Poczuć smak zwycięstwa
Rozmowa z Aleksandrem Wierietielnym, trenerem Justyny Kowalczyk
Miniony sezon w wykonaniu Justyny Kowalczyk był…
– …bardzo udany.
Co sprawiło Panu największą radość?
– Fakt, że bardzo skutecznie rywalizowała z Marit Bjoergen. We wcześniejszym
sezonie aż dwanaście razy zajmowała drugie miejsce, tuż za Norweżką. Ta wydawała
się wówczas nie do pokonania, nawet mimo tego, że to Justyna sięgnęła po
Kryształową Kulę. Teraz podzieliły się zwycięstwami, raz wygrywała Justyna, raz
Marit. Przez cały czas toczyły bardzo wyrównany pojedynek, do samego końca nie
było wiadomo, jak się on zakończy. Wspaniały był przedostatni bieg, wygrany w
wielkim stylu i to w chwili, gdy Justyna borykała się z bólem kontuzjowanego
kolana i była bardzo, ale to bardzo zmęczona. Podsumowując, znaleźliśmy klucz do
pokonania Marit i to najbardziej ucieszyło.
Justyna do tego poprawiła parę elementów technicznych, szczególnie w
technice zjazdu.
– Zgadza się, na pewno lepiej zjeżdża z górki, lepiej pokonuje zakręty, ale
wciąż musimy nad tym sporo pracować. Zresztą wszystkie elementy techniki musimy
nieustannie podtrzymywać, szlifować, udoskonalać. Nigdy nie można bowiem
powiedzieć, że osiągnęło się już perfekcję. Sport tak jak życie polega na
ciągłym doskonaleniu się. Justyna nie dokonuje już jakichś ogromnych postępów,
na jej poziomie to nierealne. Po prostu cały czas idzie do przodu, małymi
kroczkami. Prawie każdy trening nagrywamy, potem po kilka razy oglądamy i
analizujemy. Staramy się, żeby w jej technikę nie wdarł się najmniejszy błąd,
żebyśmy przez zaniedbanie czegoś nie popsuli. W drugiej połowie sezonu Justyna
walczyła z kontuzją kolana. Mogły przez to wystąpić jakieś zmiany w stylu jej
biegania, musieliśmy zatem nieustannie wszystko kontrolować, obserwować i być
przygotowani na niespodzianki, które natychmiast trzeba było poprawiać.
Zostawiło coś w Panu niedosyt?
– Jakiś wyraźny, wielki, chyba nie. Może liczyliśmy na lepsze pierwsze
starty. Niezbyt udana była też końcówka sezonu, szczególnie te biegi, w których
Justyna się wywracała. Wtedy, na gorąco, byliśmy o to trochę źli, ale potem
doktor Robert Śmigielski, opiekujący się zawodniczką, wyjaśnił nam, że te błędy
i upadki były spowodowane problemami z kolanem. Czasami sobie nawet
żartowaliśmy, że może dobrze się stało, że Justysia znów wszystkiego nie
wygrała, bo moglibyśmy spocząć na laurach. A tak na nowo musimy się sprężyć i
pracować z pełną koncentracją.
Nigdy nie spoczęlibyście na laurach.
– Pewnie ma pan rację… Ale mogłaby zostać nam w głowach myśl, że jesteśmy
doskonali, najlepsi, nie do pokonania.
Justyna od listopada do marca zrealizowała prawie wszystkie swoje
cele. Prawie, bo nie zdobyła czwartej z rzędu Kryształowej Kuli. To porażka?
– Justyna marzyła o tym, by przejść do historii, bo nikt nie wygrywał Pucharu
Świata cztery razy z rzędu. Tyle że marzenia mają to do siebie, że nie zawsze
się spełniają. Na początku sezonu wyznaczyliśmy sobie konkretne cele, nie
ukrywając ich zresztą. Pierwszym było Tour de Ski. Drugim zawody w Otepaeae.
Nasi dwaj serwismeni są Estończykami, przyjeżdżamy tam często na letnie
zgrupowania, Justysia uwielbia tam startować i cieszy się ogromną sympatią
kibiców. Trzecim celem były pierwsze w dziejach zawody w Polsce. I wszystkie te
zadania zostały zrealizowane, nawet z nawiązką, bo w Otepaeae Justysia wygrała
dwa biegi, co w jednym miejscu dzień po dniu jeszcze się jej nie udało. W
końcówce sezonu chcieliśmy zwyciężyć na 30 kilometrów klasykiem w "jaskini lwa",
czyli Oslo. Lepsza okazała się Bjoergen (także z powodu problemów z
przygotowaniem nart), ale nie narzekaliśmy, bo drugie miejsce było najlepszym w
historii startów w Norwegii. Przed tym sezonem nigdy nie stanęła w tym kraju na
podium. No i Kryształowa Kula… Była celem, zatem powinienem powiedzieć, że
ponieśliśmy porażkę. Ale czy można w ogóle ten wynik rozpatrywać w takich
kategoriach? Od pięciu lat Justysia na koniec sezonu staje na podium. Nie
pamiętam, by którakolwiek z zawodniczek tego dokonała.
Gdyby nie problemy z kolanem Justyna wygrałaby Puchar Świata?
– Nie ma co gdybać, zastanawiać się, pewne rzeczy się stały i już tego nie
zmienimy. Bjoergen wygrała, Justysia zajęła drugie miejsce, tyle.
Najważniejsze, że po wszystkim sama Justyna przyznała, iż sezon
nastroił ją bardziej optymistycznie od wcześniejszego, który zakończyła na
najwyższym stopniu podium.
– Poczuła, że może zwyciężać z Bjoergen. Rok wcześniej wydawało się to
nierealne, Norweżka prezentowała się niczym biegaczka z innej ligi. Teraz
wielokrotnie stawały obok siebie i było widać, że Justysia potrafi z nią nie
tylko rywalizować, ale i wygrywać.
Norweskie media chyba nigdy wcześniej nie wypowiadały się o Justynie
z takim szacunkiem, to chyba też o czymś świadczy.
– Nie jestem w stanie tego skomentować, bo nie czytam tamtejszej prasy. Ale
faktycznie dochodziły do nas podobne głosy. Zresztą nawet same biegaczki trochę
inaczej odnosiły się do całego naszego zespołu.
Justyna jest osamotniona w rywalizacji ze Skandynawkami, szczególnie
w biegach długich. To problem?
– Na pewno jest ciężko. Proszę zobaczyć, jak wiele Norweżek plasuje się w
czołówce Pucharu Świata, gdy trzeba, pracują zespołowo i nawzajem sobie
pomagają. Do tego dochodzi Szwedka Charlotte Kalla, Finka Aino-Kaisa Saarinen.
Czasami przed zawodami, zwłaszcza ze startu wspólnego, mamy obawy, jak się
wszystko potoczy, czy rywalki czasem Justyny nie zablokują itd. Tymczasem szybko
okazuje się, że po kilku kilometrach na czele znajduje się trójka Kowalczyk,
Bjoergen, Johaug, a rywalki plasują się daleko w tyle. Nie mówię tego tylko jako
trener Justyny, ale dobrze, że jest ktoś taki jak ona, bo dzięki temu biegi mają
koloryt. Gdyby nie potrafiła wmieszać się w norweską ekipę, Puchar Świata
przypominałby mistrzostwa tego kraju i prędzej czy później zacząłby nużyć. A tak
jest ciekawie i nigdy nic nie wiadomo. W tym sezonie w kilku startach z bardzo
dobrej strony pokazała się Rosjanka Julia Iwanowa, która w sprincie potrafiła
postawić się Bjoergen. Nie pokonała jej co prawda, ale walczyła dzielnie.
Ucieszyło nas to, może w niedalekiej przyszłości pojawi się ktoś jeszcze i
wesprze Justynę w rywalizacji z Norweżkami.
To nie jest smutne, że musimy liczyć na innych? Przecież w Polsce też
mamy biegaczki.
– Mamy, ale proszę nie pytać się mnie o to, dlaczego jest jak jest.
Co zajmuje najważniejsze miejsce w Pana filozofii pracy?
– Sama praca. Musi być skuteczna, musi przynosić owoce. Nie może polegać na
tym, że się ją "odbębnia", a po ośmiu godzinach wraca do domu z ulgą. Mam to
szczęście, że wokół mnie zgromadziło się wiele osób, które nas wspierają i
pomagają nam. To jest jeden z kluczy do sukcesu, znaleźć takich
współpracowników, z którymi można czegoś dokonać.
Jak zwykle jest Pan skromny. Zbyt skromny.
– Dlaczego? Sam o sobie nigdy nie powiedziałem czegoś wielkiego i nie powiem.
Wykonuję swoją pracę i staram się czynić to jak najlepiej. Poza tym bardzo ją
lubię. Który trener nie uważałby się za szczęściarza, mogąc prowadzić takich
zawodników jak Justyna Kowalczyk czy kiedyś Tomasz Sikora?
Justyna na każdym kroku powtarza, że gdyby nie Pan, nie byłoby jej
sukcesów, że nie wyobraża sobie pracy z kimś innym. To coś znaczy.
– Jest dobrze wychowaną, kulturalną dziewczyną. A co innego mogłaby zresztą
powiedzieć, gdy wygrywa? (śmiech) Powtórzę – nie widzę żadnego heroizmu w tym,
co robię.
Kontuzja Justyny, a potem operacja skomplikują przygotowania do
kolejnego sezonu?
– Nie. Od lata wiedzieliśmy, że z kolanem są kłopoty, skorygowaliśmy trochę
plany treningowe. Wszystko było pod kontrolą, a o operacji – ze szczegółami
takimi jak data, miejsce itp. – wiedzieliśmy już trzy miesiące przed nią. Teraz
Justysia się rehabilituje, potem czeka ją zgrupowanie regeneracyjne, a w maju
wyjedziemy na lodowiec, by zacząć normalne, regularne treningi.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
