Pójść w Polskę

Z mecenasem Andrzejem Mikoszem, byłym ministrem Skarbu Państwa, rozmawia
Bogusław Rąpała

Wybory samorządowe po raz kolejny pokazały, że Polska Wschodnia zdecydowanie
popiera Prawo i Sprawiedliwość, natomiast mieszkańcy zachodniej części kraju
wybierają kandydatów Platformy Obywatelskiej.

– W Polsce Wschodniej PiS wygrywa w całkiem niezłym stylu, uzyskując np. w
województwie podlaskim rewelacyjny wynik 44 procent. Jest on zbliżony do wyniku,
jaki Platforma Obywatelska uzyskała w województwie pomorskim, czyli ponad 50
procent. Województwa południowo-wschodnie są – nazwijmy to – matecznikiem PiS,
tymczasem województwo pomorskie jest matecznikiem PO. Chciałbym jednak
podkreślić, że dzielenie Polski w kontekście wyborów tylko i wyłącznie na wschód
i zachód byłoby poważnym błędem. Biorąc pod uwagę np. przywiązanie do wartości
religijnych, mieszkańcy choćby Pomorza, gdzie zwyczajowo wygrywa Platforma, to
także ludzie głęboko wierzący. Niewątpliwie czynnikiem dającym większe poparcie
kandydatom PiS w województwach wschodnich jest fakt, że region ten jest bardziej
doświadczony przez Rosję. W Podlaskiem mamy również do czynienia z nieco silniej
niż gdzie indziej rozbudzoną kwestią narodowościową ze względu na dużą
mniejszość białoruską, która w znakomitej większości głosuje na SLD. Widać więc,
że sytuacja jest bardziej skomplikowana. Uważam, że Prawo i Sprawiedliwość
pozostaje najsilniejszą alternatywną propozycją polityczną w stosunku do układu
rządzącego, ale wynik wyborów powinien dać wiele do myślenia przywódcom tej
partii. Wygranej PO nie można tłumaczyć tylko medialnym jazgotem wokół odejścia
z PiS grupy polityków. Takie tłumaczenie porażki wskazywałoby na brak
dojrzałości.

Może przy analizie preferencji wyborczych mieszkańców wschodnich regionów
Polski należałoby wziąć pod uwagę również czynnik materialny. Województwa
wschodnie uznawane są za biedniejszy region Polski.

– Nie, to nie jest prawda. Ściana wschodnia rzeczywiście jest uboższa, ale
obszarów biedy nie da się rozgraniczyć tylko i wyłącznie geograficznie. W
zachodniej Polsce – podobnie jak we wschodniej – występuje problem związany z
dużymi obszarami ubóstwa, tyle tylko, że tam to ubóstwo określiłbym jako
bardziej beznadziejne. Wystarczy chociażby popatrzeć, gdzie znajdują się tereny
popegeerowskie. Wiele obszarów biedy znajdziemy w województwach: lubuskim,
zachodniopomorskim, warmińsko-mazurskim oraz w części województwa
dolnośląskiego, które jest dosyć specyficzne, ponieważ udało się tam podtrzymać
pewne więzi społeczne i wzorce kulturowe przeniesione z przedwojennej Polski
Południowo-Wschodniej. To nieprawda, że w Polsce ludzie bogatsi głosują na PO, a
biedniejsi na PiS. Wierzę w to, że przy mądrej polityce rządu i władz lokalnych
istnieje możliwość zniwelowania różnic pomiędzy Polską Wschodnią a Zachodnią.

Jaki jest zatem potencjał ściany wschodniej?
– Jest on całkiem duży, ale wymaga to mądrej polityki. Wystarczy spojrzeć na
Galicję, województwo podkarpackie czy małopolskie. Widać tam wyraźny rozwój,
mimo że Warszawa jest odwrócona plecami do tych terenów. Kiedy jestem w Nowym
Sączu, Starym Sączu czy w Tarnowie, dusza się raduje, ponieważ widzę tam ducha
kapitalizmu, często przywiezionego z emigracji. Te miasta stanowią przykład na
to, że samorządy lokalne są tam rzeczywistymi gospodarzami i zaczynają myśleć
także o stronie estetycznej świata, w którym mieszkamy. W tych miastach można
dostrzec zmianę sposobu myślenia w obszarze dbałości o najbliższe otoczenie i
świadomość tego, iż jest to dobro wspólne, o które należy się troszczyć. Sądzę,
że ten stan można osiągnąć w całej wschodniej Polsce. No, ale jeżeli mamy np.
politykę transportową polegającą na tym, że do tej pory nie da się porządnie
dojechać z Warszawy do Białegostoku czy z Lublina do Warszawy, natomiast z
Rzeszowa już niedługo będzie można dojechać autostradą do Berlina, ale nadal nie
będzie można przyzwoicie dojechać do Warszawy, to nic dziwnego, że skutkuje to
dużymi dysproporcjami społecznymi.

Wszyscy zadają sobie pytanie, jak wyniki wyborów samorządowych przełożą się
na przyszłoroczne wybory parlamentarne.

– Moim zdaniem, wyniki te są wysoce nieprzekładalne na wybory parlamentarne.
Proszę zwrócić uwagę, że PO w dużej mierze osiągnęła tak niski wynik wskutek
silnego spadku frekwencji wyborczej w wielkich miastach. Platformie nie udała
się tak wielka mobilizacja społeczna, jaka nastąpiła w 2007 r. podczas wyborów
parlamentarnych. Również dzięki tej mobilizacji udało się doprowadzić do
wygranej Bronisława Komorowskiego w tegorocznych wyborach prezydenckich. Do tego
dochodzi duży zawód związany z rządami PO oraz brak alternatywy – ponieważ za
taką alternatywę nie jest uznawane PiS. Proszę zauważyć, że liczba głosów, która
padła w skali kraju na poszczególne partie, nie do końca przekłada się na liczbę
uzyskanych mandatów w sejmikach i wygrane wybory lokalne. Platformie wystarczało
mniej głosów, aby pokonać PiS. Zaś PiS potrzebowało więcej głosów, by wygrać z
Platformą. W świetle rozkładu frekwencji wyborczej jest to dodatkowy sygnał
alarmowy dla PiS.

Jak zatem można wygrać z PO? Czy tylko pogarszająca się sytuacja gospodarcza
będzie grać na niekorzyść tej partii?

– Uważam, że PiS nie ma zdolności wygrania z PO, ponieważ nie jest w stanie
sformułować wiarygodnego programu, który mógłby w każdym punkcie być
alternatywny dla programu PO.
I niestety – moim zdaniem – partia Jarosława Kaczyńskiego tę zdolność trwale
utraciła. Natomiast można oczywiście popatrzeć na to w ten sposób, że dwa lata
temu krzyżyk kładziono również na amerykańskiej Partii Republikańskiej, która w
tych wyborach dokonała największego podboju w Kongresie od ponad 50 lat. Dlatego
nie wszystko jest stracone. Problem polskiej prawicy polega na tym, że coś, co
było możliwe w Stanach Zjednoczonych dzięki powstaniu ruchu Tea Party,
zrzeszającego ludzi zatroskanych o ojczyznę i traktujących państwo jako rzecz
wspólną, nijak nie przystaje do naszej polskiej rzeczywistości. U nas nie ma
żadnej partii, która traktowałaby państwo jako dobro wspólne, a nie jako dojną
krowę. Również wśród wyborców PiS pokutuje myślenie, że państwo ma coś dawać.
Tak więc podstawowym problemem jest brak ducha republikańskiego w Polsce, który
w Stanach Zjednoczonych był w stanie zmieść demokratyczną lewicę. Wciąż brak
takiej republikańskiej prawicy.

Czyli obecnie nie widzi Pan alternatywy dla rządów PO?
– Raczej dla "bezrządów". Wydaje mi się, że niewiarygodne dla potencjalnego
polskiego, republikańskiego elektoratu jest to, co w tej chwili powstaje, czyli
tzw. PiS-light, z Elżbietą Jakubiak, Joanną Kluzik-Rostkowską oraz Pawłem
Poncyljuszem. Z jednego, bardzo prostego powodu – wszyscy są warszawiakami.
Jedyna wielka zmiana może nastąpić na zasadzie buntu tzw. prowincji,
sprowincjonalizowanej przez warszawsko-centryczne myślenie kolejnych rządów,
przeciwko centralizmowi i wydawaniu naszych pieniędzy przez bandę darmozjadów z
Warszawy. Taki republikański ruch widziałbym w Polsce. I tym ruchem powinno i
mogłoby być PiS. W dużej mierze wyczuwa to Jarosław Kaczyński, za co należy mu
się pełen szacunek, tyle tylko, że program jego partii przygotowywany był m.in.
przez ludzi, których on właśnie z partii wyrzucił. Konflikt o przywództwo na
prawicy może jednak rozegrać się pomiędzy Polska Jest Najważniejsza – nawiasem
mówiąc, to okropny skrót, kojarzy mi się z peerelowskim Frontem Jedności Narodu
– a PiS, i wygra to ugrupowanie, które postawi na Polskę i pójdzie w Polskę. Ale
Polska to nie Warszawa i warszawskie kanapy w TVN czy na Czerskiej.

Jak zaktywizować ponad 50 procent wyborców, którzy nie poszli do urn?

– Nad tym, jak zaktywizować 50 proc. obywateli, którzy nie poszli do wyborów,
zastanawiają się teraz przede wszystkim taktycy i stratedzy w PO. Ponieważ są to
głównie wyborcy, którzy głosowali na nich w 2007 roku. I to jest wielki problem
partii rządzącej. Nie twierdzę, że powinniśmy tych wyborców pozostawić kolegom z
PO, ale jeśli nie, to powstaje pytanie, czy na prawicy jest w stanie pojawić się
program, ewentualnie ugrupowanie, które będzie atrakcyjne i wiarygodne właśnie
dla tych, którzy do wyborów nie poszli. Niestety, Polska jest krajem, który po
dwustu latach od upadku Rzeczypospolitej pod ciosami naszych zbójeckich sąsiadów
naród polityczny ma niewiele większy aniżeli Rzeczpospolita szlachecka. Bo
jeżeli przyjmiemy, że około 10 proc. polskiego społeczeństwa w końcu XVIII wieku
stanowiła szlachta, do tego dochodzili aktywni politycznie i mający prawa
obywatelskie mieszczanie z miast królewskich i ci, którym takich praw
politycznych udzielono, to w tej chwili – biorąc jeszcze pod uwagę to, że
głosować mogą również kobiety – naród polityczny w Polsce liczy około 20-30
procent. I to jest przerażające.

Naród polityczny, czyli ci, którzy – także przez wybory – świadomie biorą
udział w życiu politycznym kraju?

– Zgadza się. Świadomie biorą udział w wyborach i świadomie traktują Ojczyznę
jako dobro wspólne. Ale jeśli mamy do czynienia z sytuacją, kiedy popularny
aktor Marek Kondrat na Przystanku Woodstock mówi do młodych ludzi: "Nie
wierzcie, że Polska jest najważniejsza", polemizując w ten sposób z hasłem
kampanii prezydenckiej Jarosława Kaczyńskiego, to nie jest to żadna polemika z
prezesem PiS, tylko demoralizowanie młodych ludzi i stawianie ich w pozycji
bydła. Wypowiadając takie słowa, w ogóle nie okazuje im szacunku, ponieważ o
wartości człowieka świadczy to, za co czuje się on odpowiedzialny. Byłem
przerażony, słysząc te słowa. Nie mogę sobie wyobrazić większej pogardy dla
młodych ludzi niż tłumaczenie im, że najważniejsze jest to, aby im było
przyjemnie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj