyfikację. I kiedy
dotarłem do ośrodka, gdzie robili sekcje, przywitała mnie minister Ewa Kopacz,
mówiąc, że chyba już zidentyfikowano moją Siostrę, bo zgadzają się pierścionki
na ręce. Powiedziała jednak, że do mnie należy ostatnie słowo. Rozpoznałem
Siostrę.
Nie miał Pan z tym problemu, skoro inni mieli wątpliwości?
– Nie, gdyż znałem szczegóły, o których inni nie wiedzieli. Pamiętałem, że
Marylka w 1955 roku przeszła w Warszawie operację serca, bo miała dwie wady. Po
tej operacji została jej blizna po cięciu, jakiego dokonano, by usunąć jej trzy
żebra, ażeby dostać się do serca. Charakterystyczne cięcie od mostka do
kręgosłupa oraz brak trzech żeber to było dla mnie ewidentne potwierdzenie, że
to jest właśnie moja Siostra.
Dostał Pan od razu akt zgonu?
– Tak, dostałem.
Jaki wpisano w nim czas zgonu?
– Zapisano godzinę 9.00 czasu polskiego. Jako przyczynę zgonu podano ogólne
obrażenia związane z katastrofą. Nic poza tym.
Katastrofa wydarzyła się około 20 minut wcześniej, skąd więc taka godzina w
dokumentacji?
– Nie wiem, co pani odpowiedzieć, gdyż w przypadku tej katastrofy są same
niejasności i kłamstwa. Nie chcę sobie nawet wyobrażać.
Od chwili identyfikacji nie odstępował Pan Siostry?
– Nie odstępowałem. Po zakończeniu wszystkich czynności w prosektorium byłem
przy Siostrze aż do przywiezienia z Polski trumien, złożenia ciała i zalutowania
jej trumny. Byłem przy niej, modląc się. Po uroczystościach pożegnalnych w
Moskwie towarzyszyłem Siostrze wraz z ministrami Kancelarii Prezydenta – panią
Bożeną Borys-Szopą i Andrzejem Dudą, w drodze powrotnej do kraju.
Wraca Pan czasami wspomnieniami do wizyty w Moskwie?
– Wracam. Było to dla mnie straszne przeżycie pomimo faktu, że od
kilkudziesięciu lat jestem związany z lotnictwem i z wojskiem. W tym czasie
bywałem zarówno w miejscu wypadków lotniczych, wchodziłem w skład Komisji
Wypadków Lotniczych, jak również "zbierałem" kolegów, z którymi niejednokrotnie
spotykałem się również na stopie koleżeńskiej. I można by powiedzieć, że na
takie rzeczy jestem uodporniony. Ale to, co zobaczyłem w Moskwie, naprawdę
bardzo mną wstrząsnęło. To była przecież moja rodzona Siostra.
Dziś, z perspektywy czasu, ma Pan świadomość, że mógł więcej zrobić?
– Raczej nie, gdyż pomimo szoku, jaki tam przeżyłem, nie straciłem jednak głowy
i zrobiłem wszystko tak, jak być powinno, jeśli chodzi o identyfikację i inne
posługi wykonane dla mojej Siostry. W przypadku Prezydenta sytuacja była jednak
odmienna. Wiemy, że ciało Pana Prezydenta zidentyfikował jego brat Jarosław, w
obecności ciotecznego brata Janka Tomaszewskiego i bliskich współpracowników z
PiS, i że chciano od razu zabrać ciało naszego Prezydenta do kraju. Władze Rosji
nie zgodziły się na to, tak więc cała odpowiedzialność za dalsze czynności
spoczęła, a w zasadzie była kontynuowana przez stronę rządową. Nie mam pełnej
wiedzy na temat poczynań naszej władzy w tym zakresie. Wiem tylko, że przy
sekcji zwłok Pana Prezydenta obecny był pan prokurator Parulski. Ale co było
dalej? Kto (i czy w ogóle) pełnił straż honorową przy Prezydencie? Kto (i czy) z
naszych władz nadzorował wszelkie czynności? Czy zadbano, aby były one godnie
wykonywane? Wiadomości, jakie docierały od bezpośrednich świadków, jeżyły włos
na głowie i nieodparcie kojarzyły się ze sposobem traktowania przez stronę
rządową Prezydenta Lecha Kaczyńskiego jeszcze za jego życia. Dlatego brak mi
informacji, choćby krótkiego raportu w tej sprawie, ze strony premiera.
Z czego, Pana zdaniem, wynikały te wszystkie zaniedbania w przypadku
Prezydenta?
– Moim zdaniem, to było następstwo tego, jak rząd traktował Prezydenta
Kaczyńskiego za życia. I nie wiem, czy jakikolwiek inny prezydent był traktowany
przez rząd tak jak on. Teraz niektórzy mają pretensje, że nie szanuje się nowego
prezydenta, gdy wypomina się chociażby jego gafy. Ale pytam, czym różni się ten
prezydent od poprzednika, by miał być lepiej traktowany?
Mówi Pan, że nie jest na bieżąco informowany o stanie śledztwa, a przecież
premier Tusk zapewniał, że będzie zapraszał wszystkich członków rodzin na
spotkania informacyjne.
– To prawda. Były dwa spotkania informacyjne i jak one wyglądały, opisano już
szczegółowo w mediach, a zwłaszcza w "Naszym Dzienniku". Dodam tylko, że dopiero
na drugie spotkanie "wprosiłem" się sam, bo nikt mnie o nim nie poinformował.
Nie byłem też na liście rodzin. Podczas tego spotkania zdążyłem zadać tylko dwa
pytania. Pierwsze dotyczyło samolotu Tu-154M, który po remoncie w Rosji został w
grudniu dostarczony do specpułku. W protokole zdawczo-odbiorczym jest bowiem
akapit mówiący o tym, iż w przypadku awarii lub katastrofy badania będzie
prowadzić wspólna polsko-rosyjska komisja. Drugie dotyczyło wyposażenia lotniska
Siewiernyj. Zapytałem o to, czy 10 kwietnia wyposażenie lotniska było takie samo
jak 7 kwietnia. Na spotkaniu odpowiedzi nie uzyskałem, ale sądzę, że komisja
ministra Jerzego Millera to wyjaśni. Samolot Tu-154M należał do jednostki
wojskowej, załoga była wojskowa, wojskowe było też lotnisko Siewiernyj.
Tymczasem wmawia się nam, że był to lot cywilny pasażerski, którego dotyczy
konwencja chicagowska.
W jaki sposób takie przedstawianie spraw mogło zmienić procedury?
– Otóż mogło. W procedurze wojskowej za lądowanie samolotu wojskowego odpowiada
wieża, zaś w przypadku samolotu cywilnego to na pilocie spoczywa
odpowiedzialność za decyzje o lądowaniu. Ale nie tylko to.
Poruszył Pan bardzo ważną rzecz, a mianowicie, że to wieża odpowiada za
lądowanie samolotów wojskowych na lotniskach wojskowych. Tymczasem ze strony
rosyjskiej, wspieranej również przez niektóre środowiska w Polsce, cały czas
płynie przekaz zdejmujący odpowiedzialność z Plusnina i Ryżenki. Jak Pan, jako
ekspert, ocenia sposób pracy rosyjskich kontrolerów?
– Mam ogólną wiedzę z zakresu lotnictwa wojskowego, a ekspertem jestem w innym
zakresie. Powiem tylko, że za lądowanie w tym przypadku i w trudnych warunkach
odpowiada wieża. To pracownicy wieży mają przed oczyma radar i widzą zarówno
pas, jak i samolot. I to ich zadaniem jest naprowadzić bezpiecznie dzięki tym
urządzeniom załogę. Bo przecież jak się leci we mgle, pilot musi się na kogoś
zdać, musi zaufać wieży i jej przyrządom. Jeżeli więc wieża powiedziała: "pas
wolny" i "daję zgodę na podejście", to pilot kieruje się tymi komendami. Musimy
wreszcie wyprzeć kłamstwa, którymi nas karmią od niemal dwunastu miesięcy. Otóż
pilot Tu-154M nie lądował, tylko podchodził do wysokości decyzyjnej. Wmawianie
nam, że mjr Arkadiusz Protasiuk na siłę lądował, że podchodził cztery razy do
lądowania, łamiąc wszystkie możliwe procedury, jest nieprawdą. Co najbardziej
przykre, zwłaszcza dla rodzin, to wysuwanie pod wpływem sugestii MAK
absurdalnych zarzutów, wręcz kłamstw, w stosunku do załogi i samego Prezydenta,
że spowodowali katastrofę. Majora Protasiuka oskarżono o wybujałe ambicje,
czterokrotne podchodzenie do lądowania pod presją Pana Prezydenta, a dowodem na
to miała być hipoteza, iż Prezydent już wcześniej wymuszał lądowanie w Tbilisi.
Przepraszam, ale dyskusja ta – o czym doskonale wie minister Radosław Sikorski,
bo leciał tym samolotem – odbywała się na ziemi i jeszcze przed lotem, kiedy nie
dawano zgody na lądowanie w Tbilisi.
Kiedy ten przekaz zaczęto podważać, eksploatowano wątek dowódcy Sił
Powietrznych gen. Andrzeja Błasika.
– Tak, ponieważ na siłę szukano winnych wśród tych, którzy nie mieli się już jak
obronić. Mało tego, w stronę gen. Błasika zaczęto jeszcze później wysuwać
kalumnie, jakoby był pijany! Nie rozumiem, jak tak można. To wszystko wyraźnie
pokazuje, że na samym początku została przyjęta hipoteza i do niej dorabia się
dowody. Proszę też zauważyć, jak traktowany był Prezydent Kaczyński. Przecież
jako głowa państwa musiał mieć zapewnioną ochronę i obronę. Tymczasem stało się,
co się stało. Nie rozumiem też, kto dopuścił do tego, by jednym samolotem leciał
Prezydent wraz z całym dowództwem polskich Sił Zbrojnych! Przecież to jest
skandal na skalę światową. Dla porównania proszę zwrócić uwagę, co się działo,
gdy do Polski przyleciał prezydent Rosji. Jego ochrona była taka, że gdy składał
kwiaty przed Grobem Nieznanego Żołnierza, to śmigłowiec krążył i pilnował tego
terenu. Dla niego też połowa Warszawy została zamknięta dla ruchu. Tymczasem gdy
do Smoleńska przylatywał Prezydent RP, to wieża zachowywała się tak, jakby nie
wiedziała, kto i po co ląduje, niezabezpieczone też zostały lotniska zapasowe.
Chciałabym jeszcze zapytać o Iła-76, który niedługo przed polskim tupolewem
pojawił się nad Smoleńskiem i dwukrotnie próbował podchodzić do lądownia.
– To jest kolejna niejasna sprawa. Pytaniem zasadniczym jest to, co ten Ił-76
robił nad lotniskiem przed przylotem polskiego samolotu rządowego? Przecież
jeżeli ląduje VIP-owski samolot, a takim leciała polska delegacja z Prezydentem
na czele, to w przestrzeni powietrznej nie powinien znajdować się żaden inny
samolot. Tym zagadnieniem powinni się zająć niezależni eksperci.
Gdyby miał Pan wskazać najpoważniejszy w konsekwencjach błąd strony polskiej
po 10 kwietnia, to wskazałby Pan…
– Przede wszystkim na brak własnej koncepcji i inicjatywy w przeprowadzeniu
śledztwa przez wspólną polsko-rosyjską komisję (podstawy ku temu były), ze
wsparciem ekspertów międzynarodowych (szczególnie z NATO). Zwłaszcza po
wypowiedzi prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w pierwszych dniach po katastrofie,
który powiedział, że śledztwo będzie prowadzić komisja wspólna. Skutek tego jest
taki, iż nastąpiło oddanie całego śledztwa w ręce Rosji. Błędem było także
przyjęcie za podstawę badania tej katastrofy konwencji chicagowskiej, a w
zasadzie tylko jej 13. załącznika. Dotyczy on bowiem samolotów pasażerskich
cywilnych, a nasz był samolotem rządowym i wojskowym. Tak więc już na wstępie
postawiono nas na pozycji straconej, bez możliwości odwołania się od decyzji
raportu komisji MAK. Nieadekwatna była też reakcja na raport MAK. Wspomnieć
należy w tym miejscu także brak empatii i zrozumienia dla tej części rodaków,
którzy wyjątkowo silnie przeżywali traumę po tragedii smoleńskiej, oraz
przyzwolenie na obrażanie ich i bezczeszczenie krzyża ustawionego przed Pałacem
Prezydenckim.
Przepraszam za pytanie, ale jedna z gazet pisała kilka miesięcy temu o
Pańskiej wielkiej przyjaźni z polskim akredytowanym przy MAK, która miała
rzekomo przekładać się na "gwarancję determinacji i uporu w wyjaśnieniu
okoliczności smoleńskiego dramatu", teraz wyczuwam pewne rozgoryczenie. Czyżby
niespełnienie przez pułkownika powierzonego mu zadania zaszkodziło tej
znajomości?
– Pani redaktor, ja też te informacje czytałem w "Gazecie Wyborczej", która
posunęła się nawet do stwierdzeń, że poprzez Siostrę "załatwiłem" panu Klichowi
stanowisko przewodniczącego Cywilnej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.
Tymczasem ja płk. Klicha nigdy osobiście nie spotkałem i nigdy nawet z nim nie
rozmawiałem. We wspomnianej gazecie powołano się na niby-wywiad, który miała ze
mną przeprowadzić "Polityka". Co ciekawe, ja z żadnym z ich dziennikarzy nie
rozmawiałem i rozmawiać nie zamierzam. Tak więc to dobitnie pokazuje sposób, w
jaki te gazety przedstawiają informacje.
Skoro już mówimy o raporcie MAK, jak Pan ocenia ten dokument?
– Mogę o nim powiedzieć tylko tyle, że jest tendencyjny i jednostronny. Przede
wszystkim zaś nie jest kompletny. MAK nadmiernie eksponował problem niskiego
poziomu wyszkolenia polskich pilotów, przy śladowym potraktowaniu pracy
rosyjskich kontrolerów lotu. Ten niski poziom wyszkolenia miał być jedną z
głównych przyczyn katastrofy. Ale spójrzmy na ten problem z drugiej strony. Otóż
nawet najlepiej wyszkolony pilot, mający optymalną praktykę, wprowadzony w błąd
jest bez szans. Ponadto MAK dopuścił się rzeczy niedopuszczalnych, w tym m.in.
niegodziwości, imputując pijaństwo gen. Błasikowi, który przecież nie był
członkiem załogi, oraz okrucieństwa, gdy wyemitował głosy delegacji znajdującej
się na pokładzie samolotu w momencie katastrofy. Raport MAK to był policzek
wymierzony premierowi Tuskowi, który z taką ufnością i przekonaniem o dobrej
współpracy składał śledztwo w ręce Rosjan. Ten policzek odczuliśmy też my
wszyscy w kraju, a także rodacy za granicą. Podsumowując, MAK działa przede
wszystkim we własnym interesie, gdyż podlegają mu wszystkie zakłady, które
robiły remont Tu-154M i dopuszczały tę maszynę do użytku.
Rosjanie wycofują się teraz z eksploatacji tych samolotów. Nie podważa to w
jakiś sposób wiarygodności raportu?
– Z tym zaleceniem wycofania i z katastrofami to wszystko prawda. Ale ta teoria,
którą Rosjanie forsowali od samego początku, by zatuszować prawdę, poszła już w
świat i wryła się w świadomości. Jak widzimy, rosyjska propaganda działa bez
zarzutu (Związek Sowiecki w dwóch rzeczach nie żałował pieniędzy – w uzbrojenie
i właśnie w propagandę i są tego rezultaty).
Jak w kontekście sposobu prowadzenia śledztwa ocenia Pan decyzję o wycofaniu
płk. Grochowskiego ze Smoleńska i zastąpienia go płk. Klichem?
– Na pytania o śledztwo nie będę odpowiadał, gdyż to oceniać będą inni. Jestem
pracownikiem Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych i muszę przestrzegać zasad.
A one mówią, że nie można wypowiadać się na temat śledztwa przed jego
zakończeniem. Nie wykluczam jednak, że zajmę stanowisko, gdy zobaczę, co na
temat katastrofy powie komisja Jerzego Millera. Mogę powiedzieć pani tylko tyle,
że na samym początku Rosjanie i Polacy zaczęli wspólnie badać katastrofę.
Dopiero później coś się stało, że odeszli od tego i powołali zupełnie nowych
ludzi do komisji.
Można po kilku dniach zmieniać skład komisji badającej?
– No nie. To nie był zwykły wypadek. Ten wypadek był niestandardowy, i dlatego
powinna go badać wspólna polsko-rosyjska komisja. I aby nie było żadnych
niedomówień, powinni go badać także eksperci międzynarodowi. Bo zginął Prezydent
państwa z gronem wybitnych ludzi.
Czy polscy eksperci są w stanie – na podstawie danych, którymi dysponują –
odkryć prawdę o tej największej w powojennej historii Polski katastrofie?
– My możemy stawiać teoretycznie każdą hipotezę, ale w sądzie itp. trzeba już
mieć materialne dowody. Tymczasem te są w Rosji, łącznie z tzw. czarnymi
skrzynkami. Jeśli się więc wszystko oddało Rosji i jesteśmy jedynie petentami,
to nic się nie zrobi. Nad katastrofą smoleńską będzie taka sama mgła, jaką
spowita była katastrofa gibraltarska. I możemy snuć jedynie domysły i
przypuszczenia, jeśli nie mamy wspomnianych już materialnych dowodów. Jeśli
chodzi o katastrofę gibraltarską, to gdyby nie było tajemnicy w tej sprawie,
wówczas Anglicy nie utajniliby na 100 lat dokumentów. Wracając jeszcze do
katastrofy smoleńskiej, to podstawowym dowodem jest samolot, który powinien
zostać zabrany z miejsca katastrofy po dokładnym wykonaniu oględzin na miejscu,
sporządzeniu szkiców i dokumentacji rozłożenia szczątków samolotu na tle terenu,
a następnie szczątki samolotu powinny być badane w pomieszczeniu zamkniętym,
czyli hangarze. Tymczasem Rosjanie zrobili wszystko, aby wrak jak najdłużej
leżał i niszczał. Poza tym do tej pory nie wiadomo, gdzie jest około jednej
trzeciej jego konstrukcji.
Dziękuję za rozmowę.
