Polityczny teatr amerykańskich kampanii
Co cztery lata Amerykanie wybierają prezydenta. Od śmierci Franklina
Roosevelta (który zmarł w kwietniu 1945 r. w czasie pełnienia czwartej kadencji)
reelekcja może nastąpić tylko raz. W reakcji na tak długą kadencję Roosevelta
Kongres zmienił konstytucję w ten sposób, aby urząd prezydenta można było pełnić
jedynie przez dwie kadencje. Roosevelt musiał być sprawnym strategiem w
kampaniach wyborczych. Niektórzy zastanawiają się, w jaki sposób prowadziłby je
w epoce telewizji.
Z chwilą jej nastania walka wyborcza nabrała cech nie tylko współzawodnictwa,
lecz także teatru. Kampanie prezydenckie przypominają obecnie dramaty, a czasami
komedie. Stwarzają one także mediom, a szczególnie telewizji, okazję do
wywierania wpływu na polityków. Ten wpływ stał się szczególnie istotny, odkąd
media amerykańskie stają się coraz bardziej lewicowe. Kolejne badania opinii
publicznej pokazują, że prawie 90 proc. amerykańskich dziennikarzy głosuje w
wyborach prezydenckich na kandydata Partii Demokratycznej bądź liberałów.
Podobnie układają się proporcje w środowisku prawników, nauczycieli i osób
zatrudnionych w sektorze rządowym.
Mediokraci
Środki społecznego przekazu mają tak ogromny wpływ na amerykańską politykę,
że członkowie rządu bywają cynicznie nazywani "mediokratami". Media kierują
wydarzeniami politycznymi poprzez "obwieszczanie", co jest ważne i na co należy
zwrócić uwagę. I odwrotnie – brak "obwieszczenia", że coś jest istotne, pozwala
sądzić, że dane zjawisko czy wydarzenie nie ma większego znaczenia. Te
"obwieszczenia" bądź ich brak często ujawniają istnienie w mediach podwójnych
standardów. Środowisko, z którego wywodzi się kandydat Demokratów, jego
dokonania i powiązania, są często ignorowane albo przynajmniej nie analizuje się
ich tak drobiazgowo jak w przypadku kandydatów Republikanów. Kandydaci
Demokratów bywają w mediach czasem zwyczajnie usprawiedliwiani.
Na przykład, w czasie kampanii prezydenckiej w 2008 r. wyszło na jaw, że
Obama przez dwadzieścia lat uczęszczał do kościoła pastora Jeremiasza Wrighta.
Był z nim związany tak blisko, że to właśnie Wright udzielił ślubu Barackowi i
Michelle i to on ochrzcił ich dwoje dzieci. Konsternację opinii publicznej
wywołała wiadomość, że wielebny Wright był zagorzałym antyamerykańskim czarnym
separatystą i rasistą. Kiedy Amerykanie obejrzeli filmy wideo prezentujące jego
antyamerykańskie wystąpienia, Obama stwierdził, że nie wiedział o tym, że
wielebny Wright był tak niebezpiecznym ekstremistą. Media przyjęły tę wersję.
Główne środki społecznego przekazu przestały zajmować się postacią Wrighta.
Oddalone zostały wszystkie obawy co do tego, że sprawa pastora zakłóci kampanię
Obamy. Równowaga w prezentacji kandydatów nie została jednak zachowana. Kiedy
wkrótce okazało się, że także kandydat Republikanów John McCain był w jakiś
sposób związany z pastorem sympatyzującym z kolei z Ku Klux Klanem, nagonka
mediów doprowadziła do tego, że mógł on pożegnać się ze wszelkimi nadziejami
skutecznego prowadzenia kampanii wyborczej, mimo protestów McCaina
utrzymującego, że nie wiedział o tym, że jego pastor był tego rodzaju
ekstremistą.
W szczytowym momencie kampanii wyborczej stało się oczywiste, że media w
sposób nachalny promują Obamę. W czasie nocy wyborczej reporterzy zawiesili w
studiu NBC News banner z hasłem "Misja wykonana". Jeśli ktoś chciałby
prześledzić kolejne wydarzenia tego rodzaju, powinien sięgnąć po książkę
Bernarda Goldberga pt. "Łzawy romans" (A Slobbering Love Affair). Jeśli taki
tytuł można jeszcze okrasić jakąś emfazą, Goldberg uzupełnia go w następujący
sposób: "Prawdziwa (i żałosna) historia gorącego romansu Baracka Obamy i
mainstreamowych mediów".
Debaty moderują lewicowi dziennikarze
Tegoroczny teatr polityczny prezentuje z kolei walkę kilku republikańskich
kandydatów. Naród czeka na zwycięstwo któregoś z nich w prawyborach Republikanów
– wewnątrzpartyjnych wyborach odbywających się w różnych stanach – po to, aby
kandydat ten stanął do walki wyborczej z Obamą. Wsparcie mediów dla Obamy jest
jednak widoczne nawet wtedy, kiedy prezentują one kampanię wewnątrz Partii
Republikańskiej. Na przykład, często prezentowane debaty między kandydatami
republikańskimi są zawsze moderowane przez lewicowych dziennikarzy, a czasem
wręcz przez byłych działaczy Partii Demokratycznej (takich jak George
Stephanopoulos, były doradca Billa Clintona i rzecznik Białego Domu z czasów
jego prezydentury), próbujących zapędzić republikanów w kozi róg poprzez
zasypywanie ich skomplikowanymi pytaniami, na które nie jest możliwe udzielenie
szybkiej i zwięzłej odpowiedzi.
Niektórzy utrzymują, że media próbują animować debaty w ten sposób w nadziei,
że kandydaci republikańscy sami wyeliminują się z rozgrywki, zwracając się
przeciwko sobie. Inni komentatorzy przypuszczają z kolei, że ta strategia jest
obliczona na wyłonienie spomiędzy Republikanów słabego kandydata – takiego,
którego pokonanie przez Obamę w listopadowych wyborach będzie bardziej
prawdopodobne. Wydaje się, że media namaściły Mitta Romneya na domniemanego
kandydata mającego stanąć do walki z Obamą. Mimo to Newt Gingrich, były
kongresman z Georgii i przewodniczący Izby Reprezentantów w administracji
Clintona, podjął ostatnio wyzwanie i także stanął do walki. Zaniepokojony tym
Mitt Romney w czasie wyborów w Iowa wypuścił szereg spotów telewizyjnych
przeciwko Gingrichowi. Kosztowało go to spadek popularności i najprawdopodobniej
przyczyniło się to do jego przegranej w prawyborach w Iowa.
Mimo porażki w Iowa Gingrich nadal prowadzi aktywną kampanię. Czyni to z
takim powodzeniem, że wygrał on właśnie prawybory w Karolinie Południowej –
częściowo dlatego, że jego wystąpienia korespondują z irytacją wyborców, którzy
pozbawili ogromną liczbę demokratów ich stołków w czasie wyborów do władz stanu
i do Kongresu z roku 2010. O wyniku tych wyborów niechętnie wspominają media i
administracja Obamy. Zapadła na ten temat głucha cisza. Wynik wyborów z 2010 r.
może być dobrą wróżbą dla kandydata Republikanów w listopadowych wyborach.
Gingrich pojechał na fali irytacji wyborców i w czasie debaty zaatakował media.
Podwójne standardy
Największy entuzjazm kandydaci Republikanów wywołują w czasie debat właśnie
wtedy, kiedy krytykują oni media. Większość Amerykanów jest zachwycona, kiedy
kandydaci tacy jak Gingrich ostro osądzają media. Mieszkańcy Stanów
Zjednoczonych są zmęczeni podwójnymi standardami stosowanymi przez środki
społecznego przekazu. Na przykład, na początku tego roku była żona Gingricha,
Marianne, zwierzyła się agencji ABC News, że lata temu, kiedy Gingrich miał
romans ze swoją obecną żoną, Callistą, Newt poprosił Marianne o określenie na
nowo zasad, jakimi miała się od tej pory rządzić ich relacja, i o zdefiniowanie
ich małżeństwa jako "otwartego". Marianne odmówiła – jak mówi. Gingrich
zaprzecza, że podobny epizod miał miejsce, chociaż przyznaje się do romansu z
Callistą. Nie jest niczym zaskakującym, że opinia publiczna odnosiła się do
Gingricha z pewną rezerwą z powodu tego (i innych) uchybień moralnych z jego
przeszłości.
Bardziej niż wątpliwości na temat Gingricha opinię publiczną zbulwersowały
podwójne standardy medialne. Podam jeden przykład, który obrazuje to zjawisko w
pigułce: "New York Times" odłożył o kilka lat opublikowanie zweryfikowanej
relacji o tym, że John Edwards, kandydat Demokratów, wybrany przez Johna
Kerry´ego na stanowisko wiceprezydenta w wyborach z 2004 r., w czasie, kiedy
jego żona umierała na raka, miał romans z Rielle Hunter – fotografem pracującym
w branży reklamowej i producentką filmową. "New York Times" i inne "uznane"
dzienniki nie opublikowały tej informacji dopóty, dopóki nie zrobił tego
"National Inquirer", znany tabloid. To typowy model zachowania. Media
bagatelizowały także seksualne skandale Billa Clintona w latach 90. Dla
kontrastu podobne zachowania Gingricha (i innych republikanów) wałkowano
nieustannie w serwisach informacyjnych i w gazetach.
Gingrich próbował rozbroić swoich krytyków publicznym przyznaniem się do
winy. W 2009 r. nawrócił się na katolicyzm. W polityce amerykańskiej –
szczególnie w czasie kampanii prezydenckich – religia odgrywa ważną rolę. Różne
jej aspekty stały się tematem tegorocznych prawyborów w Partii Republikańskiej.
Rick Santorum, także katolik, stanął na stanowisku, że sprzeciw wobec aborcji
powinien być cechą definiującą polityka Partii Republikańskiej. Michelle
Bachmann, kongreswoman z Minnesoty, rzuciła z kolei pomysł, że pojęcie
małżeństwa powinno zostać zredefiniowane i rozszerzone także na pary
homoseksualne. Namaszczony przez media "żołnierz frontowy" Mitt Romney bronił z
kolei stanowiska, że mormonizm nie powinien decydować o jego politycznej
wiarygodności. Próbuje on przypomnieć ewangelikom, których większość odnosi się
do mormonów podejrzliwie, że Amerykanie tradycyjnie cechowali się tolerancją
wobec różnych wyznań swoich prezydentów.
Amerykanie a religia
O ile można przewidzieć, że religia zawsze będzie tematem dyskusji w
amerykańskiej polityce, niekoniecznie będzie to zagadnienie różnicujące
polityków. Jeśli któryś odważyłby się podjąć otwartą dyskusję na temat wartości
religijnych, wyraźne promowanie swojego wyznania, u niektórych Amerykanów
wywołałoby to irytację, a nawet oburzenie. Może się to wydawać dziwne, jeżeli
weźmie się pod uwagę, że Amerykanie są narodem bardzo religijnym. Sondaże
pokazują, że zdecydowana większość mieszkańców Stanów Zjednoczonych wierzy w
Boga, w skuteczność modlitwy i w istnienie życia po śmierci. Według sondaży
większość mieszkańców USA uczęszcza na niedzielne nabożeństwa – jakkolwiek
występuje tutaj tendencja zniżkowa, zwłaszcza w młodym pokoleniu.
Co zatem decyduje o tym, że zarówno jednostki, jak i całe środowiska, często
reprezentujące środowiska akademickie, dziennikarskie czy prawnicze, stoją na
stanowisku – nierzadko w sposób bardzo zdecydowany – że religia powinna zostać
wyłączona z debaty publicznej w Stanach Zjednoczonych? Odpowiedź znajdziemy w
uznaniu faktu, że te jednostki bądź grupy postulują uznanie świeckiego
rewizjonizmu w odniesieniu do amerykańskiej historii i obecności w niej aspektu
religijnego. Proklamowana przez nich wersja historii brzmi w skrócie: "Naród
amerykański został założony przez purytan, uciekinierów z Wielkiej Brytanii,
którzy chcieli zaznać wolności z dala od tego kraju – zdominowanego przez
dotowany państwowo system religijny". Znaczenie tego aktu ucieczki zostało
wdrukowane mieszkańcom Stanów Zjednoczonych. W czasach kolonialnych większość
Amerykanów uważała przywiązanie do wolności wyznania za element swojej
tożsamości. Tego sposobu samoidentyfikacji nie zmieniła także rewolucja
amerykańska z lat 1776-1783, kiedy to Ameryka z kolonii brytyjskiej
przekształciła się w suwerenne państwo.
Nie jest zatem niespodzianką fakt, że wolność religijna została
zagwarantowana w konstytucji Stanów Zjednoczonych, w tzw. Bill of Rights –
pierwszych dziesięciu poprawkach do konstytucji (ratyfikowanych w 1791 roku).
Pierwsze dwie linijki tego dokumentu mówią o poszanowaniu wolności religijnej:
"Kongres nie może ustanowić żadnego prawa ustanawiającego obowiązującą religię
ani też naruszyć swobody jej praktykowania". Interpretacja tych kilkunastu słów,
znanych także jako "Establishment Clause", jest podstawowym punktem odniesienia
dla tych, którzy domagają się wolności poruszania tematu religii w świecie
polityki, i dla tych, którzy postulują wykluczenie tego tematu z debaty
publicznej.
Do pierwszych lat XX wieku większość badaczy amerykańskiej konstytucji
uważała zgodnie, że "Establishment Clause" po prostu zabrania ustanawiania w
Stanach Zjednoczonych religii państwowej – tak jak było w przeszłości w Anglii.
W pierwszych latach XX wieku jednak grupa Amerykanów zaczęła podważać tę
tradycyjną (i wydawałoby się – oczywistą) interpretację "Establishment Clause".
Roger Baldwin, założyciel Amerykańskiej Unii na rzecz Wolności Obywatelskich,
wraz z kilkoma swoimi komunistycznymi towarzyszami uznał, że "Establishment
Clause" mówi nie tylko o rozdziale Kościoła i państwa, ale także o oddzieleniu
religii od polityki i moralności społecznej. Na poparcie swojej tezy przytaczali
oni argument, że "Establishment Clause" został umieszczony jako motto całej
konstytucji.
Konstytucja, jak podkreślali, ma na celu określenie sposobu funkcjonowania
instytucji i praw laickiego społeczeństwa. Musi tak być, pisali dalej, ponieważ
konstytucja stawia sobie za cel stworzenie pluralistycznego i otwartego
społeczeństwa, w którym będą zagwarantowane wolność słowa i swoboda w
pozbawionym przesądów wyznawaniu światopoglądu. Religia, jak utrzymywali, jest z
natury stronnicza. Sekularyzm miał być dla nowoczesnych, pluralistycznych
społeczeństw czymś lepszym, ponieważ jest on z definicji otwarty i tolerancyjny.
Inaczej niż religia bazująca na przesądach, sekularyzm miał, według nich, być
neutralnym światopoglądem. Wierzący obywatel miałby zatem absolutną wolność
uprawiania praktyk religijnych dopóty, dopóki czyni to prywatnie. Religia
miałaby być zatem sprawą prywatną. Nie przewidziano dla niej miejsca w życiu
publicznym.
Przyjmowanie takiego punktu widzenia stało się z czasem bardzo popularne.
Taktyka bojowników rewolucji kulturowej okazała się efektywna. Ci radykałowie
dążyli do dekonstrukcji sposobu pojmowania tradycyjnych religijnych wartości i
kojarzenia ich z moralnością oraz ideami politycznymi nie tylko w Stanach
Zjednoczonych, lecz także w całej cywilizacji zachodniej.
Religia sekularyzmu
Czy Amerykanie powinni zatem powierzyć sprawy społeczne jedynie sekularystom?
Dwaj obserwatorzy amerykańskiej sceny politycznej, Richard John Neuhaus (w
swojej książce "Naga przestrzeń publiczna") oraz Brendan Sweetman (w książce
"Dlaczego politycy potrzebują religii") wyjaśniają, że nie powinniśmy tego
robić. Ci autorzy skutecznie obnażyli sofistykę sekularystów.
Po pierwsze, jak twierdzą Neuhaus i Sweetman, sekularyzm nie jest neutralnym
światopoglądem. Podobnie jak każdy inny światopogląd implikuje on określone
skojarzenia, z których najbardziej podstawowe opierają się na wierze. Jeśli
spojrzymy na to w ten sposób, uświadomimy sobie, że sekularyzm sam w sobie jest
religią! Dlaczego sekularyści żądają zatem dla swojej religii miejsca w
przestrzeni publicznej, a innym odmawiają tego prawa? Co więcej, przedstawiają
oni tradycyjne religie – chrześcijaństwo i judaizm – w krzywym zwierciadle,
twierdząc, że wykluczają one osoby niewierzące z udziału w życiu publicznym.
Sekularyści stosują sztuczkę, próbując zaszczepić ludziom przekonanie, że
przyjęcie ich światopoglądu jest warunkiem racjonalności. Dla kontrastu –
religia ma być z kolei czymś z definicji irracjonalnym.
Neuhaus i Sweetman są wyczuleni na tego rodzaju sofizmaty. Człowiek może
wyznawać określony światopogląd – jakim jest np. tradycyjna religia – i
jednocześnie być osobą racjonalną i zdolną do zachowania obiektywizmu. Prawdą
jest, że przyjęcie określonego światopoglądu wymaga, by w niego uwierzyć. Może
to być jednak "wiara szukająca zrozumienia". Nie jest ona zamknięta na
dowodzenie rozumowe.
Święty Tomasz z Akwinu, jeden z największych Doktorów Kościoła katolickiego,
był człowiekiem głębokiej wiary, jednocześnie zawsze przestrzegającym standardów
racjonalnego myślenia i dowodzenia. Przynoszącej dobre efekty kooperacji wiary i
rozumu poświęcił w swoich dziełach 8 milionów słów! Dzięki współpracy wiary i
rozumu chrześcijaństwo może, jak sądził Tomasz z Akwinu, obronić się w każdej
debacie na temat obecności religii w życiu publicznym. Motywy sekularystów mogą
zawierać pewien element obłudy: wykluczenie religii z życia publicznego może być
słabo ukrytą próbą uniknięcia debaty, którą sekularyści najprawdopodobniej by
przegrali. Dyskusja o relacjach pomiędzy religią i polityką w Stanach
Zjednoczonych wywołuje ekstremalne reakcje. "Mit neutralności sekularyzmu" jest
jedną z nich.
Miejmy nadzieję, że więcej amerykańskich polityków stanie się bardziej
świadomych istnienia tego mitu, aby nie dali się oni zapędzić w kozi róg tym,
którzy posługują się nim po to, żeby zmarginalizować głos religii w
społeczeństwie. Politycy, którzy odważyli się wyrazić, w jaki sposób religia
wpływa na ich poglądy polityczne, muszą stawiać czoła codziennej walce. Także
obywatele innych niż Stany Zjednoczone krajów powinni być świadomi, że ten
konflikt może wkrótce dotknąć także ich – o ile jeszcze tak się nie stało.
Politycy chrześcijańscy oraz obrońcy podstawowych wartości, na jakich zbudowana
została zachodnia cywilizacja, powinni przygotować się do stawienia czoła temu
wyzwaniu. Bystrzy obserwatorzy amerykańskiej sceny politycznej i kulturalnej –
tacy jak Neuhaus i Sweetman – mogą im w tym pomóc.
Curtis Hancock filozof
tłum. Agnieszka Żurek
