Półtora tysiąca ułanów
Z rotmistrzem Andrzejem Michalikiem, prezesem Stowarzyszenia Miłośników
Kawalerii im. 1. Pułku Ułanów Krechowieckich, rozmawia Maciej Walaszczyk
To Pan jest pomysłodawcą pokazów kawaleryjskich oraz rekonstrukcji
historycznej bitwy na polach Ossowa z sierpnia 1920 roku?
– Po raz pierwszy przyjechałem do Radzymina wraz z moimi kolegami w 1986 roku.
Byli to: Andrzej Kostrzewa, Jacek Rydz oraz kilku młodszych jeźdźców. Mieliśmy
wtedy kilka koni. Nikt nie wiedział wtedy o żadnej kawalerii i nikomu się
wówczas nie śniło, że można do tych tradycji w ten sposób nawiązywać. Mundury
wypożyczyliśmy z Łodzi, a przyjechaliśmy w barwach 11. Pułku Ułanów Legionowych,
ponieważ dziadek Kostrzewy służył właśnie w tej jednostce. I od tamtego czasu
zaczęliśmy się tym zajmować, choć była to jeszcze głęboka komuna.
Władza nie przeszkadzała?
– Nie obywało się bez pewnych szykan. Ale nie były one aż tak dotkliwe.
Była publiczność i zainteresowanie?
– Oczywiście, bo tutaj już wówczas odprawiane były Msze Święte, ale z okazji
przypadającego 15 sierpnia święta Matki Bożej Zielnej, jak to się wtedy
określało. Trzeba było więc święto narodowe w ten sposób zakamuflować.
Proboszczem parafii w Kobyłce był wówczas ks. Kazimierz Konowrocki, a w
Wołominie ks. Jan Sikora, dzisiaj już staruszek. To dzięki ich działalności
duszpasterskiej i patriotycznej pamięć o Bitwie Warszawskiej i zwycięstwie,
którego świadkiem była ta ziemia, zachowała się w tych czasach. Jeżeli miałem
takich duchowych przewodników, a także swojego nauczyciela historii, to również
we mnie narodziła się pasja historyczna i patriotyzm. To oni tę miłość
zaszczepili. Poza tym korzenie mojej rodziny sięgają dokładnie terenów Turów –
Ossów, to musiało się tak skończyć.
A jak jest z zainteresowaniem publiczności? Frekwencja rośnie z roku na rok?
– Co roku przychodzi tutaj coraz więcej osób. Dwa lata temu byłem pełen obaw. Bo
przez lata w momencie rozpoczęcia rekonstrukcji mieliśmy oberwanie chmury. Wtedy
podobnie, rano było bardzo pochmurno, deszcz popadał i byłem załamany: klapa,
będzie klapa. Aż tutaj cud, słońce wyszło, niebo się rozchmurzyło, a
rekonstrukcję obejrzało ponad 20 tys. ludzi. Nie było gdzie palca wcisnąć.
Dzisiaj było z pewnością kilkanaście tysięcy osób.
Mówił Pan, komentując zawody, że początkowo dominowali na nich zawodowi
żołnierze, ale ostatnio dorównują im również amatorzy z grup rekonstrukcyjnych
kultywujących tradycje pułków kawaleryjskich. Ten ruch też się rozwija?
– Jest coraz większy. Gdyby były takie możliwości, to jesteśmy w stanie na dzień
dzisiejszy postawić tutaj około 1,5 tys. szabel. Na koniach, w pełnym
umundurowaniu i uzbrojeniu. Tylu w Polsce jest ludzi, którzy szyją mundury,
zamawiają repliki szabli i trenują.
I odbudowano w tej formie wszystkie przedwojenne formacje kawaleryjskie?
– Praktycznie wszystkie pułki są odtworzone. Przed wojną było w Polsce 27 pułków
ułańskich, 3 szwoleżerskie i 110 pułków strzelców konnych. Poziom jest coraz
lepszy. Jeżeli podczas konkursu na 2 tys. możliwych punktów zdobywa się 1,8 tys.
jedną sekcją, to poziom musi być duży. W tym roku zwyciężyło Stowarzyszenie
Ziemi Zarębskiej Zaręby Kościelne w barwach 10. Pułku Ułanów Litewskich. To są
młode chłopaki, pojawiają się u nas od kilku lat i widzę, jak się rozwijają.
Poziom ujeżdżenia, władania szablą, lancą idzie zdecydowanie w górę.
Dziękuję za rozmowę.
