Pod Jej spojrzeniem

Tułacze Dzieci 12 września 2011 roku przekażą na Jasną Górę, do kaplicy
Golgoty Wschodu, obraz Matki Bożej Częstochowskiej z Podola, który w latach II
wojny światowej towarzyszył Polakom deportowanym na Syberię – do archangielskiej
tajgi, skąd przez Kazachstan, Uzbekistan, Iran, Indie trafił do polskiego
osiedla Bwana M´Kubwa w Afryce.

Spośród wielu tysięcy wywiezionych Polaków jedynie niewielkiej grupie (40
tysiącom cywilów) udało się wyrwać z Sowietów z Armią Andersa do Persji. Teheran
stał się bramą, skąd wysyłano nas grupami na różne kontynenty: na Bliski Wschód
– do Libanu i Palestyny, do Indii, Afryki, Ameryki Północnej – Meksyku, i
Oceanii – Nowej Zelandii.
Wszędzie byliśmy jakby w przelocie do Polski. Każda podróż w warunkach wojennych
była ryzykiem. Z Indii – z Karaczi, po 12 dniach rejsu przez zaminowany Ocean
Indyjski zawinęliśmy do portu Beira w Mozambiku u wybrzeży Czarnego Lądu. Jak
długo tu będziemy? – zastanawiali się dorośli. A my cieszyliśmy się, że czeka
nas przygoda spotkania z egzotyką tego kontynentu.
Nie byliśmy tu pierwsi. W Afryce Brytyjskiej, od Kenii, Ugandy, Tanganiki,
Rodezji Północnej i Południowej, aż po Kraj Przylądkowy, w 22 osiedlach dla
uchodźców przebywali już nasi rodacy (około 18 tysięcy), którzy jak my przeszli
przez różne miejsca zesłania w ZSRS.

Nasza codzienność
Przybyłam z mamą i bratem do Bwany M´Kubwy już w marcu 1943 roku. Potem
witaliśmy następne grupy. Nasze osiedle liczyło około 1400 mieszkańców. Nazwa
Bwana M´Kubwa w narzeczu bemba oznacza "Wielki Pan", a nam kojarzyła się z
Sienkiewiczowską powieścią "W pustyni i w puszczy".
Tęsknota za Ojczyzną sprawiła, że troska dorosłych o akcenty polskie w dekoracji
osiedla była ogromna. Nie tylko w ogródkach kwitły polskie kwiaty, na maszcie
powiewała flaga narodowa, ale przy bramie wjazdowej do osiedla Józef Piller
wybudował pomnik Orła Białego. W rodzinnej kronice napisał: "Bwana M´Kubwa (N´Dola,
Zambia), wybudowałem pomnik Orła Polskiego razem z ogrodzeniem 12 m x 12 m.
Wybudowałem go z własnej inicjatywy, własnym pomysłem i całkowicie
własnoręcznie". Znak Orła pozostał do dziś i woła wśród buszu w sercu Afryki, że
tędy szła Polska. Na piersi Orła znajduje się napis: "Boże, zbaw Polskę", wokół
godła: "Bóg, Honor, Ojczyzna", na tablicach z boku widnieją zdania w języku
polskim i angielskim: "Wygnańcy polscy wielkiej wojny światowej lat 1939-1945 w
przejściu ku wolnej Ojczyźnie. Bwana M´Kubwa. N. Rhodesia". To tu w narodowe
święta przychodziliśmy z pochodniami w szyku harcerskim. Po zachodzie słońca
wszystko było takie tajemnicze. Uśpiony busz niósł echem piosenki harcerskie i
pieśni patriotyczne. "O Panie, któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą
dłoń…" – wołaliśmy w błagalnym śpiewie. Modlitwa harcerska brzmiała wtedy jak
wyznanie wzlatujące pod rozgwieżdżone tropikalne niebo: "Wszak Ciebie i Ojczyznę
miłując, chcemy żyć". Na zakończenie splecione dłonie w harcerskim kręgu i
melodia: "Idzie noc… Bóg jest tuż…".
Prawdziwy nurt życia w osiedlu wyznaczały dzieciom i młodzieży: szkoła,
harcerstwo i duszpasterstwo. Wielu ludzi rozumnych i szlachetnych wspierało
nasze mamy w trudzie wychowania, wpajało te wartości, które nasz Naród od
pokoleń cenił najbardziej. Życie kulturalne, ogarnięcie nim całej społeczności,
miało pomóc ludziom w powrocie do równowagi po bolesnych przeżyciach na
zesłaniu. Posiadanie radia w tamtych warunkach było komfortem. Wszyscy przez
jedyny głośnik słuchaliśmy wiadomości przekazywanych z Londynu i wspólna była
rozpacz, gdy upadło Powstanie Warszawskie. Zrozumieliśmy, że nie mamy dokąd
wracać. Czekaliśmy na listy, wieści od bliskich z frontu. Dla jednych były
radosne, dla innych z czarną przepaską, zwiastujące stratę ojca, męża, syna,
brata… Najboleśniejsze były po bitwie o Monte Cassino. W trudnych momentach
znajdowaliśmy ukojenie i oparcie w modlitwie do Boga i Matki Najświętszej.

Eucharystia pod figowcem
Po naszym przyjeździe do Bwany M´Kubwy troską duchową otoczył nas ojciec Artur
Staroborski, franciszkanin. Niezapomniana była pierwsza Msza Święta sprawowana
pod rozłożystym figowcem w centrum osiedla. Pod koniec Najświętszej Ofiary runął
z drzewa na ołtarz dwumetrowy wąż mamba. Powstał popłoch. Mężczyźni natychmiast
chwycili kije i uśmiercili niebezpiecznego węża. Na szczęście nikomu nic się nie
stało. Było to pierwsze silne afrykańskie przeżycie.
Ojciec Artur zamieszkał w domku, który nazywaliśmy "plebanią". Nabożeństwa
sprawowane były w maleńkiej kapliczce, a wierni zajmowali miejsca na bambusowych
ławkach pod lianami. Trudno było się skupić, zwłaszcza dzieciom, bo w przedziwny
sposób to miejsce upodobały sobie małpy; siadały na ławkach lub skakały po
drzewach.
Wspólnota widziała konieczność wybudowania kościoła. Prace rozpoczęto na
przełomie 1943/1944 roku. Powstał budynek ulepiony przez Murzynów z niewypalonej
cegły, pokryty trawą słoniową tak, jak nasze domki.
Wówczas zgłosił się do o. Artura mieszkaniec osiedla, Piotr Jakieła. Przyniósł w
zawiniątku zniszczony obraz Matki Bożej Częstochowskiej i opowiedział jego
niezwykłą historię.

Tułaczka przez kontynenty
Piotr Jakieła wraz z liczną rodziną mieszkał na Podolu, w osadzie Miłów. Osada
powstała na zakupionej w latach dwudziestych XX wieku ziemi i liczyła 22
zagrody. Pracowite życie mieszkańców Miłowa toczyło się spokojnie wśród
ukraińskich wiosek. Między Polakami i Rusinami nie było żadnych konfliktów.
Polską społeczność jednoczyły żywa wiara w Boga i umiłowanie Ojczyzny. Na
krańcach Rzeczypospolitej, jakby na szańcu, trzeba było formować postawę
patriotyczną. Kresy wnosiły w dzieje Rzeczypospolitej gorącą miłość do Polski.
Wkrótce w osadzie powstał Dom Ludowy. Piotr Jakieła ufundował dwa obrazy: Serca
Pana Jezusa i Matki Bożej Częstochowskiej, które zostały umieszczone na
centralnej ścianie. Tutaj osadnicy spotykali się na uroczystościach, a w
wieczory majowe, czerwcowe, październikowe gromadzili na nabożeństwach, gdyż
najbliższy kościół w miasteczku Chorostków był odległy o cztery kilometry.
Zawierucha wojenna 1939 r. przetoczyła się również przez tę spokojną osadę. Od
17 września grasowały w okolicy bandy, rabowały i niszczyły wszystko. Do
niedawna łagodna ludność ukraińska dołączyła do napastników. Trwoga i lęk o
życie przepełniały serca Polaków.
Jesienią 1939 r. zostały zrabowane zagrody w Miłowie. Ofiarą padł również Dom
Ludowy, a ponieważ napastnicy nie znaleźli oczekiwanego łupu dla siebie,
zdewastowali budynek, wyrwali z ozdobnych ram święte obrazy i podarli je na
kawałki – wykrzykiwali, że ramy przydadzą się do portretu Stalina.
Zagroda Piotra Jakieły sąsiadowała z Domem Ludowym. Cała rodzina była świadkiem
zbezczeszczenia obrazu. Piotr wraz z synami pozbierał rozrzucone i podeptane
kawałki, oczyścił je z błota, starannie owinął i przechowywał jak świętą
relikwię.
Aż przyszło to, co najstraszniejsze. W nocy 10 lutego 1940 r. wszyscy mieszkańcy
Miłowa zostali wywiezieni do archangielskiej tajgi. Był straszny mróz, zima
stulecia. Przed każdy dom zajechały sanie. Wtargnęli enkawudziści. Powtarzali
niezmiennie: "Sobirajties s wieszczami". W pośpiechu zgarniano niezbędne rzeczy.
Piotr Jakieła zabrał na tułaczkę największy skarb – zawiniątko zawierające
strzępy obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Zniszczony wizerunek przemierzał
bezkresne, zaśnieżone przestrzenie w zaryglowanym, towarowym wagonie wśród
stłoczonych, sponiewieranych polskich rodzin: osób starszych, mężczyzn, kobiet,
dzieci i niemowląt. Matka Boża Częstochowska w swoim poszarpanym obrazie przez
cały czas na wygnaniu była świadkiem bólu, męki, cierpień i wznoszonych modlitw.
Nastąpiła tzw. amnestia, po zawarciu układu Sikorski – Majski w lipcu 1941 r.
Polacy zwolnieni z łagrów i zsyłek spływali strumieniami do południowych
republik ZSRS, tam, gdzie gen. Władysław Anders tworzył polską armię. Piotr
Jakieła wyruszył również na południe. W drodze utracił żonę Barbarę i
najmłodszego synka. Umarli z wycieńczenia i chorób. Trzej synowie wstąpili do
polskiego wojska. Piotr został z córką Michaliną. Tułając się z miejsca na
miejsce, pieczołowicie strzegł swego skarbu – zawiniątka z obrazem. Uchronił go
nawet wtedy, gdy na brzegu Morza Kaspijskiego rosły stosy tobołków porzuconych
przez tych szczęśliwców – rodziny wojskowych, którym udało się wyrwać z Sowietów
statkiem z Krasnowodska do perskiego portu w Pahlevi.
Piotr Jakieła z córką z Teheranu przez Indie trafił do Afryki, do naszego
osiedla Bwana M´Kubwa (w Rodezji Północnej) w 1944 r., wraz z nim przybyła Matka
Boża Częstochowska.
Staraniem właściciela, Piotra Jakieły, i o. Artura Staroborskiego obraz został
odrestaurowany, sklejony, uzupełniony o brakujące części oraz ozdobiony przez
Romana Czarnego, artystę malarza. Następnie został oprawiony w ramy z
afrykańskiego drewna. Wszyscy byliśmy zaangażowani w przygotowanie uroczystości:
dorośli, młodzież szkolna, harcerze i zuchy.
Poświęcenia kościoła i obrazu dokonał administrator apostolski ks. bp
Franciszek? Mazzieri z N´Doli. W procesji wokół kościoła dzieci niosły naręcza
kwiatów. Piotr Jakieła dźwigał odnowiony, przystrojony kwiatami i kolorowymi
ozdobami obraz. Był bardzo wzruszony. Łzy szczęścia spływały mu po twarzy, że
uratowany wizerunek Matki Bożej z Podola znalazł właściwe miejsce i będzie
odbierać należną cześć. Od pamiętnego dnia poświęcenia kościoła Matka Boża
królowała w głównym ołtarzu. Pod Jej spojrzeniem dorastaliśmy. Ona słuchała
cierpliwie dziecięcych zwierzeń o naszych porażkach i sukcesach. A dorośli
błagali za przyczyną naszej Królowej: "Ojczyznę wolną racz nam wrócić,
Panie…".

Wdzięczni za ocalenie
Po zakończeniu wojny rozpoczęła się stopniowa likwidacja osiedli polskich na
terenie Afryki – Bwana M´Kubwa w połowie 1948 roku również przestało istnieć.
Piotr Jakieła już tego momentu nie doczekał. Zmarł 3 lutego 1947 roku i spoczął
na cmentarzu w Bwanie M´Kubwie. Pod koniec 1947 r. jego córka Michalina opuściła
Afrykę. Wyjechała do starszego rodzeństwa do Anglii. Pragnęła zabrać ze sobą
obraz Matki Bożej. Zostawiła go na prośbę o. Artura, aż do czasu, gdy ostatnia
grupa Polaków opuści Bwanę M´Kubwę. Ojciec Artur zapewnił, że zaopiekuje się
obrazem i przekaże go do pobliskiej misji. Gdy opuścił Zambię, obraz umieszczony
został w zakrystii kościoła Ojców Franciszkanów w N´Doli (12 km od Bwany M´Kubwy).

Jednak myśl o świętym wizerunku nie opuszczała Michaliny Walewskiej, córki
Piotra Jakieły. Mieszkając z rodziną w Stanach Zjednoczonych, po 50 latach
odnalazła rodzinną "relikwię", otrzymała z N´Doli od Ojców Franciszkanów
fotografię Matki Bożej i rozesłała ją dawnym mieszkańcom Miłowa, obecnie
rozproszonym po całym świecie: do Anglii, Kanady, Ameryki, Australii – na
Tasmanię, do Polski, nawet do Rosji, na daleką Syberię.
W 1998 r., wędrując śladami moich afrykańskich dróg przez Zimbabwe i Zambię,
odnalazłam w N´Doli obraz Matki Bożej. Był to ten sam obraz z Bwany M´Kubwy,
lecz bardzo zniszczony. Zatopiłam się w spojrzeniu Maryi. Ogarnęła mnie fala
wspomnień. Gdy podniosłam się z klęczek, zobaczyłam, że wszyscy obecni również
klęczeli. A potem na cmentarzu w Bwanie modliłam się za śp. Piotra Jakiełę, a na
jego grobie zostawiłam kwiaty.
25 kwietnia 2009 roku obraz był obecny na uroczystej Mszy Świętej przy pomniku
Orła Białego w Bwanie M´Kubwie. Maria Rosalia Ogonowska-Wiśniewska, konsul
honorowy RP w Zambii, wręczyła naszej koleżance Halinie Ravensdale przyznany
przez prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego Złoty Krzyż Zasługi za troskę o ten
pomnik.
Oglądając relację filmową z uroczystości, dostrzegliśmy, że obraz niszczeje.
Dowiedzieliśmy się również, że nie ma on żadnego przeznaczenia. Dlatego jako
Tułacze Dzieci z Bwany M´Kubwy skierowaliśmy prośbę do pana prezydenta Lecha
Kaczyńskiego, aby spowodował powrót obrazu z Afryki do Polski. I tak się stało.
Obraz przywiozła do Polski z Zambii pani konsul Maria Rosalia
Ogonowska-Wiśniewska 21 września 2010 roku.
Został on poddany gruntownej renowacji, której dokonały osoby niezwykle
doświadczone w dziedzinie konserwacji zabytków, zostawiając nienaruszone
afrykańskie ozdoby i ramy: mgr Magdalena Abramowska i mgr Marzena Chyrczakowska.
Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że obraz powrócił do
Polski i zostanie przyjęty do jasnogórskiego sanktuarium – do kaplicy Golgoty
Wschodu, z opisem jego dramatycznych losów. Pragniemy, aby ten dar był znakiem
wdzięczności za nasze ocalenie z doświadczeń wojennych – Matce i Królowej
Polski, która wiernie towarzyszyła w tym wizerunku na całym naszym tułaczym
szlaku.

Maria Gabiniewicz

drukuj