Powrót na Siewiernyj

Komisja Jerzego Millera może się odrodzić w nowym kształcie i zacząć pracę
od początku. Stanie się tak, jeśli stenogramy z ekspertyzy fonoskopijnej
rejestratora głosowego CVR z samolotu Tu-154M, które analizuje prokuratura,
przyniosą nieznane dotąd fakty dotyczące przyczyn katastrofy

Badanie może wznowić nowa komisja, której powołanie umożliwiają zapisy
znowelizowanej we wrześniu ustawy Prawo lotnicze. – Komisja Jerzego Millera
zakończyła swoją działalność publikacją raportu. Spadkobiercą prawnym tej
komisji jest Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Prawo lotnicze przewiduje
utworzenie w nowym roku stałej komisji w tym inspektoracie, która będzie badała
wypadki lotnicze. Myślę, że to oni będą podejmować decyzje w tym zakresie – mówi
w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr inż. Maciej Lasek, wiceszef Komisji Badania
Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Zaznacza, że decyzje te będą dotyczyć
również składu zespołu, który nie musi być tożsamy z komisją Millera. Będzie go
ustalał szef Inspektoratu lub minister obrony narodowej.
Czy prokuratura ujawni stenogramy z ekspertyzy fonoskopijnej i uzna ten materiał
za ostatecznie wiążący, nie wiadomo. – Wszystko zależy od prokuratora –
referenta śledztwa, on będzie decydował, czy ujawniać, w jakim trybie i w jakim
zakresie – tłumaczy płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy Naczelnego Prokuratora
Wojskowego. Nie podaje, co zawiera ekspertyza. Czy prokuratura uzna ją za
ostateczną? Biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych pracowali przecież na kopii. Z
nieoficjalnych informacji wynika, że eksperci odczytali już kilkadziesiąt nowych
słów. Większość z nich to doprecyzowane zwroty dotyczące np. wysokości czy
kursu, przekazywane między członkami załogi. Odczytano również szerzej fragment
rozmowy w kokpicie. Nie dotyczy ona jednak bezpośrednio momentu podchodzenia do
lądowania, ale "generała, który latał za wielką wodę". Z nieoficjalnych ustaleń
wynika też, że biegłym udało się, poza odczytaniem nowych słów, dopasować
poszczególne zwroty do konkretnych osób.
Pierwsze zapisy rozmów z kokpitu Tu-154M ujawniło polskie Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych i Administracji na początku czerwca 2010 r., publikując wyniki prac
rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Znacząca część nagrań okazała
się jednak wówczas nieczytelna. Wojskowa prokuratura okręgowa zdecydowała wtedy,
że kopie nagrań głosów z kabiny Tu-154M zbadają biegli z Instytutu Ekspertyz
Sądowych w Krakowie. Materiały trafiły tam na początku czerwca 2010 roku. Były
jednak pewne perturbacje – okazało się, że w zapisie brakuje około 17 sekund
nagrania (minister Jerzy Miller poleciał do Moskwy, by wykonać kolejną kopię;
jednak i ta nie była idealna, gdyż na nagranie nałożyły się zakłócenia z sieci
zasilającej sprzęt kopiujący).
Po ogłoszeniu przez MAK raportu końcowego i przekazaniu oryginalnych nośników do
Komitetu Śledczego FR polscy śledczy uznali, że krakowscy eksperci będą mogli –
we współpracy z rosyjskimi śledczymi – przeprowadzić badania zapisów skrzynki.
Przetłumaczone protokoły badań przeprowadzonych w Moskwie trafiły do IES w
październiku. Prace biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. dr. Jana Sehna w
Krakowie trwały półtora roku.
– Im więcej czasu poświęca się na dokonanie analizy, tym ta analiza jest
dokładniejsza. Ekspertyza Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego,
wykonywana na zlecenie komisji Millera, w sposób wystarczający do zakończenia
badania pozwoliła opisać to, co działo się w kabinie. Nie wiem, czy Instytut
przeprowadził analizę również tego, co było na wieży, czy też tylko tego, co
było w kokpicie, ale pracowali co najmniej pół roku dłużej. Mieli więcej czasu
na przeprowadzenie swojej ekspertyzy i być może zaowocuje to doprecyzowaniem,
czyli dopisaniem poszczególnych słów, które w opublikowanym przez nas
stenogramie nie były przyporządkowane poszczególnym osobom – zaznacza Maciej
Lasek, wiceprzewodniczący tzw. komisji Jerzego Millera badającej przyczyny
katastrofy smoleńskiej. W jego ocenie, może chodzić m.in. o słowa wypowiedziane
podczas wejścia do kokpitu – członkowie komisji nie ustalili, kto je wypowiada.
Lasek przyznał też, że jeśli na odczytanych taśmach pojawią się nowe, istotne
fakty mające znaczący wpływ na określone przyczyny lub okoliczności katastrofy,
jej badanie może być wznowione przez nową komisję, której powołanie umożliwiają
zapisy znowelizowanego we wrześniu prawa lotniczego. Komisja Millera korzystała
nie tylko z analiz Centralnego Biura Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji,
ale też z ekspertyz przeprowadzonych z odsłuchów, których polscy specjaliści
dokonali w Moskwie. Jak relacjonował w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ppłk
Sławomir Michalak, członek Komisji Badania Wypadków Lotniczych i Komisji Badania
Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, jakość nagrania nie była najlepsza z
powodu szumu w kabinie, odsłuch prowadzono w zwykłym pomieszczeniu biurowym –
nie zdołano wtedy wychwycić istotnej informacji, a mianowicie tego, że dowódca
załogi jako pierwszy powiedział "odchodzimy". Istotne jest to, że w Moskwie nie
było polskiego specjalisty od akustyki. Michalak zaznaczał, że problem nie leży
w deszyfracji danych rejestratorów, lecz w interpretacji wyników. – Sama
deszyfracja sprowadza się do odczytu i przypisania wartościom kodowym wartości
fizycznych poszczególnych parametrów. Tu ten problem nie wystąpił. Nośnik nie
został zniszczony, nie było uszkodzenia rejestratora, pocięcia taśmy –
akcentował. Z jego relacji wynika, że wszelkie działania związane z deponowaniem
skrzynek w rosyjskim sejfie, wyjmowaniem ich i odczytem danych były
protokołowane przez stronę rosyjską. Dokumenty te znajdują się nadal w Moskwie,
również zgrania taśmy na dysk komputerowy dokonali Rosjanie. O zabezpieczaniu
rejestratorów tupolewa mówił też inny ekspert komisji Waldemar Targalski, który
do Smoleńska przyleciał jeszcze 10 kwietnia wieczorem. Wedle jego relacji,
rejestratorów pilnował rosyjski wartownik. Skrzynki zostały sfotografowane i po
konsultacji z płk. Edmundem Klichem zapakowano je do pudeł i zaplombowano.
Następnie zostały zawiezione do siedziby moskiewskiej siedziby MAK i tam
zdeponowane. Z wypowiedzi ppłk. Michalaka wynika, że decyzję o przewiezieniu
rejestratorów do Moskwy podjęto na konferencji Władimira Putina, na której był
obecny także płk Klich.

Pełnomocnicy: Nie oczekujemy zbyt wiele
Z ekspertyzą fonoskopijną CVR, jaką od dwóch dni dysponuje prokuratura,
zamierzają zapoznać się też pełnomocnicy rodzin smoleńskich, którzy zachowują
jednak pewien sceptycyzm. – Nie sądzę, by znalazły się tam jakieś sensacyjne
informacje. Najwyżej potwierdzą one te informacje, które już mieliśmy. A więc że
nie było żadnych nacisków ze strony pana generała Błasika czy pana prezydenta
Kaczyńskiego. Mogą być doprecyzowane pewne wypowiedzi generała Błasika w tym
aspekcie, że prawidłowo odczytywał parametry wysokościomierza barycznego – mówią
prawnicy. – Nie można pojawienia się tej ekspertyzy zbyć komentarzem, że
odczytano tylko kilka nowych słów. Tam każde słowo, każdy dźwięk, wszystko, co
się nagrało, ma znaczenie kluczowe – mówi Dariusz Fedorowicz, brat
prezydenckiego tłumacza Aleksandra Fedorowicza, który zginął na Siewiernym. –
Zdaję sobie sprawę, że praca na kopii nie ma takiej wartości jak praca na
materiale źródłowym. Dopóki więc nie będziemy mieli dostępu do całości materiału
dowodowego, do całości nagrań i wraku samolotu, musimy bardzo rzetelnie i
wnikliwie tę sprawę analizować i patrzeć na ręce prokuratury. Dla nas każde nowe
ustalenia to rozdrapywanie ran, które mogą się zagoić tylko po dojściu do pełnej
prawdy – dodaje. Na początku przyszłego roku w sprawie ekspertyzy wypowie się
też parlamentarny zespół ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Na
posiedzenie zespołu zostali zaproszeni naczelny prokurator wojskowy gen.
Krzysztof Parulski oraz okręgowy prokurator wojskowy płk Ireneusz Szeląg.
Prokuratura twierdzi, że żadnych zaproszeń obaj prokuratorzy nie otrzymali.

 

Anna Ambroziak

drukuj