Pokolenie II Rzeczypospolitej
Koncepcja i praktyka wychowawcza II Rzeczypospolitej zdała egzamin.
Wykształciła większość ludzi o patriotycznej postawie, o silnej tożsamości,
odważnych, o jednoznacznie pozytywnej postawie moralnej, a jednocześnie ludzi
aktywnych intelektualnie, zainteresowanych rozwojem świata, postępem w każdej
dziedzinie. Ludzi zdolnych do ponoszenia najwyższych ofiar, aż do poświęcenia
życia dla wartości najwyższego rzędu.
Do zrozumienia tej postawy niezbędna jest znajomość historii II
Rzeczypospolitej. Powstała ona na gruzach trzech zaborów jako efekt eksplozji
woli wolności, wyrażonej zarówno ruchem Legionów Piłsudskiego, podziemnej
Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), zwycięskich powstań – wielkopolskiego,
śląskiego – jak i zwycięskiej walki o Lwów. Te bojowe tradycje kształtowały etos
walki zbrojnej o wolność.
Żołnierze z cenzusem
Niepodległa II Rzeczpospolita sąsiadująca z dwoma wyraźnie wrogimi mocarstwami
przez cały czas swego istnienia znajdowała się w stanie poważnego zagrożenia. Ta
groźna sytuacja musiała oczywiście oddziaływać na kształtowanie się modelu
wychowania młodego pokolenia, przygotowanie go do obrony niepodległości. W
szkołach średnich mieliśmy tzw. przysposobienie wojskowe, naukę musztry,
podstawy nauki o broni, a nawet elementy taktyki bojowej. Kończyło się ono
obowiązkowym letnim obozem w czasie wakacji po pierwszej klasie liceum.
W 1938 roku uczniowie, którzy np. ze względów zdrowotnych nie mogli w nim
uczestniczyć, musieli w zimowe ferie Bożego Narodzenia odbyć dwutygodniowy kurs
w regularnych oddziałach wojskowych. Zamiast planowanego wyjazdu na narty
spędziłem dwa tygodnie w twierdzy w Modlinie. Punkt zbiorczy był w Warszawie,
skąd, już uformowani w czwórki, pieszo przeszliśmy do Modlina. Tam wcielono nas
do oddziału rekrutów odbywających obowiązkową dwuletnią służbę wojskową, byliśmy
poddani normalnej wojskowej dyscyplinie, wykonywaliśmy wszystkie przewidziane
ćwiczenia z musztrą "Padnij – powstań", "Czołgaj się" na zaśnieżonym polu,
uczyliśmy się obsługi karabinu maszynowego. Pamiętam moją wściekłość, kiedy
musiałem parę razy słać łóżko, za każdym razem po wielokrotnym rozrzuceniu
pościeli przez dyżurnego kaprala, ze względu na nie dość precyzyjne ułożenie
koca czy nierówne położenie poduszki. Przy okazji za karę musiałem zrobić
kilkanaście przysiadów.
Po zdaniu matury obowiązkowy był miesięczny staż w Junackich Hufcach Pracy.
Byliśmy wcieleni do zespołu junaków bez cenzusu, chłopców, wiejskiego lub
robotniczego pochodzenia z ukończoną najwyżej szkołą powszechną. Mieszkaliśmy
razem w namiotach 24-osobowych podzieleni według reguły: 12 junaków bez cenzusu
i 12 z cenzusem, obowiązkowo przemieszani w sąsiedztwie łóżek. Pracowaliśmy też
w mieszanych drużynach roboczych, z jednakowymi normami, jednakowo ubrani,
byliśmy jednakowo traktowani.
Pamiętam, że nasze relacje były bardzo życzliwe. Staliśmy się obiektem
zainteresowania i podziwu naszych "bezcenzusowych" towarzyszy pracy. Kiedy
wspomniałem swemu sąsiadowi o mojej wizycie we Francji i w Niemczech, cała grupa
prosiła mnie, żebym szczegółowo opowiedział, jak tam się żyje, jak wygląda
"wielki zachodni świat". Nas z kolei ciekawiły warunki życia w ich domach
rodzinnych, ich opinie społeczne, osobiste ambicje. Była też duża grupa Ślązaków
mówiących dialektem śląskim, nauczyliśmy się wielu typowych, śmieszących nas,
powiedzeń śląskich. Nasi koledzy "bez cenzusu" chętnie słuchali naszych
opowiadań o wielkomiejskim życiu w Warszawie, zadawali nam masę pytań
zasadniczego typu. Pamiętam, że podziwiali nasze zdolności pisania, widząc, jak
piszemy wiecznymi piórami listy do naszych rodzin. Ofiarowałem wieczne pióro
swemu sąsiadowi z namiotu. Po powrocie do Warszawy wysłaliśmy w prezencie
wieczne pióra wszystkim naszym kolegom z namiotu.
Po "zaliczeniu" obozu JHP maturzyści przechodzili roczny kurs służby wojskowej w
Szkołach Podchorążych, po skończeniu którego otrzymywało się stopień kaprala lub
plutonowego podchorążego. Po dwóch latach podchorążacy byli powoływani na
paromiesięczne ćwiczenia wojskowe i otrzymywali oficerski stopień podporucznika.
Zalety służby
Obowiązkowa dwuletnia służba wojskowa obejmowała 100 procent zdrowych mężczyzn w
wieku 21 lat, nieposiadających dyplomu maturalnego. Przez dwa lata byli poddani
dyscyplinie wojskowej, ostremu rygorowi obwarowanemu dotkliwymi karami.
Jednocześnie przechodzili przeszkolenie patriotyczne, zdobywali wiedzę o
historii Polski i armii polskiej. Obowiązywał regulamin religijny. Modlitwa
poranna miała charakter ekumeniczny, śpiewano "Kiedy ranne wstają zorze", a
wieczorem "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Byli też kapelani wojskowi różnych
wyznań (łącznie z wyznaniem mojżeszowym), którzy odprawiali Msze czy
organizowali innego typu religijne zebrania dla swoich wyznawców. Oczywiście
zdecydowaną przewagę stanowili żołnierze i oficerowie wyznania
rzymskokatolickiego, ale wiadomo, że w Katyniu zamordowano zarówno głównego
rabina Wojska Polskiego, jak i około 300 polskich oficerów religii mojżeszowej.
Służba wojskowa miała wybitny walor pedagogiczny, kształtowała poczucie jedności
grupowej i wyrabiała postawę dzielności, mocnej tożsamości, odporności
psychicznej, więzi i solidarności koleżeńskiej, samodyscypliny i dyscypliny
społecznej. Przykładem pedagogicznego efektu służby wojskowej był mój ulubiony
profesor, polonista Kazimierz Lisowski, doktor filozofii ze szkoły lwowskiej
prof. Kazimierza Twardowskiego. Objął on funkcję nauczyciela po studiach,
zwolniony okresowo z odbycia służby wojskowej w podchorążówce. W czasie badań
lekarskich okazało się, że stan jego zdrowia uzasadnia powołanie go na roczne
studia w Szkole Podchorążych. Przed służbą wojskową nie potrafił utrzymać
porządku w czasie swoich lekcji, wiadomo było, że u "Lisa" można było sobie
poczytać jakąś książkę, pograć z kolegą w "durnia" czy po prostu porozmawiać z
sąsiadem. Profesor delikatnie prosił o spokój, ciszę i zainteresowanie się
wykładem, ale wiadomo było, że należy on do grupy niezaradnych nauczycieli i nie
ma potrzeby go słuchać. Po jego powrocie ze służby wojskowej uczniowie,
pamiętając niezaradność, delikatność profesora, na pierwszej lekcji zaczęli
zachowywać się po staremu. Profesor Lisowski zareagował ostro. Stanowczym,
mocnym, podniesionym głosem powiedział, że nie będzie tolerował takiej postawy,
że po prostu wyrzuci z klasy tych wszystkich, którzy nie poddadzą się niezbędnej
dyscyplinie. Odtąd z zainteresowaniem słuchaliśmy jego ciekawych wykładów.
Wprowadził nowoczesny system aktywnej nauki, co tydzień była klasówka, ocenione
przez profesora dwa najlepsze opracowania autorzy musieli głośno odczytać.
Dyskutowano nad nimi. Profesor zawsze bardzo interesująco podsumowywał dyskusję.
Został później dyrektorem naszej szkoły. Tak służba wojskowa przekształciła zbyt
delikatnego, typowego niezaradnego "maminsynka", nieumiejącego zapewnić sobie
właściwego szacunku intelektualistę, w stanowczego, silnego, a jednocześnie
niegubiącego swojej osobistej kultury obejścia mężczyznę. Ten fenomen
przekształcenia się osobowości był dobrze znany, mówiło się o "Lisie przed
wojskiem" i o "Lisie po wojsku". Niestety, ten wspaniały człowiek zginął już w
1940 roku w Auschwitz.
Bez przywilejów
"Wojskowe" wychowanie poprzedzone było służbą w harcerstwie, do którego należał
poważny procent uczniów. Tam też panował styl zbliżony do wojskowego. Ideologia
Związku Harcerstwa Polskiego miała charakter patriotyczny, obok idei moralnej
samodyscypliny ("Harcerz czysty w myślach, mowie i uczynkach") i solidarnej
zdolności kolektywnego współdziałania ("Jeden za wszystkich, wszyscy za
jednego") postawę ideologiczną symbolizowało tradycyjne hasło: "Bóg – Honor –
Ojczyzna".
Te wychowawcze komponenty kształtowania postaw obowiązywały we wszystkich
regionach Polski. Żoliborz jednak wyróżniał się wyjątkowo wielopłaszczyznową
strukturą społeczno-polityczną swoich mieszkańców. Powodowało to wzbogacenie
kultury wychowawczej, jej pogłębienie, wyższy poziom ambicji i szerszy zakres
odcieni postawy intelektualnej i społecznej.
Najstarsza część przedwojennego Żoliborza, tzw. Żoliborz Oficerski, była terenem
Oficerskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Znajdowały się tam małe wille zbudowane z
cegły, po rozbiórce ruin magazynu amunicji Cytadeli Warszawskiej, duży Hotel
Oficerski z biurami, kinem, sklepami i dwa czteropiętrowe domy. Mieszkało tu
wielu oficerów wysokiego szczebla, np. dowódca Warszawskiego Okręgu Wojskowego,
generał Trojanowski. Mieszkali też generałowie: Kukiel, Rowecki, Bortnowski,
Abraham. Był nawet placyk u zbiegu ulicy Śmiałej i Fortecznej utworzony przez
cztery wille generałów. Mieszkali także premierzy: Zyndram-Kościałkowski,
Jędrzejewicz, ministrowie, wojewoda warszawski Nakoniecznikof-Klukowski, wielu
pułkowników, majorów, kapitanów. Była to kadra w dużym procencie związana z
tradycją Legionów Piłsudskiego, jakby nie było mających rodowód Polskiej Partii
Socjalistycznej. Był to więc swoisty bastion tzw. sanacji. Wille tego
establishmentu nie różniły się niczym od typowych willi członków Oficerskiej
Spółdzielni Mieszkaniowej, jedynie willa generała Trojanowskiego na narożniku
placu Słonecznego była nieco większa. Nie było mody na "luksusomanię". Również
nie pamiętam, ażebym kiedykolwiek, bywając w domu premiera Jędrzejewicza w
odwiedzinach u jego pasierba, Andrzeja Ehrenkreutza, mego kolegi z jednej klasy,
czy w willi premiera Zyndrama-Kościałkowskiego, ojca mego kolegi o klasę
starszego, widział jakichś funkcjonariuszy ochrony rządu. Nie było też żadnego
systemu kontrolnego przy wejściu do domu. Nawiasem mówiąc, Andrzej Ehrenkreutz
miał w piwnicy stół pingpongowy, który był atrakcją dla wielu kolegów. Jurek
Górewicz, wielki amator tej gry, bywał tam niemal codziennie. Żaden też z
kolegów, synów tych dygnitarzy nigdy nie był przywożony do szkoły samochodem.
Mało tego, sytuacja Miecia Trojanowskiego, syna generała, była gorsza od naszej.
Jego malutki pokój na poddaszu nie był w zimie ogrzewany, dlatego w czasie
odwiedzin siedziało się w płaszczach. Generał wychowywał swego syna w ciężkich
warunkach, żeby wyrósł na dzielnego, odpornego na trudy życia człowieka, żeby
był "prawdziwym mężczyzną".
Tragedią współczesności jest to, że czołówka tych ludzi zginęła w ramach
racjonalnie zorganizowanej, już w 1939 roku, wspólnej akcji niemiecko-rosyjskiej
pozbawienia Polski jej inteligenckiej elity i w ten sposób urwania genetycznej
więzi jej rozwoju.
Prof. Witold Kieżun prakseolog
