Polityka zagraniczna: dwie orientacje

W ładzie światowym ukształtowanym po przemianach 1989 roku następuje bardzo głęboka korekta. Rosja po okresie „wielkiej smuty” wraca do gry przy głównym stole i na „tradycyjnie” uznawanych za swoje terenach zaczyna tworzyć skonsolidowaną strefę wpływów. USA po dwóch dekadach światowej dominacji przestają pełnić funkcję „strażnika rezerwatu światowego” i tracą status hipermocarstwa. Pozycję Ameryki podkopały porażki w Iraku i Afganistanie, kryzys finansowy, nie najlepsza kondycja amerykańskiej gospodarki i upadek mitu globalnego imperium kapitałowego. Świat z modelu jednobiegunowego zmierza w stronę układu wielobiegunowego, w którym nadal bardzo ważną rolę odrywają Stany Zjednoczone, ale także Unia Europejska, Rosja, Chiny oraz Indie, Japonia i Brazylia.

Zachodzące zmiany geopolityczne wymagają dużej czujności i roztropności. Tymczasem trudno nie zauważyć, że nasza polityka zagraniczna jest chaotyczna, brak jej długookresowej perspektywy i strategii. W zależności od tego, kto rządzi, zmieniają się tak zwane priorytety, które są wytyczane doraźnymi celami, a nie długofalową doktryną i całościowym spojrzeniem. Wobec skali wyzwań polityka polska powinna być realistyczna, spójna, odpowiedzialna i skoordynowana. Czy taka jest i czy jest zgodna z polskim interesem narodowym?


POPiSowe podobieństwa i różnice


Spory między rządem a prezydentem o nominacje dla ambasadorów, kłótnie kompetencyjne, kto ma reprezentować Polskę na szczytach Unii Europejskiej, wzajemne oskarżenia o ustępliwość wobec Moskwy, Brukseli i Waszyngtonu, rywalizacja o to, kto lepiej dba o polskie interesy przy okazji negocjacji z Amerykanami w sprawie tarczy antyrakietowej, czy wreszcie rozgrywki polityczne wokół wyprawy prezydenta do Gruzji i podróży dalekowschodniej oraz niedoszłego spotkania z cesarzem Japonii najlepiej świadczą o tym, że między najważniejszymi ośrodkami władzy ostro iskrzy. Wynika z tego kilka wniosków: po pierwsze, że są różne polityki zagraniczne, po drugie, że polityka zagraniczna jest podporządkowana bieżącym rozgrywkom politycznym, i po trzecie, że styl i sposób, w jaki jest obecnie uprawiana polityka zagraniczna, osłabia Polskę i szkodzi naszym interesom narodowym. Przy czym to nie jest tak, jak chcą zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości i Lecha Kaczyńskiego, że PiS i prezydent są „biali”, a „czarna” jest Platforma Obywatelska i Donald Tusk. Nie jest też odwrotnie, że dobra jest PO i premier, a wszelkie zło pochodzi od braci Kaczyńskich.

Ocena obecnej polityki zagranicznej nie jest zero-jedynkowa, ponieważ PO i PiS w sprawach zasadniczych dla naszej przyszłości, takich jak np. traktat lizboński, są zgodne. Oficjalnie przedstawiciele obu środowisk twierdzą, że eurotraktat jest korzystny dla Polski i solidarnie głosowały w Sejmie za jego ratyfikacją. Przedstawiciele obu partii twierdzą też, że gdyby został wprowadzony w życie, to byłoby lepiej, bo wtedy byłaby jedna europejska polityka zagraniczna i np. spory z Rosją łatwiej byłoby rozwiązywać. Nie dodają jednak pewnej „oczywistej oczywistości”, że jeśli traktat wszedłby w życie, to nasza pozycja w Unii byłaby znacznie słabsza. Zostalibyśmy przyłączeni do nowego państwa o nazwie Unia Europejska i zepchnięci z pozycji kraju B na pozycję kraju C. Musielibyśmy się podporządkować ustalonym przez dyrektoriat Niemiec i Francji kierunkom polityki zagranicznej, które solidarność europejską traktują czysto instrumentalnie i chętnie się dogadają z Moskwą kosztem Polski. Bo przecież niemożliwe byłoby, aby wspólna polityka zagraniczna UE nie była pod kontrolą najsilniejszych państw Unii i ściśle podporządkowana ich interesom. Skandaliczna wypowiedź Nicolasa Sarkozy’ego, w której przyłączył się do stanowiska Rosji potępiającej plany Pentagonu w sprawie rozmieszczenia tarczy antyrakietowej w centralnej Europie i deprecjonująca podpisane już umowy przez Czechy i Polskę, najlepiej pokazuje pogardliwy stosunek prezydenta Francji do mniejszych krajów.

Obie partie są za wprowadzeniem w Polsce waluty europejskiej. Oderwany, na użytek wyborczy, spór ma jedynie charakter propagandowy (by uwidocznić pozorne różnice) i taktyczny. Bo przecież nie jest tak, że PO jest za euro, a PiS za złotówką, ale obie partie chcą euro, a jedynie dyskutują o terminie wprowadzenia waluty europejskiej. Znamienne, że szalejący kryzys gospodarczy, mający znacznie poważniejszy charakter niż wynika z oficjalnych zapowiedzi, co przyznał sam premier Donald Tusk, i który ma wymiar nie tylko ekonomiczny, ale również kulturowy i cywilizacyjny, bo podważa postawę bezwzględnej żądzy zysku i konsumpcjonizm, nie skłania tak zwanych elit politycznych do głębszej refleksji. Co będzie dalej? Przecież kraje strefy euro już są w stanie recesji, która w przyszłym roku będzie się tylko nasilać, a te z krajów rozwijających się, które już są członkami eurolandu, rozwijają się o wiele wolniej niż kraje pozostające przy swoich narodowych walutach.

Różnice pewne jednak są, ponieważ inaczej są stawiane akcenty. Ośrodek prezydencki stawia na ścisłą współpracę z USA i rolę Polski postrzega jako „strategicznego” sojusznika Waszyngtonu odgrywającego rolę bufora między Rosją a Unią Europejską. Ameryka ma być panaceum na nasze trudne położenie między Rosją a Niemcami. Tyle że Berlin i Moskwa są blisko, a Stany Zjednoczone są daleko, coraz bardziej słabną, a poza tym nasza miłość do Wujka Sama jest jednostronna. USA traktują nas jak wygodnego „dywersanta” na terenach byłego ZSRS i Unii Europejskiej, ale w sytuacji, kiedy potrzebujemy konkretnych dowodów obopólnie korzystnej współpracy, to ich brak. Przedstawiciele krajów bałtyckich i Czesi już mogą podróżować do USA bez wiz, Polacy nadal nie. Polska tak bardzo zaangażowana w wojnę w Iraku nie została dopuszczona do kontraktów na odbudowę infrastruktury tego kraju. Generał Franciszek Gągor – bardzo dobry kandydat – nie został powołany na najważniejsze stanowisko wojskowe w NATO. Offset za zakup myśliwców F-16 (które są wyjątkowo awaryjne w eksploatacji) okazał się czystą fikcją. Umowa w sprawie tarczy antyrakietowej nie wiadomo, czy zostanie zrealizowana, bo prezydent elekt Obama jest ostrożny co do tego projektu. A polityczne koszty tego przedsięwzięcia – czyli pogorszenie stosunków z Rosją i Unią Europejską – już ponieśliśmy.


Problem Rosji


Polityka ośrodka prezydenckiego na Wschodzie wynika z pobudek patriotycznych, ale jest emocjonalna, romantyczna i – niestety – nieefektywna. Wynika to z przyjęcia sztywnego, dogmatycznego założenia, że Rosja jest naszym największym zagrożeniem i jedynie polityka konfrontacji ma sens. Ta polityka jest realizowana z tymi, którzy deklarują antyrosyjskość. Nasze działania dla Rosji nie są jednak groźne, bo i tak USA i UE będą współpracowały z Rosją, a Polska odgrywa rolę harcownika wypuszczonego na przedpole. Mało tego, im bardziej wymachujemy szabelką, tym lepiej Moskwa dogaduje się z Berlinem i Paryżem, oczywiście naszym kosztem. Brak jest dobrej polityki wobec UE i dlatego Rosja może mówić Niemcom i Francji: „Widzicie, z tymi Polakami nie można się dogadać, zawsze są na nie i nie wiadomo, o co im chodzi”. I zacieśnia się współpraca groźna dla Polski oparta na osi: Berlin (Paryż) – Moskwa.

Czy nam się to podoba, czy nie, ale paradoksalnie sytuacja jest taka, że siła Polski na arenie międzynarodowej jest ściśle uzależniona od naszych stosunków z Moskwą. Polska powinna zmierzać do tego, aby pomimo trudnych wzajemnych doświadczeń historycznych próbować szukać bardziej tego, co łączy, niż dzieli, i mieć lepsze stosunki z Moskwą, niż ma Berlin, oraz lepsze stosunki z Berlinem, niż ma z nim Moskwa. Konstruktywne stosunki z Rosją (co nie oznacza braku realizmu, uległości i naiwności) oraz pomysł dla Zachodu na relacje z Moskwą wzmacniałyby Polskę w stosunkach z partnerami europejskimi i ze Stanami Zjednoczonymi, a także z samą Moskwą. Złe stosunki z Moskwą osłabiają nas wobec partnerów zachodnich, bo zamiast wnoszenia wartości dodanej w stosunkach międzynarodowych, kojarzymy się z problemami. Poza tym ponosimy wymierne straty gospodarcze na rozległym rynku rosyjskim.

Faktem jest, że Europa ma problem z Rosją. Lecz obecnie Europa jest coraz słabsza, przede wszystkim poprzez zapaść demograficzną, nasilający się kryzys ekonomiczny, uzależnienie surowcowe i energetyczne, problemy społeczne, narodowościowe i religijne związane z coraz większą rzeszą emigrantów spoza naszego kontynentu. W tej sytuacji Europy po prostu nie stać na politykę konfrontacji z Rosją, z którą największe kraje starej Unii Europejskiej wolą robić dobre interesy. Pecunia non olet! Zatem wizja konfrontacyjna lansowana przez ośrodek prezydencki trafia w próżnię, nie ma szans na poparcie i prowadzi nas do izolacji i osamotnienia. Stany Zjednoczone też mają swoje problemy i Amerykanie nie będą umierali za Gdańsk, choć chętnie będą dla swoich interesów wykorzystywali nasze pokrzykiwania wojenne.

Szkoda, że zamiast rzetelnej dyskusji o tych sprawach mamy etykietowanie i nazywanie każdego, kto uważa, że powinniśmy budować konstruktywne relacje z Rosją mianem „agenta Moskwy”. Szkoda, że część elit politycznych nie podejmuje głębszej refleksji i nie wyciąga wniosków, że w obecnych realiach Europa jest skazana na współpracę gospodarczą z Rosją, choćby z racji uzależnienia w 50 procentach od dostaw gazu, i będzie się z nią dogadywała. Pytanie, czy z Polską, czy ponad Polską. Poza tym UE, podobnie jak USA, obawia się, by Moskwa nie zacieśniła jeszcze bardziej współpracy z Chinami. Dlatego samodzielny ostry kurs antyrosyjski trafia w próżnię, jest jałowy i nawet biorąc pod uwagę realną możliwość podporządkowania Rosji Białorusi i Ukrainy, może dla nas oznaczać ogromne kłopoty.

To prawda, że nasi sojusznicy w polityce wschodniej, np. Ukraina i Litwa, chętnie wykorzystują polskie zaangażowanie, ale nie przekłada się to na nasze interesy. Na przykład polska mniejszość w tych krajach jest jawnie dyskryminowana mimo „przyjacielskich” stosunków Lecha Kaczyńskiego z prezydentami Valdasem Adamkusem i Wiktorem Juszczenką. Można powiedzieć, że nasi rodacy z polskiej polityki wschodniej mają tyle pożytku, ile psy miały z lotu Łajki w kosmos. Z kolei prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili nadwyrężył nasz autorytet na arenie międzynarodowej, proponując prezydentowi Kaczyńskiemu rolę zwiadowcy i groteskową eskapadę na obszary ogarnięte konfliktem zbrojnym. Według większości obserwatorów, wątpliwa jest możliwość wejścia Ukrainy i Gruzji do NATO. Oczywiste jest, że powinniśmy wspierać aspiracje niepodległościowe byłych republik ZSRS, ale w inny sposób, bo ten, który wybrano, jest bardziej w interesie USA (które Polskę traktują jak doraźnie użyteczny kraj dywersancki) niż w naszym własnym. Jesteśmy zbyt małym krajem, aby samodzielnie lub nawet przy wątpliwym wsparciu grupy państw z byłego ZSRS o mniejszym znaczeniu budować w konfrontacji z Moskwą, Berlinem i Paryżem system bezpieczeństwa, licząc na to, że osiągniemy – podobnie jak Izrael na Bliskim Wschodzie – status mocarstwa regionalnego wyposażonego przez USA w najnowocześniejszą broń.


Orientacja europejska


Stratedzy ośrodka rządowego opowiadają się za dobrymi stosunkami z USA, ale akcent jest bardziej położony na Unię Europejską. Uważają, że nasza polityka powinna brać pod uwagę miejsce Polski w układzie geograficznym i przyjąć realistyczne założenie, że posiadamy głównie regionalne interesy, związane z Unią Europejską i Rosją. Dlatego ośrodek rządowy próbuje „łagodzić” skutki prezydenckiej polityki wschodniej, ale jest zbyt uległy wobec Brukseli, Berlina i Paryża. W stosunku do Niemców, Francuzów i eurokratów trzeba umieć bardzo twardo mówić „nie” i zdecydowanie przedstawiać polski punkt widzenia. Tymczasem nie potrafiono nawet uporać się z problemem stoczni, który rozwiązano po myśli Niemiec i zgodnie z ich interesem gospodarczym. Unia ma swoje kłopoty, kryzys ekonomiczny i to jest dobra koniunktura, by korzystnie załatwić wiele spraw. Trzeba ostrzej grać i elastycznie zawierać sojusze taktyczne wewnątrz UE. Skoro Berlin i Paryż działają na naszą niekorzyść, to trzeba się elastycznie dogadywać z Wielką Brytanią i państwami skandynawskimi, które przeciwstawiają się dominacji niemieckiej na kontynencie. Trzeba też ponownie przemyśleć ratyfikację traktatu lizbońskiego, a nie powtarzać jak mantrę, że jest on korzystny dla Polski. Bo na pewno nie jest. O wiele korzystniejsza jest dla nas obecna sytuacja.

Choć Niemcy oficjalnie deklarują determinację we wprowadzeniu w życie traktatu lizbońskiego, to polityka niemiecka ma wariant rezerwowy, gdyby eurotraktat ostatecznie upadł. Francuzi nie mają wariantu rezerwowego, są zbyt doktrynalnie przywiązani do centralistycznego systemu zarządzania i nie wyobrażają sobie realizacji swoich interesów bez zcentralizowanej UE, która bardzo by ich wzmocniła. Stąd ogromna determinacja prezydenta Sarkozy’ego, by za wszelką cenę przepchnąć traktat. Niemcy natomiast dysponują tak dużym potencjałem, że są zdolne realizować swoje żywotne interesy w ramach Unii Europejskiej obecnej i w ramach Unii przekształconej w jedno państwo, gdyby traktat lizboński został przyjęty. I w jednym, i w drugim wariancie mają zdolność ścisłej współpracy z Rosją i tworzenia wspólnie z nią czegoś w rodzaju kondominium w Europie Środkowowschodniej z wyraźnie wytyczoną strefą wpływów niemieckich i rosyjskich oraz ze strefą wspólnie kontrolowaną przez oba państwa. Pełne zrealizowanie tego scenariusza to koniec niepodległości Polski. Przyjęcie eurotraktatu przyspieszałoby i ułatwiło realizację tego planu, gdyż zostalibyśmy ubezwłasnowolnieni przez wspólną europejską politykę zagraniczną szczególnie na kierunku wschodnim pozostającą pod wpływem Berlina.

Minister Radosław Sikorski, przedstawiając niedawno priorytety polityki zagranicznej, kreślił następującą wizję: Polska silna w Europie, patron i promotor polityki wschodniej, mocne ogniwo w NATO, atrakcyjna marka, kraj sukcesu wspierający Polonię. „Polityka zagraniczna nie ma być ani miękka, ani twarda. Ma być skuteczna. Oznacza to, że czasami trzeba się postawić, a czasami trzeba negocjować. Nie jest mądra konfrontacja na wszystkich polach”. Bardzo słuszne słowa, ale jak będą realizowane? Póki co podczas szczytu Unii Europejskiej, który odbył się w dniach 11-12 grudnia bieżącego roku, przedstawiciele naszego kraju nie potrafili przekonać, że Polska ma ogromne osiągnięcia i – przyjmując za punkt zero rok 1988 – ograniczyła już o ponad 30 procent emisję gazów, a tym samym jest liderem przemian. Niebezpieczeństwa nie zneutralizowano na początku i obecnie doszło do sytuacji podbramkowej. Dlaczego? Między innymi dlatego, że polityka polska nie ma długofalowej perspektywy, jest przypadkowa i niekonsekwentna; każda ekipa ma „swoje” priorytety i niejako „zaczyna od początku”. Poza tym na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat nie zdefiniowano jasno polskiego interesu narodowego, nie opracowano strategii i taktyki naszego członkostwa w Unii Europejskiej, a znaczna część elit politycznych uważała, że wejście do Unii czy NATO samo rozwiąże nasze problemy i zwolni nas z trudu roztropnego dbania o polskie sprawy.


Jan Maria Jackowski
drukuj