Powiedzcie Polsce…

Pierwszy i, daj Boże, ostatni raz w życiu przyjąłem defiladę żołnierzy bez butów. Uparli się, że chcą maszerować. Chcą pokazać bolszewikom, że bosymi, poranionymi nogami potrafią na piasku wybić takt wojskowy jako początek swego marszu do Polski.

generał Władysław Anders

Jedna… dwie… trzy godziny. Zanim podejdziemy do lądowania, zdążę przestawić czas na miejscowy. Mała wskazówka zegarka szybko pokonuje drogę na cyferblacie. Z piątki na ósemkę. Z Polski do Uzbekistanu. Ponad pięć i pół tysiąca kilometrów. Ta podróż wygląda inaczej niż wtedy, 65 lat temu…

– Jechaliśmy tygodniami w bydlęcych wagonach, a teraz lecimy luksusowym samolotem – wspomina pani Maria Gabiniewicz. Jej przyjaciółka Halina Przybojewska także nie kryje wzruszenia. W Uzbekistanie po raz pierwszy i ostatni była w 1942 roku jako małe dziecko.

– Nie myślałam, że jeszcze kiedyś tam pojadę. Jestem bardzo wzruszona – wyznaje. Obie przeszły istne piekło. Mała Halinka trafiła do sierocińca. – Mama zmarła koło Buchaczycza, nie mam nawet metryki śmierci, dziko została pochowana, chowało się bardzo głęboko, żeby szakale nie wyciągnęły zwłok, więc była zawinięta w prześcieradło i tam pochowana.

Marysia straciła ojca. Nawet nie wie, gdzie spoczywa. – Cała ta ogromna przestrzeń Sowietów jest miejscem, gdzie w myślach, w modlitwie szukam mego taty – mówi pani Maria Gabiniewicz.

Szukają też inni. Waleria Turowska z Gliwic przyjechała z bratem, Daniela Szydło z synem Ryszardem, jest pan Wiesław Haciski wywieziony w 1942 roku do ZSRS, Janina Garaszczuk i Alicja Zmaczyńska, której ojciec porucznik Stanisław Lesiak po I wojnie światowej był sztabowcem u generała Hallera.

Na pokładzie samolotu nie brakuje Polaków z zagranicy. Pani Teresa Boyes przyjechała z Anglii, a pan Franciszek Iwańczuk z bratem Józefem, specjalnie z Kanady. „Nie tylko ja płaczę, ale i niebo płacze…” – powie mi później na cmentarzu w Guzar, chwilę po odnalezieniu grobu swojego taty.

Miejsce spoczynku swojego ojca przyjechał także odszukać pan Marian Olszak z Warszawy. Jego ojciec – Jan, wstąpił do Armii Andersa, zmarł w 1942 roku. Dziś, w roku pamięci wielkiego generała w to miejsce jedzie jego syn. – Jadę odwiedzić swego tatusia… – głos pana Mariana drży – …i chcę go pozdrowić od całej rodziny.

Poszukiwania trwają już ponad 65 lat. Właśnie wtedy, na mocy „amnestii” ogłoszonej przez rząd sowiecki w sierpniu 1941 roku dla więzionych w Związku Sowieckim Polaków zaczęto tworzyć Polskie Siły Zbrojne na wschodzie. Ich dowódcą został wypuszczony z Łubianki generał Władysław Anders. Przyszły bohater spod Monte Cassino tak wspominał te chwile:

„Kiedy przystąpiłem do tworzenia armii ze wszystkich stron Związku Sowieckiego ściągać zaczęli byli więźniowie i zesłańcy do miejsca postoju pierwszych jednostek. Mieli nieraz do przebycia wiele tysięcy kilometrów. (…) Codziennie do oddziałów naszych docierali nędzarze osłonięci łachmanami goniąc resztkami sił i zdrowia. Mieli za sobą 2 lata niewoli i poniżenia przymusowej pracy ponad siły, widok śmierci swoich najbliższych, znajdując się tysiące kilometrów od domów i kraju rodzinnego, w atmosferze terroru moralnego, który odmawiał im prawa do własnej narodowości, religii, cywilizacji. (…) 14 września wjechałem do obozu w Tockom. (…) Do końca życia nie zapomnę ich wyglądu. Ogromna część bez butów i koszul. Wszyscy właściwie w łachmanach, częściowo w strzępach starych mundurów polskich, wychudli jak szkielety. Większość pokryta wrzodami od awitaminozy. Ale, ku zdumieniu towarzyszących mi bolszewików z generałem Żukowem na czele, wszyscy byli ogoleni. I cóż za wspaniała, żołnierska postawa (…)”.

Olbrzymi biało-czerwony Tu – 154 M niczym orzeł pochyla się nad taszkienckim lotniskiem. Koła niespostrzeżenie dotykają ziemi. Jesteśmy na miejscu.

Uzbekistan

Uzbekistan to kraj położony w Azji Środkowej. Jest pozbawiony dostępu do morza. Łączna długość granic z poszczególnymi sąsiadami wynosi ponad 6 tysięcy kilometrów. Do największych miast należą: Taszkient, Samarkanda, Namangan, Andiżan, Buchara, Fergana, Chiwa. W czasie, gdy powstawała Armia Andersa, Uzbekistan był częścią Imperium Sowieckiego. 16 lat temu, 31 sierpnia 1991 roku, ogłoszono deklarację niepodległości.

Staraniem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa na terenie Uzbekistanu odbudowano 11 polskich cmentarzy. Jak zaznacza sekretarz rady Andrzej Przewoźnik, spoczywa na nich ponad 3 tysiące Polaków.

– To cmentarze, na których zostali pochowani żołnierze Armii Polskiej formowanej w Związku Sowieckim przez generała Andersa, a także ludność cywilna, ci, którzy cudem wydostali się z łagrów sowieckich – wyjaśnia Andrzej Przewoźnik. Największy z cmentarzy znajduje się w Guzar. Tu pochowano blisko 700 bohaterów Armii Andersa. Dziś po raz pierwszy po 65 latach stanie na nim polskie wojsko.

– Jesteśmy im to winni, żeby tu przyjechać i oddać im hołd, żeby te miejsca nie uległy zapomnieniu, i aby następne pokolenia mogły tu przyjechać i cząstkę tej polskości na tej ziemi znaleźć – dowódca Garnizonu Warszawa generał brygady Kazimierz Gilarski wie, co czują żołnierze.

– Dumę i zadumę – dopowiada podpułkownik Roman Januszewski z Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. To samo czuję w trakcie nabożeństwa dziękczynnego za dusze pochowanych Polaków. W kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa wraz z wiernymi modlą się ksiądz biskup Jerzy Maculewicz, administrator apostolski w Uzbekistanie oraz biskup polowy Wojska Polskiego ksiądz generał Tadeusz Płoski. „Dusze sprawiedliwych są w rękach Boga i nie dosięgnie ich męka”… Słowa głęboko zapadają w duszę. Wracam myślami do tych, co umarli. Nie podczas walki, a z chorób i wycieńczenia. Wtedy, gdy ginęli, też o nich pamiętano. Współtowarzysze niedoli stawiali im skromne pomniki. Tak jak w Kanimech… „Tu spoczywają z tęsknotą w duszy, zwróceni oczyma ku dalekiej Ojczyźnie zmarli R.P. 1942 żołnierze polscy 7 Dyw. Piechoty”.

…czy w Kermine… „Strudzeni w drodze do Polski zostaliśmy tutaj. Wy, którzy dojdziecie, powiedzcie Ojczyźnie, żeśmy swój obowiązek do końca wypełnili”.

Tra – ta – ta – ta – ta – ta – ta – ta… z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk żołnierskiej trąbki. Po poświęceniu i złożeniu kwiatów pamiątkową tablicę księża biskupi posypują ziemią przywiezioną z Katynia. Przechodzimy pod pomnik. Pojawiają się kwiaty. Polskie kwiaty. Zapalone znicze ożywiają napis:

„W hołdzie tysiącom Polaków żołnierzom Armii Polskiej na Wschodzie gen. Władysława Andersa i osobom cywilnym byłym jeńcom więźniom sowieckich łagrów zmarłym w drodze do Ojczyzny w 1942 r. spoczywającym w uzbeckiej ziemi cześć ich pamięci Rzeczpospolita Polska 2002 rok”.

Uzbecka orkiestra wojskowa gra „Mazurka Dąbrowskiego”. Trochę za wolno, ale to nie ważne. „Jeszcze Polska nie zginęła…”. Polskie dzieci w ludowych strojach składają kwiaty. Podchodzę do księdza biskupa Jerzego Maculewicza. Polacy są jedną wielką rodziną.

– Ten, kto żyje daleko od kraju, niezależnie od tego, gdzie jest, jeśli czuje się w sercu Polakiem i jest związany z polską kulturą, nigdy nie jest sam i wszędzie odnajduje Polaków. Niezależnie od tysięcy kilometrów może czuć się zjednoczony z tymi, którzy mieszkają na polskiej ziemi – mówi ksiądz biskup, który mimo młodego wieku jest Sybirakiem. Na zesłaniu przeżył dwa pierwsze lata swojego życia.

Kątem oka spostrzegam panią Halinę Przybojewską. – Co czuje pani w duszy? – pytam delikatnie. – Cieszę się, że przyjechałam. Pani Maria Gabiniewicz dodaje: – Będę często tu wracać myślą, modlitwą. Tu żyje też Polska.

Jest też pani Waleria z bratem. Wysoki, barczysty mężczyzna. Widać, że myśl o ojcu nie daje mu spokoju. – W Guzar ojciec poszedł na patrol i już nie wrócił – zginął.

– Obawia się pan jutrzejszego dnia – zdobywam się na odwagę. – Trochę będzie smutno, jest trochę obawa. Następnego dnia w autokarze pokaże mi tabliczkę „Śp. Leon Ostrowski 17.06.1903 – 16.03.1942 – zawsze w sercu – córka syn z rodzinami”. W Guzar pozostawią ją pod pomnikiem. Grobu ojca, przynajmniej na razie, nie odnajdą…


Wieźli nas w bydlęcych wagonach


Kolumna aut przemierza drogę z Karszi do Guzar. Na czele delegacja rządowa z szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego Władysławem Stasiakiem i wiceministrem obrony narodowej Jackiem Kotasem. Jedziemy w autokarze z rodzinami. Miejscowi pozdrawiają nas machaniem rąk. Odpowiadamy. Idę na tył pojazdu. Razem z Danielą Szydło siedzi pani Teresa Boyes z Anglii. Jeden jej dziadek jest pochowany w Szokpak w Kazachstanie, drugi zginął podczas wywózki i nie wiadomo, gdzie spoczywa. Rodzice pani Teresy nie mogli przyjechać. Ta podróż jest dla niej ogromnym przeżyciem. – Dla mnie to jest duża rzecz, ale to dla rodziców, bo sami nie mogli przyjechać – pani Teresa bardzo dobrze mówi po polsku, choć wyczuwam charakterystyczny brytyjski akcent. Urodziła się w Anglii. Mimo to czuję, że ma polskie serce. – Rodzice są w Anglii, będą oglądali w telewizji Trwam, tam, gdzie mieszkamy, jest dużo Polaków – tłumaczy. Wymieniamy się adresami.

Siedząca obok pani Teresy pani Daniela Szydło wraca myślami do przeszłości. – Moja mamusia zmarła w Samarkandzie w 1942 roku. Chciałabym zobaczyć to miejsce. Nie będziemy tam, ale będziemy przejeżdżać – wzdycha. Zostawiam panie sam na sam ze wspomnieniami. – To piękne – uśmiecha się siedzący za nimi pan Wiesław Haciski, który w czasie wojny został wywieziony do ZSRS. – Wrażenia, dużo wspomnień, wszystko to wraca. Dziękuję Bogu, że mogłem tu przyjechać – dodaje. Rozmawiamy. Pan Wiesław opowiada o swojej rodzinie. Nagle w autobusie poruszenie. Pani Daniela woła swojego syna. – Rysiu! – takimi wagonami nas wieźli do Rosji, sfotografuj. – To są węglarki – dopowiada ktoś z boku. – Podobne – myśmy bydlęcymi jechali. O taki, dokładnie taki, z jednym okienkiem. 65 lat temu takimi wagonami wieziono miliony Polaków. Przechodzę do przodu. Ktoś w ręku ściska przywieziony z Polski kwiatek. Już niedaleko…

Kolumna staje. Patrzę na twarze. Skupione, pełne nadziei. Za chwilę niektórzy spotkają najbliższych. „Po 65 latach” – myślę.


Was wzywam… Stańcie do apelu!


– Znalazłam, znalazłam – kobiecy szloch przerywa ciszę. Janina Garaszczuk pochyla się nad tablicą. – Tutaj właśnie jest mój brat. Jestem bardzo wdzięczna, że po tylu latach mogłam zobaczyć, gdzie leży mój brat. Moi rodzice nie doczekali tego, jestem szczęśliwa.

– Ile lat minęło? – pytam. – Od 1942 roku. Brat miał 17 lat i poszedł do armii Andersa. Dopisał jeden rok, żeby się wyrwać. Był uczniem gimnazjalistą, nie doczekał wyjścia poza granice tego piekła i leży tu. Pani Janina wskazuje napis na płycie: „Strzelec Paweł Żupko – lat 19”. Zostawiam panią Janinę sam na sam z bratem. Obok stoi pani Alicja Zmaczyńska. Ona też znalazła. – Porucznik Stanisław Lesiak po 1 wojnie – był sztabowcem u Hallera.

Idę wzdłuż płyty. Jakieś 20 metrów dalej Józef Iwańczuk odnalazł grób ojca. – To bardzo wzruszające, bardzo. 67 lat nie widziałem ojca, a teraz jestem tu, na jego grobie. Zawsze mi się wydaje, że jestem z nim – mówi pan Józef. Oddalam się w milczeniu. Mężczyzna jak w półśnie wpatruje się w tablicę. Jego ojciec też śnił o Polsce. Kilka metrów obok stoi pan Marian Olszak. Mimo poszukiwań nie może odnaleźć mogiły bliskich.

Nagle z nieba niczym łzy spadają krople deszczu. Rozpoczyna się Eucharystia. Księża biskupi Jerzy Maculewicz i Tadeusz Płoski święcą cmentarz i znaczą ziemią przywiezioną z Katynia.

Traaach!!! – uderza grzmot. „Niebo oddaje salwę honorową bohaterom” – pomyślałem. Donośny żołnierski głos zwołuje swoich towarzyszy na apel.

„Wzywam Was – Rodacy, deportowani w głąb ZSRS… Was wzywam! Skazani na zesłanie na lodowate pustkowia Syberii oraz wygnani na rozpalone azjatyckie stepy, których jedyną winą była miłość do Polski…”. Czuję, jak przechodzi mnie dreszcz.

„Do was wołam! Mordowani w katowniach NKWD… Was wzywam! Żołnierze Wojska Polskiego zamordowani w Katyniu… Oddaliście życie za Polskę!”. Wrrrrrrrrrrrrr!!! – pałki z całą mocą uderzają w werbel, jakby chciały rozbić go na milion kawałków. Głos przywołuje towarzyszy broni.

„Was wzywam!… spoczywających w Jakkabag, Szachrisabz, Kanimech, Kitab… Oddaliście życie za Polskę!”.

Wrrrrrrrrrrrrr!!! – razem z żołnierzem na werblu gra deszcz. Dżdżyste krople coraz mocniej uderzają w instrument.

„Ciebie wzywam! – generale Władysławie Andersie, waleczny dowódco… Wzywam Was spoczywających tu, w Guzar, żołnierzy polskich, ludność cywilną i Was dzieci z Karkin Batasz – Doliny Śmierci… Wspólna łączyła Was myśl – Bóg, Honor, Ojczyzna…”.

Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!

„Cześć ich pamięci!” – krzyczy moje serce.

„Wasza walka i męczeństwo były wołaniem do świata, że jeszcze Polska nie zginęła!!!

Oddaliście życie za Polskę!!! Pamiętamy i pamiętać będziemy…”.

Wrrrrrr… wrrrrr… wrrrrrrrr!!!

Już nie wiem, kto mocniej uderza, czy żołnierz, czy krople z nieba.

Buuuum!!!

Salwa honorowa! Trzykrotnie w niebo ulatuje huk. Echo niesie daleko. Pod pomnikiem dzieci składają polne kwiaty. Pośród wieńców kartka. „Od Ireny Lamprycht – ojcu i dzieciom zmarłym w Karkin Batasz”.

Koło pomnika stoi Anna Walentynowicz. Jest wzruszona. – Uważam, że to będzie początek przełomu – mówi. – Że ludzie będą dla siebie przyjaźni, że tu, gdzie dokonało się ogromne zło, tak wielu ludzi zapłaciło cenę własnego życia, może stąd pójdzie ten dobry znak – ze słów suwnicowej ze Stoczni Gdańskiej bije nadzieja. Polska już nie raz dawała świadectwo całemu światu. Gdy walczyła podczas II wojny światowej, obalała komunizm, ale także wtedy, gdy do Domu Ojca odchodził Jan Paweł II. „Twórzcie solidarność ludzkich serc” – przychodzą mi na myśl jego słowa.

Biało-czerwony stalowy ptak wzbija się w powietrze. „Kurs na zachód. Polska”.

„Powiedzcie Jej…” – delikatny, wschodni wiaterek przynosi znajome słowa.

Powiemy… Na pewno…

Klaudiusz Pobudzin
drukuj